Na moich uszach tym razem goszczą słuchawki aspirujące do miana audiofilskich. Milo jest czasem odskoczyć od gamingu i posłuchać, jak to robią profesjonaliści od dźwięku. Przedstawiam Sennheiser 4.50BTNC

Wygląd i wykonanie

Słuchawki przychodzą do nas w czarnym pudełku, nie robiącym jakiegoś niesamowitego wrażenia. Wewnątrz wszystko ułożono w plastikowej wytłoczce. W zestawie dostajemy kabel USB > micro USB do ładowania, kabel mini jack > mini jack, instrukcję, kartę gwarancyjną oraz prosty pokrowiec. Same słuchawki robią wrażenie bardzo drogich i wybitnie wykonanych. Są schludne, estetyczne i dość małe, jednak są całkiem ciężkie jak na model mobilny.
Cała konstrukcja to tworzywo sztuczne, jednak bardzo dobrej jakości i na pewno nie tandetne. Muszle są zaprojektowane owalnie i dobrze dopasowują się do ucha. Całe sterowanie oraz złącza znajdują się na korpusie prawej muszli, na lewej nie ma całkowicie nic. Sennheiser mógł przynajmniej przenieść złącza drugą stronę. Teoretycznie podczas podłączenia słuchawek przewodowo przyciski są nieaktywne, więc nie powinno to przeszkadzać, jednak mogłoby to poprawić estetykę wykonania. Poduszki na nausznikach są bardzo miękkie i wygodne, jednak nie mają żadnej wentylacji. Pokrywy przetworników również nie pozostawiają nic do życzenia. Z lewej mamy pod pokrywą moduł NFC do parowania z telefonem. Najgorszym elementem wg mnie jest pałąk a raczej jego pokrycie, które wykonano tylko z gumy. Tak, dobrze czytacie – jest to tylko guma i niestety nie dość, że zbiera kurz i brud, to jeszcze słuchawki zaczynają po chwili uwierać w głowę. A skoro o uwieraniu mowa, to przejdźmy do…

…ergonomii

Która nie jest mocnym punktem 4.50BTNC. Wytknąłem już kwestię pałąka, to ponarzekam teraz na regulację wysokości. Sennheiser zaprojektował całość dość dziwnie, konstrukcja słuchawek „zmuszała” mnie do obniżenia ich bardziej, niż bym chciał. Inaczej były bardzo niewygodne i pałąk wbijał mi się w głowę dość mocno. Po odpowiednim wyregulowaniu nauszników dało się już nosić słuchawki, jednak po godzinie naprawdę czuć na głowie tą nieszczęsną gumę. Pady są takie sobie. Bardzo miękkie wygodne i jednocześnie niewentylowane. W cieplejsze dni uszy na pewno będą się w nich pocić i to znacząco. Niezbyt przypadły mi do gustu przyciski sterujące. Są małe i nieco zbyt ciasno upchane. Trochę zajęło, zanim przyzwyczaiłem się do sterowania.
Słuchawki można złożyć, aby łatwiej je transportować – rozwiązanie ostatnio bardzo w modzie i w sumie dobrze. Przy takim złożeniu nie obawiam się, że np. gdy wrzucę je luzem do plecaka, to te się połamią. Ciekawie też rozwiązano kwestię mini jacka w słuchawkach. Poza wtykiem, jest jeszcze wyżłobienie, którym wkręca się wtyczkę aż do zablokowania. Rozwiązanie naprawdę dobre, tak zapięty kabel nie ma możliwości odłączenia się, nawet jak słuchawki nam spadną. Osobiście jednak uważam to rozwiązanie za nieco niepotrzebne. W rzeczywistości nigdy mi się odpinany kabel od słuchawek nie odłączył i wolałbym, żeby np. podczas jazdy rowerem spadające słuchawki nie pociągnęły za sobą telefonu, tylko jednak się odpięły.

Dźwięk, brzmienie

Słuchawki Sennheiser 4.50BTNC mogą pracować w trybach bezprzewodowym oraz przewodowym po kablu mini jack > mini jack. W trybie bezprzewodowym powinny grać tak samo u każdego. W trybie przewodowym jakość zależy w dużej mierze od używanej karty dźwiękowej. Do testów używam karty dźwiękowej ASUS Strix Raid Pro oraz telefonu Samsung Galaxy A5 2017.

