Chciałoby się powiedzieć, iż w tym szaleństwie jest metoda. Metoda przejawiająca się w skrupulatnie przeprowadzonym planie utkanym w scenariusz skrywający szerszą ideę. A może autorzy zwyczajnie po kilku głębszych poszli za ciosem, tworząc najbardziej nieprzewidywalną i pokręconą produkcję? Tak czy inaczej, faktem jest jednak, że na Kill la Kill natrafiłem przypadkiem, z polecenia mi osoby znajomej. Ku własnemu zaskoczeniu, dzięki temu przyszło mi obejrzeć najbardziej odświeżające, zabawne, wymykające się wszelkim stereotypom anime od czasów osławionego Tengen Toppa Gurren Lagann. Co więcej obydwie produkcje łączy bardzo wiele.

Z początku wydawało się, że przyjdzie mi obejrzeć kolejną zakręconą, lub mówiąc dosadniej głupkowatą do granic możliwości komedię, do jakiej zdążyły przyzwyczaić nas wręcz szablonowe japońskie seriale animowane. Tony niepoprawnego politycznie humoru, skąpo ubrane nastolatki i akcja gnająca do przodu wręcz na złamanie karku są walutą przetargową tych, że właśnie produkcji. Z perspektywy widza wychowanego w europocentrycznym kręgu kulturowym to (podobno) za mało by poświęcić kilka godzin z życia na seans. W tym momencie, zanim wydamy ostateczny osąd, warto sprawdzić czy aby na pewno nie ulegamy iluzji pierwszego, przeważnie powierzchownego wrażenia, albowiem pod płaszczykiem niewybrednych dowcipów i obnażonych piersi skrywać się może coś znacznie więcej. Skąd wysnuwam takie przypuszczenia? Wystarczy przyjrzeć się nazwiskom patronującym projektowi, z szczególnym uwzględnieniem osoby Hiroyukiego Imaishy i Masahiko Ohtsuki. Lata temu, może z siedem jak mnie pamięć nie myli, ten sam duet sprawował pieczę nad serialem Tengen Toppa Gurren Lagann, który jest nie tylko znakomitą komedią w klimatach science-fiction, ale ponad wszystko sprytnie skonstruowaną krytyką masowej kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, tak masowo eksportowanej na cały świat. Animacja ta pokazała ponad wszelką wątpliwość, iż odrobina dystansu i samokrytyki nigdy nie zaszkodzi. Prace nad serialem odbywały się w murach studia Gainax, jednak z czasem Hiroyuki i Masahiko postanowili założyć własną kuźnię animacji powołując tak do życia w 2011 roku firmę Trigger Inc.

kill la kill_04

Kto widział Gurren Lagann i Kill la Kill bez wdawania się w szczegóły kulisów produkcji znajdzie podobieństwa pomiędzy dwoma seriami, choćby na poziomie warstwy wizualnej, aranżacji postaci oraz całej masy drobnych detali. Naturalnie to nie wystarczy by przekonać do siebie weterana „japońszczyzny”, gdyż referencje twórców to dopiero początek. Serial przede wszystkim przyciąga widza swoją nietypową stylistyką i animacją przypominającą tą klasyczną z wykorzystaniem pastelowych lub akwarelowych plansz, tak wszechobecnych przed epoką obecnie wszędobylskiej grafiki komputerowej. Już ten drobny smaczek wyróżnia Kill la Kill na tle wielu obecnie ukazujących się serii anime. Do kotła dosypano jeszcze muzykę, która długo będzie chodzić i męczyć widza, dopóki ten nie położy swojej ręki choćby na kilku utworach w popularnym formacie MP3. Bardziej zdeterminowani z pewnością sięgną po klasyczny krążek CD, co w pełni rozumiem i aprobuję, bowiem warto.

Przejdźmy jednak do konkretów. Cała historia, bo i o niej trzeba napomnieć, osadzona została w fikcyjnej Akademii Honnouji umiejscowionej w zatoce Tokijskiej, gdzie swoje rządy żelazną ręką dzierży Satsuki Kiryuin – przewodnicząca rady studentów i dziedziczka wielkiego imperium odzieżowego REVOCS. Prawo szkoły jest nieugięte, albowiem twarda doktryna głosi, iż tylko uczniowie całkowicie podporządkowani i odnoszący rezultaty mogą liczyć na status społeczny i zaspokojenie potrzeb materialnych. Innymi słowy parafrazując słynną maksymę „kto się nie uczy, ten nie je” zyskujemy pewien ogólny zarys środowiska akademii. Na tym jednak nie koniec. Garstka uczniów, szczególnie tych zgromadzonych wokół klubów podporządkowanych Kiryuin, może pochwalić się przywilejem noszenia mundurków Goku tkanych z tzw. włókna życia, obdarzając swych właścicieli nadludzkimi mocami.

