Steelseries postanowiło odświeżyć swoje dwie czołowe serie myszek – Rival oraz Sensei. Słowo odświeżyć pasuje tutaj idealnie, ponieważ Duńczycy nie zdecydowali się na całkowitą odmianę tychże produktów, a jedynie wniosło do nich kilka poprawek. Czy zatem nowsze wydania kultowych „gryzoni” są godne zakupu? Odpowiedź na to pytanie znalazłem testując Rival 310.

Zanim jednak zacznę tekst pragnąłbym zaznaczyć, że nie miałem do czynienia nigdy z poprzednią edycją Rivala, czyli tą oznaczoną numerkiem 300. Ciężko zatem będzie mi się odnieść bezpośrednio do poprzednika i porównać różnice, które wprowadziło Steelseries (poza informacjami ze strony producenta). Do moich rąk wpadła jednak flagowa Rival 700, której pod kilkoma względami jest bliżej do 310 niż mogłoby wydawać.

Łatwo można zauważyć to po wyglądzie. Rival 310 nie jest już jednolitą plastikowo-gumową bryłą. W standardową konstrukcję poprzedniczki wklejono kilka wybijających się z regularnego kształtu linii, które nadają bardziej futurystyczny kunszt. Całość zachowana została oczywiście w czarno-szarych barwach, zaś pod logiem oraz pod scrollem znajduje się miejsce na podświetlenie PRISM, które dowolnie możemy ustawić. Całość prezentuje się naprawdę świetnie i muszę przyznać, że duńscy designerzy wiedzą jak fachowo spełniać swoje zadania.

Warto od razu zaznaczyć, że mysz nie jest jak na razie dostępna w innych wersjach kolorystycznych niż ta standardowa, choć to zapewne tylko kwestia czasu, bo edycji Rival 300 było całe zatrzęsienie.

Rival 310 wykonana została głównie z tworzywa sztucznego, zaś po bokach znajdują się gumowe wstawki znacznie ułatwiające chwyt. Poprzednik pokryty był cienką, gumową powłoką czego w tym przypadku nie uświadczymy. Steelseries postawiło tutaj na matowy plastik, dzięki czemu dłoń nadal nie ślizga się tak bardzo po myszy, a i utrzymanie konstrukcji w czystości dzięki temu stało się o wiele łatwiejsze. Poza tym nic tu nie skrzypi, nic tu nie trzeszczy i nie czuć, żeby Duńczycy podeszli do konstruowania swojego nowego produktu w lekceważący sposób.

Producent zaopatrzył sprzęt w dwumetrowy kabel, który niestety posiada zwykłą, silikonową izolację. Przewód jest odpowiednio gruby, elastyczny i nie gnie się jak szalony, aczkolwiek brak materiałowego oplotu jest dla mnie niezwykle bolesny. Mam nadzieję, że przy dłuższym użytkowaniu silikon nie zacznie się zdzierać, co ostatecznie może doprowadzić do uszkodzenia.

Rival 300 (przynajmniej wierząc wymiarom) nie należała do myszy, które osoby z małymi rękoma są w stanie spokojnie obsługiwać. Rival 310 jest jednak urządzeniem pomniejszonym i to zarówno pod względem wysokości, szerokości jak i długości. Dla mnie to ogromna zaleta. Muszę przyznać, że sprzęt świetnie leżał mi w dłoni. Duża w tym zasługa tego, iż jestem praworęczny, bo to właśnie dla takich użytkowników wyprofilowany został kształt z zagłębieniem z lewej i wybrzuszeniem z prawej strony. Ręka naturalnie osiadła mi na powierzchni gryzonia, a nawet jeśli już je zmoczyłem to nie traciłem szczególnie przyczepności czy pewności chwytu. Warto też zaznaczyć, że całość waży niezupełnie 90 gram, zatem moje ciągłe podnoszenie myszy w akcji nie męczyło mi zbytnio nadgarstków. Steelseries stworzyło kawał bardzo ergonomicznej bryły… przynajmniej tak długo jak macie niewielkie lub średnio wielkie dłonie.

