Coraz trudniej wyobrazić dziś sobie grę sportową bez pełnego erpegowych elementów trybu kariery, w którym wcielamy się w rolę młodego adepta danej dyscypliny. Rozwijamy swoje umiejętności, prowadzimy dialogi, podejmujemy drobne decyzje, wreszcie śledzimy przedstawioną przez twórców fabułę. Tak jest w od kilku lat w NBA od 2K Games, od dwóch lat podobny tryb oferuje FIFA. Wydawałoby się, że WWE jest idealne pod tego typu tryb, ponieważ w trakcie gal wrestlingu tyle samo czasu co mecze zajmują utarczki słowne między zawodnikami i historia ich konfliktów. Jak to zwykle jednak bywa, teoria z praktyką niewiele ma wspólnego.

Zróbmy sobie wrestlera

Ze sporym entuzjazmem podszedłem do trybu MyCareer proponowanego przez WWE 2k18. Miałem nadzieję na powrót po przerwie mojego ulubionego trybu Showcase. Odtwarzaliśmy w nim najbardziej emocjonujące storyline`y rozgrywając mecze, wykonując dodatkowe wyzwania i oglądając doskonale dobrane wstawki filmowe. Niestety nic z tego. Kiedy jednak zorientowałem się, że zamiast tego mogę stworzyć zupełnie nową gwiazdę i poprowadzić ją do chwały, ochoczo zabrałem się do roboty.

Początek był super. Od kilku lat edytor postaci w grach Yuke’s nie ma sobie równych, zawiera olbrzymią ilość opcji, modyfikacji, od wyglądu twarzy, przez strój, do tatuaży i grafiki na wirtualnej koszulce zawodnika. Nie myśląc wiele stworzyłem możliwie wierną kopię CM Punka, bez którego WWE nie jest już tak interesujące i zacząłem wielką karierę.

Niestety mój entuzjazm został szybko zabity. MyCareer zawiera kilka fajnych pomysłów, jakieś zalążki potencjału, ale to wszystko idzie na marne. Zabawę zabijają koszmarnie długie loadingi (grałem na Xbox One X). Bolą tym bardziej, że prowadziły bardzo często do sekwencji, w których musiałem po prostu przebiec przez szatnię na parking. Gdzieniegdzie stał inny zawodnik, z którym mogłem zamienić kilka nic nie wnoszących do zabawy zdań. Dialogi są beznadziejne, zwłaszcza od strony technicznej. W grze zabrakło aktorów głosowych, więc widzimy niemą postać, która rusza ustami bez ładu i składu, a pod spodem wyświetlane są napisy. Razi to zwłaszcza wtedy, gdy wypowiadana kwestia jest bardzo krótka. Jeżeli nie wciśniemy przycisku prowadzącego do następnej kwestii, postać bezgłośnie „mówi” i gestykuluje bez końca. Sami zobaczcie:

Za postępy odblokowujemy nowe ataki, zwiększamy swoje atrybuty, kupujemy ciuszki i fryzurki. Jest tego dużo i w sumie fajnie byłoby to robić, gdyby nie długie oczekiwanie na wszystko. Oprócz tego, że toczymy walki, możemy też wygłaszać proma. Stajemy na ringu i wybieramy jedną z kilku wyświetlających się kwestii, tak by pasowała tonem do tej wypowiedzianej wcześniej. Jeśli się uda – zdobywamy kolejnych fanów i punkty. Mechanizm jest dość mylący i nie dający zbyt wiele frajdy. Treść wypowiedzi pozostawia wiele do życzenia, odstając znacząco od wzbudzających zachwyt oświadczeń najbardziej charyzmatycznych gwiazd.

Kolejny klasyk?

Pozostaje walka. Mechanika rozgrywki nie zmieniła się znacząco, dalej wszystko opiera się na systemie reversali. Możemy ich wykonać pod rząd tylko kilka, później czekając na odnowienie specjalnego paska. Nowością jest możliwość podniesienia przeciwnika na kilka sposobów przed wykonaniem rzutu na matę. W trybie single zabawa wciąż jest udana, zwłaszcza że ciosy, chwyty i rzuty potrafią być oddane naprawdę spektakularnie. Po niektórych aż czułem ból w plecach. Odgrywanie ikonicznych ciosów kończących nie nudzi się i stanowi o sile gry. Gorzej jest przy walce z drugim żywym przeciwnikiem, bo cała interakcja między graczami została sprowadzona właśnie do użycia reversali.  Właściwie tylko w ten sposób możemy przerwać ataki oponenta, a pomiędzy tymi przerwami każdy gra swoją grę – dobiera ciosy, wybiera miejsce walki itd.

Jestem już trochę zmęczony tym systemem, mimo że dostrzegam jego zalety i w sumie sam nie wiem, jak można by  go zmienić, ale twórcy w tym aspekcie nie próbowali nic naprawdę nowego od kilku ładnych lat. Co innego jeżeli chodzi o grafikę – tutaj widać sporą poprawę, zwłaszcza grając najpopularniejszymi zawodnikami. Mięśnie, pot, włosy, pulsujące żyły, otoczenie robią wrażenie i potęgują wrażenia z walki. Podobnie ścieżka dźwiękowa – piosenki dobrano bardzo dobrze, króluje muzyka amerykańska, co bardzo pasuje do klimatu gry i sprawia, że obok FIFY soundtrack WWE jest kolejnym, który zacznę co roku sprawdzać również poza grą.

Co poza tym

Poza trybem MyCareer jedyne co jest ciekawe do roboty to jego odpowiednik online – Road to Glory. Walczymy tu o udział w comiesięcznych Pay-per-view, zbieramy loot boxy itp. Wszystko inne to coroczny standard. Moim zdaniem bezużyteczny MyUniverse, w którym kierujemy wszystkimi galami WWE i pojedyncze mecze, fajne do sprawdzenia raz czy dwa, żeby zobaczyć, co się zmieniło od poprzedniej edycji, ale to tyle.

Jestem zawiedziony tegoroczną edycją. Ma swoje zalety – oddanie dynamiki walk, fajną grafikę, mnóstwo postaci i energetyczną ścieżkę dźwiękową, ale tam gdzie mogłaby świecić najjaśniej, najbardziej zawodzi. Tryb MyCareer nie sprawdza się na całej linii, a jeżeli nie nastawiamy się na tryb multi, to nie znajdziemy w grze nic więcej, co przyciągnęłoby na dłużej.

promocja