Może to sprawa lokalna, jakiś tajemniczy składnik we krwi mieszkańców konkretnego regionu, który sprawia, że są oni w stanie zapłonąć nienawiścią do przeciwnej grupy z tak błahych powodów, jak kibicowanie złej drużynie lub sympatyzowanie z jednym z dwóch wielkich obozów komiksowego świata. Może właśnie przez to, że urodziłem się w nadwiślańskim kraju, z dala od wszystkich problemów (i korzyści, rzecz jasna), jakie niesie za sobą obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, nie poczułem tego impulsu, który miałby mi kazać ustawić się po którejś ze stron barykady: DC czy Marvel. Z punktu widzenia wygodnego konsumenta obecna sytuacja, zaogniająca konkurencję między tymi dwoma przedsiębiorstwami, bardzo mi odpowiada, bo dostarcza całą masę rozrywkowej zawartości na najwyższym poziomie. (Delikatne spoilery z Arrow oraz Daredevila poniżej)

Rozpoczęła się więc wymiana ciosów w wadze ciężkiej, gdzie już się nie bada przeciwnika spokojnymi prostymi, bo oto nadeszła chwila, aby wrzucić najwyższy bieg i walić z sierpowych. Na ekrany kin zostały przywołane (lub zostaną) dwa największe atuty DC i Marvela: Justice League oraz Avengers, gromadzące gwiazdy opłacane milionowymi kontraktami na skalę, jakiej jeszcze w Hollywood nie widziano. Tymczasem, poza główną sceną, gdzie trwają przepychanki związane z filmami pełnometrażowymi, toczą się nie mniej zacięte boje. Mówimy tu o serialach. Ich widzowie nie siadają może przed ekranem w tak ogromnych liczbach, ale w żaden sposób nie wpływa to na niezaprzeczalną wartość tego medium.

Potrzebowałem tylu słów, by właściwie wprowadzić Was w temat, ale wszystko to miało jakiś cel. Jeszcze do niedawna seriale o superbohaterach wydawały się anomalią lub może bardziej nieśmiałą formą budowania swojego imperium na nowym poletku, nie zwiastującym jednak wielkich zysków. Dość więc mówić, że biorąc pod uwagę również Tajemnice Smallville, bawiące w „telewizorni” jeszcze w czasach, kiedy zdecydowanie mniej osób marzyło o byciu bohaterem noszącym majtki na spodniach, w ostatnich latach DC za sprawą kilku seriali pewnie usadowiło się na pozycji najważniejszego dostawcy zabawy do naszych odbiorników. Zasiedziały tyłek włodarzy amerykańskiego giganta będzie więc bolał jeszcze bardziej, gdy wkrótce zostanie strącony z tego piedestału.

dbfc67b8554757a0d65bd5c1e2215b94f4f99c12

Skąd taka odważna teza? Myślę, że bardziej spostrzegawczy powiązali ją już z ikoną tego artykułu, widoczną nieco powyżej – Daredevilem. Za kilka lat będzie się go postrzegać jako symbol nowego rozdziału w historii Marvela, do tej pory próbującego swoich sił na wielu płaszczyznach, unikając jednak telewizji. W końcu jednak, po prawdopodobnie wielu latach odpowiednich analiz i dyskusji, zdecydowano się postawić na nietypową, aczkolwiek zrozumiałą i zgodną z duchem czasu opcję – internetową usługę streamowania mediów o nazwie Netflix. Od kilku lat stali się oni czymś więcej niż tylko dostawcą VOD, rozpoczynając produkcję własnych, niezwykle ambitnych produkcji, do których można zaliczyć House of Cards, Orange Is the New Black czy Marco Polo. Myślę jednak, że do tej pory nigdy fani nie oczekiwali od nich tak wiele, jak w przypadku Daredevila.

Marvel nikomu nie musi udowadniać swojej wartości, bo stoi obecnie w pozycji dominującej wobec DC. Sytuacja ta może zmienić się po kontrofensywie autorów postaci Jokera czy Wonder Woman, która rozpocznie się już w przyszłym roku, ale poprzez seriale takie jak Flash czy Arrow, ich dotychczasowa pozycja w telewizji była pewna, wręcz można mówić o dyktowaniu warunków. Za sprawą Daredevila Marvel postanowił wywrócić proporcje. Trzynaście odcinków tego niezwykłego spektaklu przekonało mnie, że bez gruntownych zmian, DC zacznie dostawać baty i na tym polu (zwłaszcza, że Jessica Jones i Luke Cage są już w drodze). Co stawia grubą kreskę między pochodzącym z Hell’s Kitchen „the Man Without Fear” a najbardziej zbliżonym tematycznie Green Arrowem, będącym na ekranach od 2012 roku?