Tryb przewodowy

Zaczynam opis od tego trybu, gdyż słuchawki spisują się w nim nieco gorzej. Po podłączeniu do komputera i uruchomieniu słuchawek nie dzieje się nic. Grają, ale nie działa np. funkcja aktywnej redukcji dźwięków otoczenia. Same w sobie dobrze wytłumiają otoczenie, jednak brak możliwości włączenia tej funkcji trochę rozczarowuje. Nie mniej – grają całkiem nieźle. Nie nazwałbym tego jakąś powalającą jakością, ale mimo wszystko nie mam nic do zarzucenia w kwestii samego grania. To, co lubię w tych słuchawkach, to nieważne czy włączę muzykę klasyczną, ciężki metal czy dubstep z walącym po ścianach „ŁUBUDU”, te zawsze będą grały czysto, dźwięk będzie szczegółowy, wyraźny i po prostu przyjemny. Jedynie bas wydawał mi się nieco zbyt płytki. Mój Strix potrafi też wycisnąć z nich naprawdę sporo. W trybie przewodowym były u mnie wręcz porażająco głośne. Mimo tego nadal dzielnie dawały sobie radę i dźwięk pozostawał czysty.

Tryb bezprzewodowy

Tutaj Sennsheiser 4.50BTNC pokazuje, do czego został naprawdę stworzony. Po sparowaniu z telefonem aktywuje się opcja aktywnej redukcji szumów (którą możemy wyłączyć trzymając przez 2 sekundy oba przyciski głośności). Funkcja ta spisuje się naprawdę dobrze. Gdy coś gra podczas aktywnej redukcji, to nie jestem w stanie praktycznie nic usłyszeć. W trybie bezprzewodowym aktywują się też pozostałe przyciski, tj. do przełączania piosenek. Same słuchawki zaczynają też grać całkowicie inaczej. Serio, nie spodziewałem się aż takiej różnicy. Żeby uniknąć pomyłki, włączyłem sobie jedną piosenkę na YouTube najpierw na PC, potem na telefonie i z czystym sumieniem mogę napisać – bezprzewodowo grają o wiele lepiej. Warunkiem jest to, aby była włączona funkcja redukcji otoczenia. Dźwięk wydaje się być wtedy o wiele bardziej szczegółowy i stonowany, basy nabierają nieco mocy (chociaż nadal jest ich trochę mało), po prostu miód. Jedyne, do czego mogę się przyczepić jest to, że bezprzewodowo są dość ciche. Nie należę do zwolenników rozwalania sobie słuchu, ale dla niektórych może być to istotne.
Dla smartfonów przygotowano też aplikację CapTune. Jest to zwykły odtwarzacz z korektorem graficznym, opcjami podbicia tonów niskich i wysokich oraz możemy go dodatkowo powiązać z Tidalem. Program bardzo dobry dla tych, którzy posiadają subskrypcję Tidala, gdyż mamy wtedy dostęp do nagrań bardzo wysokiej jakości i Sennheisery 4.50BTNC pozwolą wykorzystać tą jakość.

Werdykt

Sennheisera 4.50BTNC używałem dość długo, chyba najdłużej z testowanych przeze mnie dotychczas słuchawek. Kosztują na tą chwilę powyżej 700zł. Chciałbym im wystawić lepszą ocenę, ale w tej cenie producent powinien poprawić ergonomię. Pod pałąkiem powinna być jakaś gąbka, ta guma nie spisuje się zbyt dobrze (szczególnie gdy w nich chodzimy albo biegamy). Dla młodszych użytkowników albo mniejszych osób będą na pewno nieco wygodniejsze, niż dla mnie. Przyciski również mogły być lepsze. Nie mam za to nic do zarzucenia w kwestii dźwięku. 4.50BTNC grają praktycznie bezbłędnie, dla niektórych bas może być nieco zbyt słaby, dla mnie nie był to problem. Świetnie też wyciszają otoczenie. Jeżeli szukacie naprawdę dobrze grających słuchawek bezprzewodowych, to Sennheisery 4.50BTNC będą naprawdę trafionym wyborem… o ile nie będą Was uwierać.