Filmy o tym superbohaterze nie zawsze się udawały, o czym najlepiej świadczy fakt, że Homecoming znów porzuca starsze produkcje i po raz kolejny zaczyna od nowa. Młody superbohater pod okiem swojego idola i mentora Iron Mana stawia swoje pierwsze kroki ku karierze superbohatera. Niestety jego droga nie jest usłana różami i nie raz przyjdzie mu bliżej zapoznać się z ziemą. Czy przysłowie się sprawdza i trzecia seria okaże się nareszcie tym, na co czekali fani komiksu?

Homecoming – lepszego podtytułu dla tego filmu sobie nie wyobrażam. Gdyż ten film to powrót do korzeni. Nareszcie Peter Parker jest tym kim być powinien – zwykłym nastolatkiem, któremu się „poszczęściło” (lub wręcz przeciwnie) i otrzymał moce, o których nigdy nie marzył. Marvel Cinematic Universe nie zaczyna jednak od samego początku a niedługo po akcji z filmu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów, gdzie po raz pierwszy przyszło nam zobaczyć nowego Człowieka-Pająka w akcji.

Widowisko rozpoczynają dwie sceny, których zadaniem jest wprowadzenie nas w historię. Pierwsza przedstawia robotników, których zadaniem stało się „posprzątanie” po bitwie Avengersów.  Zwykli ludzie, którzy muszą utrzymać swoje rodziny i zapewnić im godne życie. Żadnego wydziwiania, żadnych wielkich ideologii – złomiarze, którzy cieszą się, że mogą trochę zarobić. Sprzątanie wraków kosmicznych statków nie jest jednak zadaniem dla zwykłych ludzi i ci zostają od niego szybko odsunięci na rzecz amerykańskiego departamentu Damage Control.

Druga z omawianych scen to powrót do wydarzeń z ostatniego filmu o Kapitanie Ameryce, jednakże w formie videobloga prowadzonego przez samego Spider-Mana.  Peter to zwykły nastolatek, który dostał szansę walki ramie w ramię ze swoimi idolami, których dotychczas spotykał jedynie na ekranie telewizora. Kierowały nim tak silne emocje, że  nie obchodził go ból czy też powaga konfliktu. Całe to zajście było dla niego świetną zabawą. Tony Stark dał mu po wszystkim strój i bardzo niejasne wytyczne: „Nie rób nic, co bym zrobił i definitywnie nie rób niczego, czego bym nie zrobił”. Tak więc od tego spotkania dzień w dzień Peter czekał na telefon z kolejną misją do wykonania. W tym samym czasie starając się pomagać zwykłym ludziom. Wskazać drogę starszej pani, złapać jakiegoś kieszonkowca, czy też przeszkodzić w kradzieży samochodu. Zwykłe przyziemne rzeczy.

Te dwie sceny naprawdę świetnie inicjują kolejne wydarzenia i nadają tempa akcji. Jednakże znacząco rolę w tym filmie odgrywa pokazanie prawdziwej twarzy superbohatera. Zwykłego szkolnego życia Petera Parkera, który mówiąc wprost, nie ma zbyt dobrych relacji z rówieśnikami.  Najlepszym przyjacielem Spider-Mana jest Ned, typowy geek interesujący się Gwiezdnymi Wojnami i komputerami. Natomiast obiektem westchnień Petera staje się Liz. Jest to piękna dziewczyna, która niejednemu zakręciłaby w głowie. Jednak w przeciwieństwie do głównego bohatera, ta jest wprost oblegana przez kolegów i koleżanki.  Ta „normalność” pozwala utożsamiać się z bohaterem i idealnie  współgra z historiami z początków komiksu.

Scenarzyści postarali się o to, by nowy Spider-Man był bardziej przyziemny i nie starają się na siłę wprowadzać tutaj epickich pojedynków i widowiskowych akcji rodem z Mścicieli. Nasz bohater dopiero zaczyna i nie może się równać z siłą starych wyjadaczy. Toteż jego przeciwnik nie jest żadnym wielkim czarnym charakterem, którego celem jest zawładniecie nad całym światem. Również on jest bardzo prosty i zwyczajny, co wcale nie umniejsza jego osobie. „Sęp” to handlarz broni produkowanej za pomocą technologii obcych. Stworzył on mechaniczne skrzydła pomagające mu w napadach i walce. Peter wplątuję się w całą tę intrygę przypadkiem i  bez większego namysłu stara się za wszelką cenę ukrócić  ten proceder. Co nie zawsze wychodzi mu na dobre.

Gra aktorska całej obsady stoi na wysokim poziomie i mimo wybrania kilku mniej znanych aktorów nie pozostawia żadnych złudzeń. Ekipa składa się z profesjonalistów,  których kunszt będziemy zapewne podziwiać jeszcze w przyszłości. Efekty specjalne również pokazują niezwykle wysoki poziom, jak przystało na produkcje Marvela. Mimo że stawka potyczek nie jest wysoka to dzięki bardzo dobrej choreografii walk, te są ciekawe i efektowne. Nie każdy film o superbohaterach musi kręcić się wokół ratowania wszechświata. Nasz bohater dojrzewa i w końcowych scenach widzimy już nie tylko młokosa próbującego zaimponować swojemu idolowi, lecz protagonistę zdolnego do wielkich czynów i poświęceń.

Nie sposób jednak, recenzując ten film zapomnieć o jednej z jego najważniejszych cech- humorze. Właśnie tak dzieło Jona Wattsa przesiąknięte jest humorem i to naprawdę dobrym. Świetnym dowodem tego są salwy śmiechu na widowni podczas projekcji obrazu. Śmieszyć w nim może dosłownie wszystko zaczynając od dialogów, sytuacji i kończąc na zachowaniu samego głównego bohatera. Klimat jest bardzo lekki i idealnie pasuje do całej fabuły. Jeszcze na żadnym filmie z nowego uniwersum Marvela nie  śmiałem się tak często, co jest niewątpliwą zaletą. Niezdarne próby Petera potrafią rozbawić każdego i choćby nie wiem, jak bardzo poważnym byłbyś człowiekiem gwarantuje Ci, że nie wyjdziesz z sali kinowej bez chociażby jednego szczerego uśmiechu. Szczególnie w ostatnich scenach.

Podsumowując cały ten wywód, muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak mocnego powiewu świeżości z tej produkcji. W końcu nie raz dane nam było oglądać Człowieka-Pająka w akcji, a mimo to film potrafi nas jeszcze zaskoczyć. Z pozoru prosta fabuła nie jest jednak tak oczywista, jak mogłoby się wydawać, a  twisty nie są tak przewidywalne. Mimo wszystko jest jednak w tej całej produkcji coś, co niezmiernie mnie irytowało (  i nie mówię tu o Nedzie!). Mianowicie chodzi o role kobiece. Nawet ciocia May sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału, jakby zabrakło czasu na rozwinięcie tej roli. Pojawia się na ekranie tylko kilka razy i zazwyczaj nie wnosi do obrazu kompletnie nic. Liz również została tak potraktowana, jak i każda inna postać kobieca. Jest to z jednej strony przykre, z drugiej natomiast daje twórcą sporo dróg rozwoju w przyszłych częściach. W tym momencie film ten mogę gorąco polecić każdemu, bez znaczenia jest to czy interesujesz się całym uniwersum, czy też po prostu chcesz się dobrze bawić. Nie uważam tych dwóch godzin za stratę czasu i myślę, że wszyscy się ze mną zgodzą. Zatem jeśli jeszcze nie widziałeś nowego Spider-Mana, to pędź do kina!

promocja