W dniach 17-23 listopada w Poznaniu odbyła się IX edycja festiwalu Made In Chicago. Organizatorzy zapowiedzieli wiele wyjątkowych jazzowych wydarzeń, m.in. specjalny koncert z udziałem Lee Konitza, legendarnego muzyka z zespołu Milesa Davisa lub wspólne przedsięwzięcie Orberta Davisa wraz z polskimi wykonawcami. Słowem tej jesieni w stolicy Wielkopolski można było posłuchać sporo dobrego jazzu, ale także rytmy latin jazz, czy jazzu z domieszką hip-hopu i rapu. Nie sposób było oprzeć się pokusie wybrania się na jeden z wielu koncertów, to też ostatecznie wybór padł na występ grupy Gray Wilkerson Ra Trio.

Z poznańskim festiwalem jazzowym mam względnie długą historię, i raczej dość nieszczęśliwą, albowiem odkąd sięgam pamięcią zawsze chciałem wybrać się na to wydarzenie, ale los rzucał mi przeszkody pod nogi w postaci wielu zajęć dodatkowych skutecznie uniemożliwiających spełnienie tej jednej, jakże by się wydawać mogło, dość prostej zachcianki. Fanem Jazzu byłem od dawna i nie pytajcie, kiedy zrodziła się ta pasja, bowiem odpowiedzieć na to pytanie nie będę w stanie w miarę konkretnie. Mój problem polega jednak trochę na tym, iż poznawanie tego gatunku rozpocząłem zdaniem niektórych od trochę niewłaściwej strony. Jako że jestem człowiekiem młodym, i lubię się za takowego uważać, cenię sobie to, co awangardowe, nowe i ciekawe, to też moją przygodę zainicjowało spotkanie z artystami wytwórni płyt NinjaTune w skład, której można zaliczyć m.in. Skalpel, Amon Tobina, Dj Shadow’a i jeszcze kilku innych, całkiem dobrze rozpoznawalnych w świecie muzyków. O moim długotrwałym romansie z nowoczesną polską i japońską sceną jazzową rozpisywać się już nie będę, gdyż jest to temat, na co najmniej kilka pokaźnych felietonów. Jednak, co to ma wspólnego z festiwalem Made In Chicago?

Sukcesywnie w obcowaniu z Jazzem cofałem się w czasie, do jego formy pierwotnej, a zobaczenie i usłyszenie muzyków reprezentujących „starą szkołę” oznaczałoby dla mnie jeszcze większy poziom wtajemniczenia. Naturalnie nazywanie trzech tenorów grupy Gray Wilkerson Ra Trio, czyli Larry’ego Gray – bass, Ed’a Willkerson – saksofon, Avreeayl’a Ra – perkusja, stricte oldschoolowymi jest lekką przesadą. Jazz, jak każdy gatunek muzyki ma to do siebie, że nieustannie ewoluuje, zmienia się, dostosowując do nowej rzeczywistości, zaś muzycy, szczególnie wymieniona trójka, dzięki zdobytemu doświadczeniu eksperymentują z formą zaskakując swoich słuchaczy zawsze czymś nowym.

Warto przybliżyć nieco bardziej sylwetki muzyków, którzy ów zespół przygotowali specjalnie dla potrzeb festiwalu. Larry Gray to muzyk od lat związany z sceną jazzową wietrznego miasta stanu Illinois. Jego specjalnością jest gra na dwóch instrumentach – podwójnym basie, inaczej mówiąc kontrabasie oraz wiolonczeli. Umiejętności gry na tych instrumentach zawdzięcza naukom Josepha Guastafeste, basisty z Symfonicznej Orkiestry Chicago oraz sławnemu wiolonczeliście Karlowi Fruh’towi. Towarzyszył mu podczas poznańskiego festiwalu urodzony w 1953 r., uznany amerykański kompozytor jazzowy, aranżer, muzyk oraz nauczyciel z Chicago Edward L. Wilkerson Jr. W trakcie swojej kariery koncertował on na festiwalach w Stanach Zjednoczonych, Europie, Japonii oraz na Bliskim Wschodzie. Najstarszy z całej trójki, mistrz perkusji Avreeayl Ra urodził się w Chicago 67 lat temu i po dziś dzień mieszka w stolicy stanu Illinois. Pasję do muzyki wydaje się odziedziczył po swoim ojcu Arthurze „Swinglee” O’Neilu, saksofoniście tenorowym, który w minionej epoce był mentorem dla wielu wtenczas młodych muzyków z Chicago, choćby np. dla Johna Gilmore’a.

