HyperX do skompletowania paczki urządzeń dla graczy brakowało tylko i wyłącznie myszki. Mają zestaw porządnych słuchawek, jakiś czas temu na rynek wypuścili też swoją klawiaturę w postaci Alloy FPS. Teraz do tego pakietu dołącza mysz Pulsefire. Zatem jak sprawdza się w akcji nowy produkt od Kingston?

HyperX jako producent stawia na minimalizm w kwestiach wyglądu, co po Pulsefire łatwo dostrzec. Mysz ta bowiem nie wyróżnia się specjalnie spośród gamy produktów tego samego typu, które oferują inni producenci. Ma prosty, w większości obły kształt, który zachowany został w czarnej kolorystyce. Klasy dodają urządzeniu czerwone akcenty podświetlenia przy scrollu, a także „świecące” logo HyperX. Bez dwóch zdań mysz prezentuje się naprawdę świetnie i cieszy oko, przynajmniej takiego fana minimalizmu jak ja.

Konstrukcja wykonana została w głównej mierze z plastiku, z lekkimi gumowymi akcentami na bocznych częściach oraz samym scrollu. Tworzywo sztuczne jest bardzo wysokiej jakości i nie mam wątpliwości, co do odpowiedniej wytrzymałości urządzenia. Producent postarał się jednak o to, żeby całość była niezwykle lekka, stąd mysz waży jedynie 95 gramów (120 gramów z przewodem), przez co jest praktycznie nieodczuwalna w dłoni. Z racji, że przy ruchach często podnoszę „gryzonia”, ten akcent w postaci niewielkiej wagi bardzo mi odpowiada.

Warto też zaznaczyć, że pod spodem znajdują się dwa wielkie, teflonowe ślizgacze, które zapewniają płynny oraz przyjemny poślizg po podkładce. Dodatkowo długość przewodu wynosi około 1,8 metra, jest zadowalająco gruby, a także ma charakterystyczny, materiałowy oplot z czarno-czerwonymi akcentami.

Pod względem ergonomicznym Pulsefire wypada naprawdę nieźle, choć od razu trzeba zaznaczyć, iż jest to mysz stworzona z myślą o praworęcznych osobach. Całość jest jednak naprawdę wygodna. Dłoń nie ślizga się po powierzchni, chwyt jest pewny, a skrajne palce u dłoni wygodnie usadawiają się na gumowych, bocznych akcentach. Dodatkowo boczne przyciski znajdują się w korzystnej od kciuka odległości, przez co ich omyłkowe wciśnięcie nie wchodzi w ogóle w grę.

HyperX Pulsefire opiera się w dużej mierze o przełączniki Omron, więc co do „klikalności” nie ma się co zbytnio przyczepić. Przyciski chodzą bardzo gładko, są responsywne i szybko wracają do pozycji wyjściowej. Dwoma słowy – jest świetnie.

HyperX Pulsefire korzysta z optycznego sensora PixArt PMW3310. To jeden z najlepszych czujników na rynku, choć miło byłoby widzieć w kwocie 250 złotych implementację PMW3330 albo PMW 3360. Nie ma tu miejsca dla widocznej gołym okiem interpolacji czy akceleracji, stąd też nic nie zakłóca ogromnej precyzji tego urządzenia. Producentowi nie udało się jednak odpowiednio skalibrować sensora i jak zauważyłem podczas testów, charakterystyczny problem z „wariowaniem” PMW3310 jest tutaj obecny, czasem nawet za bardzo. Otóż przy podniesieniu myszki i opuszczeniu jej po skosie, wraz z dynamicznym ruchem po podkładce, sensor zaczyna ostro wariować. Czasem postać zakręciła się o 360 stopni, by potem spojrzeć w glebę, zaś innym razem po prostu ni stąd ni zowąd kamera przesuwała się na sam dół. Zwykle takie rzeczy zdarzają się sporadycznie, w tym przypadku jednak błąd ten potrafił dość często u mnie wystąpić. Mysz testował przez chwilę również mój znajomy i w trakcie godzinnej partii Counter-Strike’a problem wystąpił również u niego, aczkolwiek jednorazowo. Nie wiem, czy to kwestia mojego egzemplarza, ale obstawiałbym raczej słabą konfigurację.

HyperX nie zdecydował się na napisanie swojego oprogramowania do Pulsefire, czego na dzień dzisiejszy w przypadku myszek nie jestem w stanie zrozumieć. W sprzęcie można wybierać pomiędzy czterema z góry przypisanymi konfiguracjami DPI, czyli 400, 800, 1600 oraz 3200. Poza tym możliwości konfiguracyjne oczywiście się kończą, co niezwykle smuci. Znam osoby, które korzystają z niestandardowych konfiguracji czułości, np. z 600, 700 czy 1300 DPI, więc dla takich konsumentów z góry można uznać za skreślony. Dodatkowo nie ma nagrywania macro, a bocznym przyciskom nie można przypisać funkcji innych, niż te z góry zaprogramowane przez HyperX. Trzeba zatem korzystać z softu firm trzecich.

