Od pewnego czasu firma Tesoro jest dla mnie zagadką. Początkowo, gdy testowałem wypuszczone przez nią klawiatury, byłem zachwycony. Potem jednak miałem kontakt z gryzoniami i… lekko mówiąc, byłem trochę zawiedziony. Nie to, by był to sprzęt zły. Był po prostu taki sobie, czegoś mu brakowało, tego ostatniego szlifu, by zaliczyć go do segmentu premium. Bardzo podobnie jest z najnowszą myszą od nich: Thyrsus. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

H8L_PIC_HOpakowanie

Thyrsus dotarł do mnie w klasycznym dla Tesoro, romboidalnym boksie. W środku bez wielkich zaskoczeń: gryzoń i masa makulatury, z obowiązkową książeczką prezentującą inne produkty firmy na czele. Producenci już od dawna nie praktykują dodawania płyt z instalatorami sterowników, więc jej brak i tym razem mnie nie zdziwił – zresztą taki zabieg stracił sens, gdy w zasadzie wszyscy mają dostęp do sieci, a co chwila wprowadzane są łatki i poprawki. Warto jednak wspomnieć, że opakowanie jest relatywnie małe, co, gdyby nie specyficzny kształt, mogłoby prowadzić do przeoczenia Thyrsusa na półce sklepowej.H8L_PIC_DDesign i wykonanie

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to bardzo specyficzny kształt urządzonka. Jego przód nie jest, jak u większości innych myszy, zaokrąglony, ale ma formę czegoś, co przyrównać można do rogów. Nie powiem, robi to ciekawe wrażenie, od razu odróżniając naszego bohatera od konkurencji. Dalej jest niestety dużo gorzej. Główna część gryzonia została wykonana z dwóch materiałów: plastiku matowego i połyskliwego. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ten pierwszy paskudnie zbiera tłuste ślady (i mam tu na myśli: naprawdę paskudnie – chwila zabawy, a sprzęt wygląda, jakby był używany co najmniej od tygodnia, podczas jedzenia tłustej pizzy gołymi rękami). Drugi natomiast prezentuje się nad wyraz tandetnie, przypominając nieco tanie „no name’y”. Zresztą sama waga gryzonia nie robi zbytniego wrażenia, ale to już kwestia gustu (osobiście jestem zwolennikiem cięższych myszy).

Thyrsus ma dwa niezależne systemy podświetlenia: logo (które może błyskać z różną częstotliwością) i scroll (dla którego możemy dowolnie wybrać i kolor, i styl iluminacji). Nie mogę też nic złego powiedzieć o kablu, który powleczony jest solidną tkaniną i raczej nie sprawia wrażenia, jakby miał się za moment zerwać czy przetrzeć.H8L_PIC_IDziałanie

Zacznijmy tutaj od ergonomii. Ta jest niestety co najwyżej poprawna. Główne przyciski są nieco zbyt szerokie, przez co trudno mi było znaleźć optymalne ustawienie palców, gwarantujące wygodny chwyt. Nie do końca też przypadło mi do gustu ułożenie sześciu przycisków bocznych. Są one rozmieszczone ukośnie, przez co o ile dostęp do środkowego i dolnego rzędu jest zadowalający, o tyle, by nacisnąć którykolwiek button z rzędu górnego, byłem zmuszony zmieniać ułożenie dłoni.

Nie mam za to najmniejszych zastrzeżeń do laserowego sensora myszy. Ten, o rozdzielczości do 8200 DPI, jest czuły i precyzyjny, dający poczucie pełnej kontroli nad tym, co dzieje się za jego sprawą na ekranie. Również LMB i RMB nie nastręczyły mi problemów – klikają się z wyraźnym, choć nieprzesadnie dużym oporem. Z kolei rolka przewijania zadowoli szczególnie tych, którzy gustują w „miękkich” scrollach, chodzących gładko i (prawie) bezdźwięcznie.H8L_PIC_APodsumowanie

Tesoro Thyrsus to mysz zaledwie poprawna. Na pewno nie uznałbym jej za produkt nieudany, jednak wiele brakuje jej do konkurencji. Tym bardziej, że została wyceniona na niespełna 240 zł, a za taką kwotę można z powodzeniem dostać znacznie lepsze urządzenia, posiadające więcej przycisków, więcej funkcji, czy po prostu lepiej i bardziej solidnie wykonane.