Spotkanie z muzykami Gray Wilkerson Ra Trio odbyło się w sobotę, 22 listopada, w miejscu znanym jako Scena na Piętrze, przy ulicy Masztalarskiej. Przechodząc przez bramę, pokonując niewielki dziedziniec, by w końcu zasiąść spokojnie w fotelu musimy jeszcze zmierzyć się z schodami, jak słusznie podejrzewacie, wiodącymi na piętro lokalu. Sala, w której odbył się koncert może pomieścić nieco ponad dwieście osób, i ku mojemu zadowoleniu była ona niemal cała pełna. Lekko spóźniony, związku z problemami komunikacyjnymi, musiałem spocząć na pół-stopniu, na samym początku sali. Akustyka pomieszczenia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przestrzenność dźwięku, jego klarowność pozwalała uwypuklić wszystkie zalety grającego trio, łącznie z niesłychaną dynamiką instrumentów. Słuchając często muzyki jesteśmy przyzwyczajenie do dużej ilości dźwięków, nie wspominając już o wokalu, natomiast w naszym przypadku by w pełni wypełnić pomieszczenie przyjemnym brzmieniem wystarczyły trzy harmonijnie współgrające instrumenty. Już pierwszy utwór, sprezentowany zaciekawionej publice, pokazał przede wszystkim pasję, jaką artyści wkładają w to, co robią. Może nieco zbyt agresywny momentami, okazał się jedynie wprowadzeniem, jak powiedział do zgromadzonych Larry Gray zaledwie improwizacją.

Później już było tylko lepiej i lepiej. Muzycy nie dość, że bawili się instrumentami, odkrywając na nowo brzemienia, w sposób ciekawy zgrywające się w tym trójkącie, to jeszcze za ich pośrednictwem wchodzili w interakcję z publiką. Szczególnie grający tego wieczoru na saksofonie Edward L. Wilkerson Jr. wydaje się, iż osiągnął poziom mistrzowski w droczeniu się z słuchaczami. Naturalnie cieszyła spontaniczna, żywa i ciągła reakcja z strony samej publiki, co nakręcało cały koncert jeszcze bardziej. Najlepsza perełka została na koniec, bowiem odchodząc od pewnego kanonicznego modelu jazzowego artyści poszli o krok dalej odsyłając do domów słuchaczy z utworem, który trudno mi skonkretyzować, i chyba termin brzmienie etniczne tutaj wydaję się najbardziej adekwatne.

Po zakończeniu półtoragodzinnego koncertu postanowiłem poczekać aż cała widownia uda się do wyjścia, celem rozpoznania, jaka mniej więcej grupa wiekowa zgromadziła się tego wieczoru. Zadanie nie było to łatwe, bowiem ku mojemu zaskoczeniu, przekrój był dość spory, choć jednak młodzież akademicka stanowiła raczej mniejszość. Decydowanie najszersze grono odbiorców stanowiły osoby nieco powyżej trzydziestki a czterdziestym rokiem życia. To pokazuje mniej więcej odbiorców festiwalu Made In Chicago, choć nie chcę też takich osądów wystawiać zbyt pochopnie po zobaczeniu zaledwie jednego koncertu.

Niemniej myślę, że muzykę prezentowaną na tegorocznym festiwalu spokojnie można polecić każdemu niezależnie od wieku. Czasem spotykamy się z tezą, iż do Jazzu trzeba dorosnąć, jednak chyba nie w tym tkwi rzecz, bowiem wiek tu raczej nie ma nic do gadania. Pasję, czy też chęć słuchania konkretnego gatunku trzeba w sobie zaszczepić i pierwszy kontakt jest niezwykle istotny. Szczęśliwie my Polacy, mamy jednak narodowy sentyment do gatunku Jazzowego, to też oswojenie się z nim przychodzi kolejnym pokoleniom względnie dość łatwo.

Lepszego spędzenia sobotniego wieczoru nie mogłem sobie wyobrazić. Klimatyczna scena, znakomita akustyka, genialni muzycy i świetna publika sprawiła, że „chemia zadziałała”. Tym samy warto także wskazać na poziom organizacji festiwalu, jego inkluzyjność oraz stale rosnący prestiż u wykonawców i audiencji. Z pełną odpowiedzialnością wypada zaprosić Was, niezależnie czy jesteście fanami jazzu czy też dopiero zaczynacie z nim obcować, na kolejny, już dziesiąty festiwal Made In Chicago, który odbędzie się w przyszłym roku.

promocja