Tak jak jestem w stanie zrozumieć brak oprogramowanie do Alloy FPS czy słuchawek Cloud lub Revolver, tak w przypadku myszki wydaje mi się ono obowiązkowe. Przez brak odpowiedniego programu spotkałem się też z nadzwyczajnym błędem, który Wam się zapewne nie zdarzy, ale u mnie jako osobie testującej sporą ilość myszek się przytrafił. Otóż software któregoś z wcześniej sprawdzanych gryzoni nadpisał w Pulsefire standardowe ustawienia DPI, a przynajmniej na poziomie systemu operacyjnego. Dlatego też standardowo produkt HyperX działa na najniższym profilu u mnie z prędkością nie 400 DPI, a 800, co w miarę wzrasta aż do 7200. Tak skonfigurowana była poprzednia mysz (pozostawię ten model anonimowym) i widocznie jej oprogramowanie wpłynęło w jakiś sposób też na Pulsefire. Problem jest zażegnany, kiedy podłączę swojego Fnatic Gear Flick G1 i aktywuję odpowiedni profil w oprogramowaniu tego urządzenia.

Takie przypadki udowadniają, że miło byłoby ujrzeć specjalnie przygotowane sterowniki przez HyperX, dzięki którym takie problemy w ogóle nie miałyby miejsca, a sam użytkownik miałby większą paletę możliwości konfiguracji. Wraz z podłączeniem Pulsefire aktywowałby się odpowiedni profil, co zażegnałoby tego typu problemy. Rozumiem przyświecającą producentowi ideologię, która stawia na prostotę, czyli „podłącz, baw się i nie martw się niczym innym”. Myślę jednak, że w przypadku myszki nie jest ona odpowiednia. Mam nadzieję, że HyperX po pewnym czasie zleci odpowiedniemu partnerowi zaprogramowanie odpowiedniej aplikacji.

Dla kogo zatem jest Pulsefire? Dla osób oczekujących solidnej pracy i podstawowego, ale też niezwykle solidnego gryzonia bez jakichkolwiek zbędnych bajerów. To dobry, świetnie funkcjonujący sprzęt. Czy mogę polecić mysz? Oczywiście! Czy sam bym ją kupił? Raczej nie. Jako bardziej zaawansowany użytkownik wolę mieć kontrolę nad urządzeniem i większą możliwość konfiguracji, a tych przy okazji Pulsefire po prostu brakuje. Z bólem serca daję jedynie znaczek „Tak”, choć gdyby nie brak sterownika oraz związane z tym problemy, byłoby pewnie „Polecamy”.

HyperX Fury S XL

Do testów w zestawie przyjechała też do mnie podkładka Fury S o kolosalnych rozmiarach 90 x 42 centymetry. Wcześniej nie rozumiałem zbytnio sensu istnienia tak wielkich powierzchni pod mysz, ale po pierwszym kontakcie z takim produktem zmieniłem nieco zdanie. Nie dość, że swobodnie można na nim osadzić klawiaturę, to jeszcze dodatkowo sam gryzoń ma wręcz nieograniczoną powierzchnię do ruchu. Ani razu nie zdarzyło mi się wyjechać poza krawędź podkładki, niezależnie jak bardzo machałbym dłonią, a to podczas sesji w Counter-Strike’a jest w moim przypadku bardzo prawdopodobne.

Samo Fury S to kawał świetnie wykonanej podkładki. Jest gruba, ma po bokach stosowne, choć niezbyt nachalne obszycie, a spód wyłożony został wielkim kawałem porządnej gumy. Fury S nie przesuwa się po krawędzi biurka, trzyma się stabilnie wyznaczonego miejsca.

Co do powierzchni, tutaj też nie ma się czego przyczepić. W prawym, dolnym rogu widnieje logo HyperX, zaś reszta to materiałowa czerń. Mysz porusza się bardzo płynnie, zwłaszcza Pulsefire ze swoimi ogromnymi ślizgaczami. Testowałem na Fury S kilka modeli i wszystkie świetnie się spisywały, dlatego uznaję podkładkę za bardzo udaną. Jedynym zastrzeżeniem może jedynie być jej podatność na zbieranie kurzu, bo ten łatwo się na niej osadza i mocno rzuca się w oczy.

Cena Fury S w wersji XL na dzień dzisiejszy oscyluje w okolicach 120 złotych, co jest już kawałkiem porządnej gotówki. Za drugie tyle można kupić już porządną mysz, dlatego produkt ten skierowany jest już wyłącznie dla wymagających entuzjastów lub profesjonalistów. Oprócz jej podatności na kurz nie ma jednak aspektu, do którego mógłbym się przyczepić, stąd mogę ją oczywiście jak najbardziej polecić.

promocja