daredevil-netflix-shadows-of-the-glass-matt-murdock-charlie-cox

Zacznijmy od tego, że oglądając ostatnie rozdziały przygód Olivera Queena, ciężko nie odnieść wrażenia, że serial o nim stał się ofiarą swojego fandomu, skłaniającego twórców choćby do częstego ukazywania melodramatycznych rozterek miłosnych, próbujących odciągnąć widza od marnie skleconego wątku głównego. Nie jestem przeciwnikiem jakichś ekranowych między-płciowych interakcji, są one miłym dodatkiem, pomagającym zgłębić charakter danych bohaterów, ale oglądając Arrow coraz bardziej zaczyna się mieć wrażenie, że omyłkowo włączyło się „jedynkę”, gdzie transmitują właśnie Modę na sukces. Byłbym jednakże w stanie przełknąć wpisujące się w styl życia playboya miłosne podboje pana Queena, gdyby nie zostały skopane tak podstawowe elementy jak dobór aktorów czy sensowność fabuły.

Spędziłem przed komputerem czy telewizorem nieprzyzwoicie dużo czasu, śledząc poczynania wszelkich serialowych postaci, ale nigdy w życiu nie miewałem ochoty na bezmyślną destrukcję tak bardzo, jak wtedy, gdy widzę Katie Cassidy w Arrow. Twórcy ciągną jej pozbawiony jakiejkolwiek logiki wątek wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, przy jednoczesnym duszeniu w zarodku bohaterów, którzy dla odmiany dobrze rokowali (pierwszy z brzegu Kapitan Boomerang czy nawet Roy Harper). Bawi również przywoływanie danych aktorów na ekran bez jakiegoś logicznego celu, prawdopodobnie tylko dlatego, że akurat mieli kilka dni wolnego w kalendarzu, odbierając serialowi jakąkolwiek płynność. Na niedokładności tego typu starałem się przymykać oko podczas świetnego drugiego sezonu, a powód takiego stanu rzeczy był następujący: niezwykle charyzmatyczny „villain”, a więc główny antagonista: Deathstroke. Miałem szczerą nadzieję, że wplatając wątek Ra’s al Ghula w trzeciej serii, DC uda się powtórzyć sukces poprzednika, ale grubo się myliłem. Jeden z najpotężniejszych czarnych charakterów w całym uniwersum rządzonym przez Batmana czy Supermana, nie budzi krzty szacunku swoim wizerunkiem godnym siedzących pod monopolowym bohaterów serialu Ranczo.

Daredevil-on-Netflix

Analogicznie, o sile Daredevila stanowi dobre wykorzystywanie do maksimum elementów, które w błogich przygodach Olivera Queena kulały. Kingpin grany przez Vincenta D’Onofrio na łamach zaledwie kilkunastu odcinków już zapisał się w historii jako jeden z najbardziej wiarygodnych, głębokich i imponujących czarnych charakterów wyciągniętych z komiksowych stronic. Postawny łysol wygląda jak ktoś, kto przestawiłby szczękę „Głowie Demona” z Arrow jednym uderzeniem. Równie fascynujące są sylwetki innych bohaterów, nawet tych, którzy mogli trochę drażnić w komiksach (jak w moim przypadku momentami Foggy) czy zupełnie drugorzędnych. Sam Matt Murdock został zagrany przez Charliego Coxa tak, że nie wstyd byłoby postawić go obok Spidermana (z którym crossover byłby spełnieniem marzeń) czy Punishera (z którym crossover doprowadziłby do zawału ze szczęścia niektórych geeków), o czym w podobnym scenariuszu nie można by powiedzieć o Stephenie Amellu. Oczywistym jest, że sporą zasługę w tym wszystkim należy przypisać Netflixowi, potrafiącemu stworzyć widowisko doskonale wpisujące się w konwencje globalnego uniwersum Marvela. Arrow czy Flash zdają się być elementami wyrwanymi z ogólnej koncepcji, kompletnie do niej nie pasującymi i najprawdopodobniej skazanymi na rychłą likwidację (DC najprawdopodobniej nie będzie długo ciągnęło wątku serialowego Barry’ego Allena przy nadchodzącym współistnieniu filmu o tej samej postaci).

Widać więc, kto miał lepszy pomysł na swoją ekspansję: DC miota się w serialowej konwencji, raz  serwując operę mydlaną dla nastolatek, a innym razem nieudolną adaptację Nolanowskiego Mrocznego Rycerza, pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Marvel natomiast jednym znakomitym sezonem pokazuje, co to znaczy konsekwencja, mroczna atmosfera i widowiskowość. Oddałbym wszystkie sezony Arrow za jeszcze jedną walkę na poziomie zaprezentowanym pod koniec drugiego epizodu Daredevila. Pozostaje więc postawić dwa pytania: czy DC na najbliższe kilka lat pozwoli Marvelowi zdominować i telewizję? Czy nadchodzące seriale od Netflixa będą równie udane, co historia niewidomego prawnika? Mówi się przecież, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, czuję jednak, że Diabeł z Hell’s Kitchen już tak.