Duńczycy dołożyli do tego jeszcze kilka naprawdę przyjemnie i płynnie poruszających się ślizgaczy. Mysz testowałem na podkładce HyperX Fury S i po jej powierzchni Rival 310 latała jak marzenie. W razie problemów ślizgacze można w bardzo prosty sposób wymienić, choć szkoda, iż Steelseries nie zdecydowało się dorzucić zapasowej pary do pudełka. W oficjalnym sklepie nie znalazłem też żadnej opcji zakupu takowych, ale mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni. W końcu ślizgacze kiedyś się ścierają.

Rival 310 została naszpikowana przełącznikami Omron, które to podobno zapewniają żywotność rzędu aż 50 milionów kliknięć. Samo doświadczenie ze strzelania oceniam bardzo przyjemnie. Klawisze mają przyjemny skok, nie są jakoś specjalnie hałaśliwe, a i satysfakcja z naciskania jest naprawdę pozytywna. Niezależnie, czy próbowałem puszczać serie z karabinu czy strzelałem pojedynczymi pociskami – wszystko było intuicyjne i cały czas czułem pełnię kontroli.

Przejdźmy jednak do samego serca Rival 310. W środku zresztą siedzi nie byle co, a optyczny czujnik o nazwie TrueMove 3, który powstał we współpracy z firmą PixArt. Co więcej, TrueMove 3 stworzony został w oparciu o najlepszy obecnie dostępny sensor na rynku, czyli PMW3360 co samo w sobie jest naprawdę sporą rekomendacją. SteelSeries chwali się także, iż jako pierwsza mysz na świecie Rival 310 przenosi nasze ruchy 1 do 1 na ekran. Czy nie są to aby słowa rzucone na wiatr?

Po dłuższym posiedzeniu z tym gryzoniem mogę śmiało powiedzieć, że Duńczycy naprawdę się spisali. Zaraz po wypakowaniu myszy z pudełka zainstalowałem jej stosowną aktualizację oprogramowania, co stanowczo doradzam. Wielu recenzentów narzeka na złą kalibrację sensora, która została zażegnana wraz z niewielką łatką. Te kilkanaście megabajtów otwiera nam wręcz drogę do raju precyzji. Tak, TrueMove 3 to kawał naprawdę świetnej technologii. Nie miałem jakichkolwiek problemów z akceleracją czy interpolacją, przynajmniej podczas grania na czułościach poniżej wartości 3500 CPI, dookoła której zwykle się kręcę. Sensor ani razu nie zwariował i pozwalał mi z łatwością eliminować oponentów na różnych mapach w Counter-Strike: Global Offensive. Strzelanie headshotów było bardzo przyjemnym doświadczeniem, któremu towarzyszyła wysoka precyzja. TrueMove 3 na ogromny plus.

Kolejna mysz w katalogu SteelSeries i Duńczycy nadal nie zrezygnowali ze swojego oprogramowania w postaci SteelSeries Engine 3. Tylko czy jest taka potrzeba? Niezupełnie. To dobrze znany wszystkim, bardzo intuicyjny software, który pozwala na zmianę czułości, podświetlenia, częstotliwości odświeżania czy przypisania klawiszy. Engine 3 posiada też prosty edytor macro. Z tego panelu możemy też zarządzać innymi urządzeniami marki, dlatego jeśli macie swój setup zbudowany właśnie z produktów SteelSeries, to uda Wam się między innymi zsynchronizować podświetlenie PRISM. Także pod tym względem nadal jest bardzo pozytywnie.

Słowem podsumowania. Rival 310 to mysz, którą gorąco mogę polecić, choć nie jest to też sprzęt najtańszy. SteelSeries wypchało swojego gryzonia całą masą wysokiej klasy, precyzyjnej technologii za jaką przyjdzie nam zapłacić 279 złotych. Jeśli jednak możecie wydać takie pieniądze na mysz, to naprawdę polecam rozpatrzyć opcję Rival 310 jako opcję. Jej jedynymi wadami są w zasadzie tylko brak materiałowego oplotu oraz dodatkowej pary ślizgaczy w zestawie Reszta to już klasa światowa. Zdecydowanie i bez dwóch zdań rekomenduję Rival 310.