kill la kill_05

W tym momencie na główną scenę wkracza przeniesiona uczennica Ryuko Matoi, za wszelką cenę chcącą odszukać zabójcę swojego ojca, zaś dotychczasowe tropy doprowadziły ją do Akademii Honnouji. Uzbrojona w sporych rozmiarów ostrze, do złudzenia przypominające jedną cześć nożyczek zdolne do przecinania wspomnianego włókna życia, rzuca wyzwanie Satsuki Kiryuin i jej świcie, jednakże przy pierwszym podejściu zgarnia pokaźnego łupniaka. Determinacja to jednak jeden z atrybutów Ryuko. Aby uniknąć zbytniego zdradzania wszelkich szczegółów, przejdę do fragmentu gdzie protagonistka odnajduje marynarski mundurek, tak charakterystyczny dla japońskich szkół, który nie dość, że wykonano w całości z włókna życia to posiada własną samoświadomość. Świerzak (z jap. Senketsu), bo tak temu mundurkowi na imię, zwany także boskim wdziankiem, pod wpływem absorpcji krwi Ryuko, potrafi wejść z nią w fuzję dając w zamian moc, z którą trudno konkurować mundurkom Goku. Uwadze umknąć nie może także krój przebudzonego Świerzaka, gdyż wygląd odsłaniający więcej niż zakrywający, trudno opisać w jednym, zwięzłym zdaniu. Od tej chwili w raz z kolejnymi, dosłownie ponad wszelką miarę epickimi pojedynkami nadbudowa fabularna rosnąć będzie do rozmiarów misternie zaplanowanej intrygi. Pojedynki z elitarnymi uczniami, starcia z Satsuki Kiryuin przyodzianą w własne boskie wdzianko – Czyściocha, odkrycie prawdziwej tożsamości i motywów mordercy ojca Ryuko a kończąc na losie ludzkości wykorzystywanej przez obcą rasę z kosmosu, jako żywiciela to tylko część atrakcji czekających na widza. Słowem jest zdecydowanie ciekawie, zaś wbrew wszelkich wątpliwościom wszystko to ma ręce i nogi.

kill_la_kill_01

Kill la Kill to doskonały przykład na ciągłą ewolucję zarówno mangi jak i anime, bowiem twórcy na warsztat nie boją się zaciągnąć nawet najbardziej abstrakcyjny temat, w naszym szczególnym wypadku mody. Cała koncepcja serialu wd. reżyseria Imaishiego wzięła się z zwykłej gry słów, gdzie intrygowała go szczególnie korelacja pomiędzy niemal identyczną wymową w j. japońskim słowa faszyzm (fassho) i mody (fasshon) oraz szkolny mundurek (seifuku) i podbój (seifuku). To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej. Bawiąc się w dalszą interpretację, wykraczając poza krwawe pojedynki i niemal roznegliżowane młode kobiety, twórcy przyjrzeli się pewnym społecznym zrachowaniom tworząc z nich niemal hiperbolę uwypuklając jedynie konkretne mechanizmy. Moda, niezależnie czy w Japonii lub w innym zakątku Ziemi, faktycznie przybrała formę bezlitosnej dyktatury, zmuszając ludzi, szczególnie młode pokolenie podatne na wpływy masowych mediów, do absolutnego podporządkowania. Śledząc wszelakie serwisy prasowe, cedząc informacje dostępne w Internecie łatwo można dojść do wniosku, że świat mody i bez przeniesienia na kanwy anime jest pełen abstrakcji trudnych do zrozumienia przeciętnemu człowiekowi. Ten że świat potrafi jednak ubezwłasnowolnić jednostkę, prowadząc do wielu wynaturzeń i niebezpiecznych zachowań.

Z drugiej strony, autorzy ponad wszelką wątpliwość postanowili trochę poszydzić z japońskiego zamiłowania do produkcji komiksowych, czy też animowanych kręcących się wokół zarówno sztuk walki – niekończących się pojedynków, nieustannej ewolucji wojowników i klimatów poniekąd lżejszych związanych z motywem bishōjo (jap. dosłownie: piękna, młoda dziewczyna) lub jego odmianą magical girl. Ten nietypowy mieszaniec zafundowany przez ekipę Trigger Inc. w praniu sprawdza się rewelacyjnie, głównie za sprawą odpowiedniego dozowania treści, dosmaczania z wyczuciem i pociesznego humoru. Oglądając Kill la Kill widz niejednokrotnie ma powód by spaść z krzesła pod wpływem nagłych i gwałtownych napadów śmiechu. Wszakże już sam motyw partyzanckiej organizacji walczącej z korporacją REVOCS nazwanej Plażowi Nudyści i ich tajnego agenta Aikuro Mikisugi infiltrującego Akademię Honnouji (wchodzącej w skład złowieszczej korporacji) zasługuje na Nobla i Oskara jednocześnie.

Kill-la-Kill-02

Odstawiając jednak na bok wszelkie interpretacje, ewentualnie pokrętne teorie o współczesnej masowej kulturze, Kill la Kill warto polecić z jednego, bardzo prostego powodu – to dwadzieścia cztery odcinki przepysznej zabawy. Idealny, wakacyjny tytuł przy którym można rozluźnić umysł i odpłynąć całkowicie w stronę błogostanu. Miejmy jednak na uwadze fakt, iż rzeczona animacja wpisuje się też z powodzeniem w gust widzów pragnących błyskotliwych analiz świata otaczającego, pełnych chwytliwych anegdot, ciętych ripost. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Hiroyuki Imaisha i Masahiko Ohtsuki z całą pewnością nie zawiedli wiernych odbiorców, bawiąc się w sposób mistrzowski konwencją, wykraczając poza wcześniej utarte ramy gatunku. Kill la Kill w istocie przedstawia sobą to, co najbardziej cenimy w japońskiej animacji i komiksie: wolność ekspresji, niezależność, bezpośredniość przekazu oraz łamanie wszelkiego tabu.