Dotarła do mnie niedawno informacja, że mój serialowy rówieśnik, „Simpsonowie”, potrwa jeszcze co najmniej 2 sezony. Ma to dać w sumie 669 odcinków i, według doniesień, stanowić najdłuższy serial w historii TV. Abstrahując już od tego, czy faktycznie będzie to najdłuższa seria jak do tej pory, nasuwa się inne pytanie: czy bicie takich rekordów ma w ogóle sens?

W dobie rozkwitu kinematografii odcinkowej ważną kwestią dla twórców jest, aby serial trwał jak najdłużej, ale nie można tego zamierzenia spełnić bez utrzymania poziomu. I, o ile najważniejsze są oczywiście pomysły fabularne i wykonanie, odpowiedni podział akcji na odcinki i sezony może w znacznym stopniu wspomóc utrzymanie publiczności przed odbiornikami.

Wspomniani już wyżej „Simpsonowie” są niestety typowym przykładem parcia na szkło – najzwyczajniej w świecie nadszedł ich naturalny koniec (i to kilka sezonów temu). Przeciąganie na siłę, pomimo braku dobrych pomysłów, jest częstym grzechem typowym dla seriali komediowych, charakteryzujących się 20-minutowymi odcinkami i sezonami liczącymi ponad 20 odcinków. Najlepsze chęci nie pomogą, kiedy publiczność wspomina stare, dobre odcinki i szuka czegoś nowego, świeżego.

Podobny los spotkał chociażby „Jak poznałem waszą matkę”, szczególnie ostatni sezon, „Dwóch i pół”, którzy w etap z Kutcherem zamiast Sheena powinni w ogóle nie wchodzić. Dodam do wymienionych również „Californication”, gdzie scenarzyści chyba nie wytrzymali presji i zaczęli wymyślać zawiłe i męczące zwroty akcji. Twórcy „Castle” mieli w planach kolejne sezony – ale bez Beckett. Szczęściem poszli po rozum do głowy i zakończyli, choć trochę niezgrabnie, przydługi już serial. Pozostaje mieć nadzieję, że „Teoria wielkiego podrywu” utrzyma dobrą tendencję, bo ewidentnie balansuje na granicy.

Co ciekawe, są seriale odpowiadające powyższej formule, którym udało się do końca trwać na wysokim, zabawnym poziomie. Zaczynając od klasyki gatunku, „Przyjaciół”, których mi ciągle mało, po chociażby „Zwariowany świat Malcolma”, przez którego Cranston prawie nie dostał angażu jako Walter White. Dodałabym jeszcze znakomite „Parks and recreation”, zwłaszcza od momentu, kiedy zaczęto poświęcać więcej uwagi Ronowi Swansonowi, czy całkiem uroczą „Współczesną rodzinę” – opowieść o niestandardowej rodzince, której problemy i przygody są jednak całkowicie codzienne.

Renesans seriali telewizyjnych

Scenarzyści wydają się zauważać wyżej wspomniany problem i starają się go eliminować – na różne sposoby i z różnym skutkiem. Przykładowo ci, którzy nie godzą się na skrócenie sezonu, często robią po przerwę mniej więcej w jego połowie. Czy jest to dobre wyjście? W większości przypadków wystarczyłoby zwyczajnie zrobić dwa sezony zamiast jednego pociętego, ale zrozumiałe są tutaj argumenty, że chodzi o integralną całość fabuły. Pewne jest jedno: podzielenie dłuższego, co najmniej 20-odcinkowego sezonu na dwie części zmniejsza ryzyko, że odbiorca się znudzi.

Żeby nie być gołosłowną: jakkolwiek nie uważam, żeby „Gotham” było nijakie, sądzę, że przerwa w połowie daje chwilę na oddech. Dosyć mroczny klimat z komiksów DC potrafi wpłynąć na odbiór. Innym serialem, który nie obyłby się bez oddechu w połowie sezonu, jest „The Walking Dead”. Nie ma opcji, żeby 16 odcinków obejrzeć jednym ciągiem. Zwłaszcza, że formuła serialu zaczyna się wyczerpywać, a widzów utrzymują przede wszystkim mocne cliffhangery.

