X-Men: Mordercza geneza to nowa pozycja w portfolio Egmontu, odwołująca się do najbardziej kanonicznej opowieści o mutantach. Autor w odważny sposób spróbował dodać od siebie trzy grosze do uniwersum, przebudowując gruntownie wizerunek jednej z ważniejszych postaci. Czy mu się udało? Przekonamy się z poniższej recenzji.

Na sam początek garść szybkich przemyśleń. Już sam tytuł – Mordercza geneza – brzmi dość… dziwnie? Nie wiem, to moje indywidualne odczucie, ale pójście w kierunku „mrocznej” lub coś w tym guście, wydaje się bardziej adekwatne. Z drugiej strony sam projekt okładki nie zachęca specjalnie i pod pewnymi względami ma się trochę, jak pięść do nosa względem przedstawionej historii.

Niemniej moje uprzedzenia szybko zostały rozwiane. Przede wszystkim, nauczyłem się podchodzić do Marvelowskich komiksów superbohaterskich z dużą dozą dystansu, nie wyszukując górnolotnych treści. Faktem jest, iż kultura komiksu bazuje w dużej mierze na otaczającej nas rzeczywistości, obijając w mniejszy, czy większy sposób współczesne problemy. Ostatecznie jednak jest to na pierwszym miejscu rozrywka, z którą liczni autorzy eksperymentują od dekad, co potrafi dać niekiedy bardzo ciekawe rezultaty. Przejdźmy jednak do konkretów.

Giant Size X-Men #1

Jeśli cofniemy się do początku istnienia grupy zwanej X-Man, musimy zawędrować do roku 1963. Wtedy to Stan Lee i Jack Kirby stworzyli serię The X-Man, opowiadającą losy piątki młodych mutantów trenujących pod czujnym okiem profesora X. Ta sama piątka została przeniesiona obecnie na karty komiksu All New X-Man, ukazującego się w serii Marvel Now! Możecie się zdziwić, ale w ogólnym rozrachunku zeszyty kontynuowane do 1970 roku nie cieszyły się taką popularnością, jak inne postacie z stajni Marvel.

Z naszej perspektywy najistotniejszy jest rok 1975. Do druku idzie słynny Giant Size X-Men #1 – wydanie jedno tomowe. Scenarzysta Len Wein i rysownik Dave Cockrum tworzą historię, o tym jak profesor X mobilizuje nowych mutantów, aby ci uratowali z śmiertelnej pułapki zespół X-Man uwieziony na tajemniczej wyspie Krakoa. Tak poznajemy m.in. Strom i Wolverine’a. Komiks zyskuje przydomek „drugiej genezy” i w ten sposób zaczynają się dwie dekady nieprzerwanej passy dla X-Man.

Mordercza geneza, to już zasadniczo klasyk, bowiem komiks ukazał się na przełomie 2005 i 2006 roku. Nawiązywał on do innego, dużego wydarzenia o nazwie Ród M, który wywrócił uniwersum do góry nogami. Scarlet Witch – jedna z potężniejszych mutantek, korzystając z swojej mocy sprawiła, iż setki tysięcy jej pobratymców straciło swoje zdolności, a nowi mutanci przestali się rodzić. Ten stan rzeczy uległ dopiero zmianie w serii Uncanny X-Man, publikowanej od 2012 roku. Pytanie tylko, co stało się z mocą wszystkich mutantów, bowiem jak w fizyce (czasem też w matematyce) i tu każde równanie musi mieć dwa końce.

Mordercza geneza

Scenariusz do komiksu opracował Ed Brubaker, którego większość z obytych czytelników kojarzyć będzie za serię Fatale publikowaną pierwotnie przez Image. W jego opowieści na jaw wychodzą grzechy profesora X, zaś po latach powraca potężny mutant na poziomie mocy omega. W ten sposób komiks łączy Giant Size X-Men #1 i Ród M – dwie odległe od siebie w czasie pozycje, rzucając również nieco światła na The Rise and Fall of the Shi’ar Empire, także autorstwa Brubakera.

Główny antagonista, podobnie jak trójka nowych rekrutów – Petra, Sway i Darwin – niegdyś byli uczniami Xaviera. Zanim się tak stało, faktycznie byli podopiecznymi Moiry MacTaggert. Dochodzi jednak do incydentu na wyspie Karakoa z oryginalnymi X-Man i profesor X traci połączenie mentalne ze swoją drużyną. Tu pojawia się problem natury logistycznej, bo nie ma kogo posłać na ratunek. Wtedy to prosi Moirę o przysługę użyczenia czwórki nieopierzonych adeptów, którzy niczym młodzi żołnierze przed wysłaniem na front otrzymują przyspieszone szkolenie. Efekt akcji ratunkowej nie należy do najładniejszych, mówiąc oględnie, co będzie ciążyć na profesorze X.

Rzecz w tym, iż Scott Summers, znany, jako Cyklop, jako oryginalny członek X-Man nie pamięta tych zdarzeń. Fakt ten rzutuje dość mocno na nieczyste zagrywki jego mentora, szczególnie, że pomiędzy młodym liderem a antagonistą jest dość istotna więź. W ten sposób scenarzysta Ed Brubaker jeszcze bardziej demontuje nieskazitelny wizerunek profesora X. Od lat jego, wręcz nienaganna sylwetka poddawana była różnym zabiegom, przybliżającym potężnego telepatę do zwykłego człowieka popełniającego fatalne błędy, ciążącymi później na sumieniu. Za ten, a także zabieg fabularny ze Scott’em, pokazujący jego zwątpienie i początek radykalizacji poglądów, należy się duży plus scenarzyście. Piętą achillesową natomiast okazuje się postawa innych członków instytutu Xaviera, którzy wobec faktu hipokryzji i wątpliwej moralnej natury swojego nauczyciela, zachowują się jak statyści – zero reakcji.

Mordercza geneza to tak naprawdę wstępniak do The Rise and Fall of the Shi’ar Empire, czyli następnej kosmicznej epopei z rozmachem. Niemniej na kartach komiksu poznajemy dwóch nowych mutantów, którzy na stałe wpisali się w kanon X-Man. Recenzowana pozycja mieści się w dość pokrętnym terminie retcon, czyli działającej wstecz ciągłości wydarzeń. Polega to na dopisywaniu nowych wydarzeń do znanych historii, co pozwala zmienić sposób postrzegania uniwersum przez czytelnika. Mechanizm dobrze znany, bo przecież każdy scenarzysta ma ambicje, aby dodać coś od siebie do serii, pozostawiając po sobie trwały ślad.

Rysunki Trevora Hairsine’a, Pete’a Woodsa wpisują się w styl superbohaterskiego komiksu, zaś samo wydanie pozycji przez Egmont powinno każdego zadowolić. Twarda oprawa, kredowy papier, niewielka galeria szkiców na koniec, a także przybliżenie tła opowieści czytelnikom w posłowiu daje nam obraz konkretnego czytadła. Nie jest to wszakże utwór przełomowy, ale zdecydowanie wart sięgnięcia, jeśli zagustowaliście w opowieściach o X-Man.

Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont