Jeszcze niedawno miałem okazję testować Moto Z Play, który był modularną propozycją dla średniej półki cenowej. Telefon był bardzo wysokiej jakości produktem, aczkolwiek borykającym się problemem zawyżonej ceny, przynajmniej względem tego co oferował. Pora jednak zrobić mały upgrade. Bowiem tym razem przypatrzymy się droższemu bratu „Plejki”, czyli flagowemu Moto Z. Jak porównuje się ona do poprzedniczki? No i jak prezentuje się na tle innych smartfonów od takich producentów jak LG czy Samsung?

Smukły i piękny

Pierwsza różnica jaka rzuca się w oczy zaraz po złapaniu Moto Z do ręki – to naprawdę smukły smartfon! Jest niesamowicie cienki oraz lekki, przez co jego obecność w kieszeni była przez większość czasu praktycznie nieodczuwalna. Moto Z ma niecałe 6 mm grubości, co udało się osiągnąć dzięki usunięciu gniazda mini-jack, tak jak ma to miejsce w przypadku iPhone’ów. Zamiast tego jest jeden uniwersalny port USB typu C, a w zestawie znajdziemy też przejściówkę, pozwalającą podpiąć słuchawki ze standardowym złączem.

Myślę, że pozbawienie telefonu jacka, wyszło mu ostatecznie na dobre. Żeby to potwierdzić, należy jednak złapać Moto Z w rękę, by móc docenić smukłe gabaryty urządzenia. To dość zabawne, że to piszę, bo sam raczej nie należę do miłośników tego typu rozwiązań, głównie przez to, że większość słuchawek, które mam lub testuję korzystają z mini-jacka. Zabawa przejściówkami jest dla mnie niespecjalnie komfortowa, stąd brak gniazda był dla mnie nieco bolesny, choć z czasem się do tego przyzwyczaiłem.

Całość wykonana została z aluminium, a plecki są pokryte świetną i miłą w dotyku teksturą. Moto Z jest naprawdę solidną bryłą metalu oraz szkła, pomimo tego iż nadal pozostaje bardzo cienkim sprzętem. Wykonanie budzi podziw, a telefon ani razu nie sprawiał wrażenia, jakby przez swoją niewielką grubość stracił na wytrzymałości. Jedyną bolączką był mocno odstający od konstrukcji aparat, ale to akurat można naprawić doczepianym z tyłu etui, odmieniającym prezentację smartfonu.

Wersja Play była stosunkowo duża i gruba, przez co moim zdaniem traciła sporo na gracji. Po prostu nie sprawiała wrażenia, że trzyma się w ręku produkt z półki premium, pomimo tego iż cena wynosząca około 2000 złotych mówiła coś innego.

Podobnie jednak jak w przypadku „Plejki” zwykła (albo raczej niezwykła) „Zetka” ma również pewne problemy związane z ergonomią. Wyświetlacz jest spory, bo ma przekątną 5,5 cala, a krawędzie znajdujące się zarówno nad nim jak i pod nim, tylko niepotrzebnie dodają urządzeniu kolejnych milimetrów. Ma to bezpośrednie przełożenie się na korzystanie z telefonu, zwłaszcza jeśli próbujemy robić to jedną ręką. Palce muszą potężnie gimnastykować się żeby sięgnąć niektórych punktów wyświetlacza. Dodatkowo klawisze boczne są umieszczone zbyt wysoko w stosunku do usadzonego na samym dole czytnika linii papilarnych. Dla moich małych dłoni obsługa potrafiła być czasem niemożliwe, bez wykorzystania drugiej kończyny.

AMOLED-owy wyświetlacz na plus

Jak już wspomniałem wcześniej, mamy tu do czynienia z wyświetlaczem o przekątnej 5,5 cala, który wyświetla obraz w rozdzielczości 2560 na 1440 pikseli, co łącznie daje nam zagęszczenie rzędu 535 ppi. Motorola zastosowała tutaj ekran oparty o technologię AMOLED. Przekłada się to na świetne, żywe kolory, „czerniejszą czerń”, stosunkowo wysoki kontrast, a także bardzo dobrą widoczność w pełnym słońcu. Wysoka rozdzielczość dodaje do tego pakietu jeszcze ekstra ostrość. Także patrząc na całość, ciężko nie oznajmić, iż prezentowany przez smartfon obraz naprawdę cieszy oko.

