Bez zbędnych ceregieli przejdźmy do drugiego, zresztą obiecanego naszym czytelnikom, testu słuchawek Panasonic. O ile w poprzedniej publikacji prześwietlony został produkt z niskiej półki, tak obecnie analizowany model RP-HC800, bez skrępowania i kompleksów uderza w segment znacznie wyższy, gdzie konkurencja jest zaciekła, a nawet najmniejszy błąd może srogo kosztować producenta. Czy uda im się wyjść cało z opresji? Przekonajmy się.

Do moich rąk trafił czarny karton sygnowany logiem Panasonic oraz podobizną skrywanych wewnątrz słuchawek. Był on niemiłosiernie wymęczony, wskazując, że kawałek naszego kraju zwiedził, przechodząc z rąk do rąk. Na szczęście zawartość była w wzorowej kondycji.

Po rozpakowaniu potencjalny konsument najpierw natknie się na czarny, sztywny, zapinany na zamek futerał. Wygląda on bardzo elegancko i przede wszystkim sprawia wrażenie wytrzymałego. Bez obaw można wsadzić go do walizki pełnej ubrań lub zagraconej torby i nic nie powinno mu się stać. Czy będzie wstanie wytrzymać nacisk 2 ton, gdy przejedzie po nim samochód, tego nie wiem, i wątpię by naczelny pozwoliłby mi na taki eksperyment. Tak czy siak, póki, co jest pozytywnie.

Po otwarciu futerału do naszych łapek trafiają duże, bardzo eleganckie słuchawki w systemie zamkniętym. Dominuje czarny, dobrze wykończony plastik, materiał imitujący skórę oraz metal. Ogólnie, bierzemy do rąk RP-HC800 i od razu pysk sam się cieszy. Trochę ważą, ale bez przesady, bowiem na głowie miałem już cięższych zawodników, natomiast wykonanie – dopracowanie detali, poszczególnych elementów, montaż – to pierwsza klasa. Co więcej, nauszniki idealnie opatulają ucho, odcinając nas od świata zewnętrznego, a długie sesje z muzyką nie sprawią żadnego dyskomfortu. Zastanawia mnie tylko modularny kabel, gdyż producent dostarczył krótki i cienki kawałek „drutu” najczęściej spotykany w budżetowych słuchawkach.

Panasonic-RP-HC800

A jak grają? Test został przeprowadzony tradycyjnie na odtwarzaczu CD Marantz CD-52, komputerze uzbrojonym w podrasowaną dźwiękówkę Realtek, oraz telefonie Nokia Lumia 735. Wartość akustyczną produktu musimy rozpatrzyć dwojako, bowiem sporo zamieszania wnosi funkcja Noise Canceling.

Runda pierwsza, przeprowadzona z pomocą odtwarzacza była, co tu dużo się oszukiwać, prawdziwym rozczarowaniem. Bez włączonej opcji Noise Canceling, służącej w gruncie rzeczy do zagłuszania zewnętrznych dźwięków, by wyostrzyć brzemiennie muzyki, odsłuchane utwory były płaskie jak deska. W ruch poszła elektronika szerokiej maści, muzyka instrumentalna, jazzowa, sporo wokalu i nawet stary, poczciwy rap w wykonaniu śmietanki zachodniego wybrzeża lat 90. Scena, jaką traktuje użytkownika model RP-HC800, jest strasznie ściśnięta, sprawiając niemal wrażenie jakby zamknięto nas w niewielkim, szczelnie zamkniętym pomieszczeniu, zaś instrumenty umieszczono za szklaną ścianą. Brak tu jakiejkolwiek swobody, przestrzeni, nie wspominając już o względnej precyzji, bowiem tendencja zlewania się dźwięków w jedną bezkształtną masę jest dość notoryczna. Powiem tak, odpada zdecydowanie wszystko to, co instrumentalne, spokojne, o wielowarstwowej specyfice, a już szczególnie wokal.

Niskie tony są podbite niewyobrażalnie, aż powiedziałbym absurdalnie, zaś względnie radząca sobie góra, dobrze wypośrodkowana i żwawa posuwa nas tylko do jednej konkluzji – dubstep, gwałtowny i brutalny minimal, oraz elektronika nieoszczędzająca naszego słuchu, to gatunki w jakich sprawdzają się RP-HC800. Warunek jest jeden, o tuż musicie posiadać naprawdę bardzo dobre źródło. Odsłuch na PC uświadomił dobitnie takowy fakt, a już zdecydowanie zabawa z Nokią, albowiem nie ma ona problemów by napędzić słuchawki Sennheiser HD380pro, natomiast przy naszym pacjencie poległa całkowicie. Przypominam także, że na całościowy walor akustyczny ma także wpływ dostarczony tandetnej jakości kabel, który na szczęście można samemu zastąpić czymś sensowniejszym.

test+panasonic+rp-hc800

W zanadrzu czeka opcja Noise Canceling. Uruchamiamy ją drobnym przełącznikiem, natomiast energia czerpana jest z pojedynczej baterii. W teorii ma ona zakłócać zewnętrzne hałasy, by polepszyć jakość tego, co akurat słuchamy. W praktyce wygląda to tak (przynajmniej takie mam wrażenie), że dolne pasmo zostaje nieco bardziej rozciągnięte, zaś wysokie tony niemiłosiernie podbite. Urządzenie zaczyna jakby trochę głośniej grać, nawet przestrzenniej, ale żeby nabrało jakiś sensownych walorów, tego bym już nie powiedział. Względnie funkcja Noise Canceling jest wręcz absurdalna i zbędna! I bez niej słuchawki są znakomicie wygłuszone, izolują perfekcyjnie od środowiska, tak więc niepotrzebnie podbija ona tylko cenę.

Sprawa wygląda tak: Panasonic RP-HC800 na chwilę obecną, w zależności od dystrybutora, można nabyć w cenie oscylującej w granicach 500 zł. To naprawdę spora ilość gotówki, i jeśli idzie o walory wykonania, czy też atut estetyczny wpisują się w ten segment idealnie. Tyle, że jeśli mowa o dźwięku oględnie mamy do czynienia z tragedią. Za taki plik banknotów mamy prawo wymagać wiele, natomiast konkurencja dobrze o tym wie. Wspomniałem wcześniej o Sennheiserach HD380pro, dostępnych głównie na rynku wtórnym, ale przyjdzie nam za nie wyłożyć kwotę również w granicach 400-500 zł. W kategoriach brzmienia oba produkty to jak dzień do nocy, Panasonic gra niczym przysłowiowy model z kosza w supermarkecie. Zresztą, co tu się rozwodzić, stare HD555, ich następca HD558, a już nawet cenione Creative Aurvana Live bez rekablowania, zjadają RP-HC800, i kosztują przy tym znacznie mniej.

Reasumując model Panasonic RP-HC800 należy ponownie wyprodukować, zachowując jakość materiałów i wykonania, pozbywając się bzdurnej opcji Noise Canceling, bo izolacja i wygłuszenie już stoją na wysokim poziomie, wkładając więcej pracy w sensowne przetworniki, dopiero wtenczas po obniżeniu ceny o jakieś 150 zł, będziemy mówić już o sensownej alternatywie dla AKG, Sennheisera lub Sony.

 

promocja