Moim zdaniem najbardziej naturalnym i logicznym rozwiązaniem jest skrócenie ilości odcinków w sezonie. I okazuje się, że 10-13 godzinnych odcinków jest w sam raz. Fabuła mieści się idealnie, a platformy takie jak Netflix czy Amazon zauważyły, że taką ilość wielu odbiorców obejrzy za jednym zamachem (tzw. binge watching) – i wykorzystują to jako sposób promocji swoich tytułów.

Niektórzy twórcy posunęli się jeszcze dalej, jak scenarzyści „Peaky Blinders” czy „Sherlocka”, skracając sezony jeszcze bardziej. Ale czy doprawdy historie te potrzebują więcej czasu antenowego? Podobnie rzecz się ma w przypadku miniserii, w których przodują Brytyjczycy. Sądzę, że wyspiarskie „House of Cards” nie odbiega poziomem od amerykańskiego odpowiednika, wręcz przeciwnie.

Podejście do problemu z innej strony

Ciekawym wykorzystaniem zjawiska sezonowości seriali jest tworzenie oddzielnych fabuł pod jednym szyldem. Sztandarowym przykładem jest tutaj „American Horror Story” – seria strasznych historii trwających sezon, wykorzystujących podobny zestaw aktorów. Główną wadą takiego ugryzienia tematu są rozbieżne oceny poszczególnych sezonów. I o ile w przypadku „American Horror Story” jest to ryzyko warte podjęcia, o tyle rewelacyjny i znakomity pierwszy sezon „Detektywa” zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że drugi sezon wypadł co najmniej marnie. A szkoda, wypuszczony jako osobna produkcja mógłby być bardziej doceniony.

Zainteresowaniem odbiorców można też manipulować przez nieregularne premiery sezonów. Niewielu twórców decyduje się na takie rozwiązania i najczęściej motywuje je sytuacjami losowymi – jak np. pogoda w przypadku 3. sezonu „Fargo” czy 7. sezonu „Gry o tron”. Ale już twórcy „Sherlocka”, którzy zdążyli wyrobić sobie markę, bezwstydnie wykorzystują datę premiery, podgrzewając atmosferę do czerwoności. W przypadku „Gry o tron” ciekawy jest również wyścig scenarzystów z Martinem, obie strony grają bowiem na zwłokę, a fani mają czas tworzenia najróżniejszych teorii dotyczących tego uniwersum.

Wspomniana nieregularność jest pożądaną cechą w serialach internetowych. Dzięki brakowi ryz formalnych powstały takie cuda jak „Horace and Pete” (wspaniały Louis C.K.) czy przechwycone niedawno przez HBO „High maintenance”. Internetowa wolność pozwala na stworzenie dowolnej ilości odcinków o dowolnej długości, dzięki czemu temat każdego z nich zostaje wyczerpany dokładnie tak, jak autorzy tego chcą.

Główny problem

Nie da się ukryć, że tak naprawdę głównym problemem zagadnienia sezonowości seriali jest pchanie ich za daleko, wyciskanie ostatniej kropli z dzieł, które rozpoczynały się dobrze. Dochodzi do takich absurdów, że „Nie z tego świata” oglądam już tak naprawdę tylko dla miłych memu spojrzeniu aktorów, „Shameless” porzuciłam w ogóle, bo stało się nudne i przegadane. Oznaki wyczerpania tematu nosiły też ostatnie sezony „Zakazanego imperium” czy „Synów anarchii”.

Znalazłabym parę seriali, które skończyły się zbyt szybko: „Dom grozy”, „Utopia”, ale istnieje tylko jeden serial, o którym z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że skończył się w idealnym momencie, a mianowicie „Breaking Bad”. Nie czułam ani niedosytu, ani zniesmaczenia po finalnym odcinku. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że scenarzyści trwających obecnie seriali, a mam tu na oku w szczególności moich ulubionych „Wikingów”, wezmą przykład z Vince’a Gilligana w tej kwestii.

A jakie są Wasze spostrzeżenia na ten temat? Jaka formuła sezonowości seriali najbardziej Wam odpowiada? Podzielcie się swoimi uwagami w komentarzach!

Zdjęcie: Wikimedia Commons

promocja