Istnie flagowa wydajność

W parze z ekranem idzie też wysokiej klasy wydajność. Moto Z jest bowiem zasilana przez procesor Snapdragon 820, dodatkowo wspierany przez układ graficzny Adreno 530 wraz z 4 GB pamięci RAM. Od premiery urządzenia minęło już nieco ponad pół roku i na świecie istnieją już jednostki delikatnie szybsze, bo np. Snapdragony 821 czy 835 zamontowany w niektórych wersjach Galaxy S8. „Osiemset dwudziestka” nadal jednak w zupełności wystarcza do praktycznie wszystkich zadań, jakie jej zlecimy. Podczas mojego okresu testowego nie spotkałem się chyba z przypadkiem, gdy Moto Z nagle zwolniła. Nawet przy bardziej wymagającemu użytkowaniu, nie towarzyszyły jakiekolwiek nieprzyjemne chrupnięcia. Smartfon świetnie też daje sobie radę z najnowszymi grami z wyższymi ustawieniami graficznymi.

4 GB RAM również w zupełności wystarczy, żeby spełnić nasze pragnienia związane z multitaskingiem. Rzadko kiedy zapychałem pamięć i zmuszałem smartfon do doczytywania którejś z ostatnio otwieranych aplikacji.

Wysoka wydajność to jednak nie tylko zasługa bebechów, ale też i czystego systemu. Sam system działa jednak bardzo płynnie i w zasadzie bezbłędnie. Podczas testów nie zdarzyło mi się, żeby jakaś aplikacja w niespodziewany i niemiły sposób się wysypała.

Moto kontynuuje swoją praktykę wypuszczania telefonów z nieznacznie zmodyfikowanym Androidem, który wzbogacony jest o kilka funkcjonalności. Tutejsza wersja Androida może jedynie zaoferować dla przykładu obsługę gestami, typu podwójnego przekręcenia nadgarstkiem w celu aktywacji aparatu.

Niestety tutejszy Android był jeszcze w wersji szóstej, choć update do Nougata ma być już niedługo wdrażany przez Lenovo.

O aparatach słów kilka, choć nie mocno pochlebnych

Aparat główny ma rozdzielczość 13 MP i posiada przysłonę f/1.8, a do tego laserowy autofocus wraz z optyczną stabilizacją obrazu. Na papierze wygląda on całkiem imponująco, ale nie ma to większego przeniesienia na realia. Przy jego pomocy możemy stworzyć ładne fotografie, choć muszę przyznać, że w kwestii jakości brakuje mu jeszcze nieco do innych, flagowych konkurentów.

Nie znaczy to jednak, że sensor w Moto Z jest absolutnie tragiczny. Przy dobrym świetle czy fotkach robionych za dnia, nie ma się czego specjalnie przyczepić. Czasem aparat ma problem z oddaniem żywszych kolorów, ale takie bolączki zdarzają się sporadycznie. Niestety Moto Z całkowicie odpada w kwestii robienia fotografii nocnych. Kamerka nagle zaczyna mieć lekkie problemy z łapaniem ostrości, barwy doznają sporej degradacji i pojawiają się gdzieniegdzie lekkie szumy. Podwójne lampki LED niewiele w tej kwestii pomagają, to już raczej problem po stronie technicznej.

Przednia kamerka robi dobre „autoportrety”, ale jak na flagowe urządzenie nie ma w tej kwestii większych zaskoczeń. W ciemności wesprze nas za to przednia dioda LED, która może okazać się przydatna dla fanatyków strzelania „nocnych selfiaczy”.

Szybkość aparatu budzi jednak pozytywne wrażenie. Autofocus przy dobrym świetle szybko łapie ostrość, a sama aplikacja uruchamia się w trybie praktycznie natychmiastowym, nawet jeśli użyjemy gestu przy zablokowanym ekranie.

Zdjęcia zdjęciami, ale to nie wszystko. Pozostaje też kwestia robienia wideo i w tym scenariuszu Moto Z sprawdza się również dobrze, choć nie jakoś wybitnie. Kamera pozwala nagrywać w rozdzielczości 4K. Stabilizacja działa całkiem nieźle, choć zauważyłem, że na niektórych materiałach zdarzało się jej nieco „rwać”. Oprócz wrzuconych poniżej sampli, odsyłam Was także do mojej relacji z Intel Extreme Masters Katowice 2017, gdzie wszystkie zdjęcia czy filmiki zostały wykonane właśnie przy pomocy aparatu w Moto Z.

Łączność, multimedia, akumulator i skaner linii papilarnych

Zarówno łączność jak i kwestie związane z multimediami sprawują się w telefonie jak najbardziej poprawnie. Nie napotkałem większych problemów z Bluetooth, GPS czy transmisją danych. Telefon nie gubił też nagle zasięgu.

Co do multimediów, to podobnie jak w przypadku tańszej „Plejki”, producent nie pokusił się o lepsze wykorzystanie górnej oraz dolnej krawędzi i nie umieścił stosownej pary głośniczków. Jest jeden, stanowiący jednocześnie słuchawkę telefonu. Gra przyzwoicie i sprawdzał się bardzo dobrze przy oglądaniu filmików.

Czytnik linii papilarnych działa naprawdę świetnie, choć jego największą wadą jest chyba jego lokalizacja. Znajduje się on u dołu, pod ekranem i nie ma innej funkcji, poza odblokowywaniem telefonu przy pomocy odcisku palca. Można byłoby ulokować w nim więcej opcji, w tym np. działanie klawisza „Home”. Sam sensor działa jednak bardzo szybko i w sumie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek kazał mi przystawić palec raz jeszcze, bo miał akurat problem z jego przeczytaniem.

A co z baterią? Tutaj niestety nie ma co liczyć na cuda. Akumulator ma pojemność 2700 mAh, co przy tak dużym wyświetlaczu i wyższej niż 1080p rozdzielczości sprawia, że poziom energii spada nam bardzo drastycznie. Moto Z dzięki Androidowi w wersji 6.0 nie ma problemów z dłuższym działaniem, gdy ekran nie jest akurat włączony, ale wykręcenie 4 godzin SOT było dla mnie praktycznie niemożliwe. Całe szczęście funkcja Turbo Charge działa wybornie i telefon ładuje się w mgnieniu oka.

Mody

Działanie modułów i moja wstępna opinia na ich temat znajduje się w teście Moto Z Play, gdzie zresztą odsyłam.

Baterii Moto Z na ratunek przychodzą jednak Mody, które mogą pomóc przetrwać baterii nieco dłużej. Lenovo oprócz telefonu dostarczyło mi moduł Incipio OffGrid Powerpack, który po przyczepieniu do tylnej części urządzenia, zaczyna je ładować. Ma on pojemność 2200 mAh i w sytuacjach kryzysowych okazywał się naprawdę pomocny. Powerpack dodaje jednak Moto Z sporo na ciężarze oraz grubości, przez co telefon mocno traci na swojej pierwotnej smukłości. Jednak gdy akumulator zbliża się ze swoimi zasobami mocy ku zeru, to nie ma co myśleć o wyglądzie naszego sprzętu.

Poza Incipio OffGrid Powerpackiem dotarł do mnie jeszcze moduł JBL, który był doczepianym głośnikiem. Na pewno wzmacnia on stosunkowo skromne głośniczki bazowe, ale przyznam szczerze, że po module wartym około 400 złotych oczekiwałbym nieco więcej. Za takie kwoty spokojnie możemy dostać osobny głośniczek bezprzewodowy, który choć będzie zajmował dodatkowe miejsce w plecaku, to na pewno zagra lepiej i przede wszystkim głośniej. Modułem od JBL mniejszej imprezy raczej nie nagłośnimy, ale przyznam szczerze, że świetnie sprawdził się jako mój główny system audio pod prysznicem.

Czy warto?

Przyszła pora na podsumowanie. Temat Moto Z mogę jednak spokojnie zamknąć w jednym niedługim zdaniu. To świetny telefon, przynajmniej tak długo jak nie zaczniemy lepiej przyglądać się aparatowi. Flagowiec od Moto działa szybko, płynnie i sprawnie. Ma świetny wyświetlacz i smukłą, solidną konstrukcję. Jego modułowość również może być dla niektórych sporym atutem, ale fanów robienia zdjęć spotka spory zawód.

Czy polecam? Jak najbardziej! Przynajmniej tak długo, jak nie oczekujecie od aparatu nie wiadomo czego i traktujecie go raczej jako rzecz drugorzędną.