Kochamy komiksy i filmy o superbohaterach. Okazuje się jednak, że tworzenie spójnych uniwersów, które są w stanie przenikać przez kolejne dzieła popkultury to zadanie bardzo skomplikowane.

Ostatnia burza w internecie, jaka powstała po ogłoszeniu decyzji Lucasfilm odnośnie Expanded Universe (szerzej na ten temat m.in. tutaj) zainspirowała mnie do napisania niniejszego tekstu. Oprócz krytyki wobec Disneya i Lucasfilm, spore gromy posypały się na reżysera Epizodu VII, JJ Abramsa. Wielu ludzi właśnie m.in. w jego osobie upatruje głównego winowajcę zniszczenia Expanded Universe, przypominając przy tym najnowsze dwa filmy Star Trek oraz ich negatywną ocenę wśród społeczności fanów świata autorstwa Gene’a Roddenberry’ego. Jednocześnie, sporo mówiono przy okazji o uniwersum filmowym Marvela, też będącego częścią korporacji Walta Disneya. Należy również pamiętać o największej komiksowej konkurencji dla wyżej wymienionego – DC Comics – i ich własnych pomysłach na łączące się ze sobą filmy i seriale.

Spróbujmy przyjrzeć się podejściu wytwórni do produkcji filmów czterech uznanych marek: Marvel, DC, Star Trek i Star Wars. Z racji tego, że realia pracy nad filmami i serialami tak szybko ulegają zmianom, będę się skupiał tylko na tworach najnowszych, powstałych w ostatnich latach, bądź dopiero mających zadebiutować na ekranach kin i telewizorów. W części pierwszej, starcie Marvela z DC Comics.

Marvel Cinematic Universe

Za początek MCU uznać należy niewątpliwie scenkę po napisach z Iron Mana, który miał premierę w 2008 roku. Tam bowiem, pojawił się Nick Fury chcący rozmawiać z głównym bohaterem na temat „inicjatywy Avengers”. Tym samym, Marvel Studios pokazało, że w dającej się przewidzieć przyszłości chcieliby doprowadzić do powstania supergrupy bohaterów i pokazać ją na ekranach kin na całym świecie. Czegoś takiego wcześniej, nie licząc filmów animowanych, nie było.

the_avengers

Jak dziś wiemy, Avengers cieszył się hiper-pozytywnymi opiniami zarówno wśród widzów, jak i krytyków. Odniósł przy tym, niebotyczny wręcz, sukces w Box Office, stając się trzecim najbardziej dochodowym filmem w historii, za Avatarem i Titanikiem. Sukcesem wytwórni był w tym przypadku fakt, że wszystko mieli rozplanowane na kilka lat do przodu. Z ostatnich plotek, już dziś planowane są wstępnie produkcje na okolice roku 2020. Właśnie taki dogłębny i długofalowy plan stał się jedną z przyczyn popularności MCU.

Drugim kluczem do sukcesu jest współpraca z reżyserami różnego rodzaju. W równym stopniu swój reżyserski wkład mają zarówno „geeki” pokroju Jossa Whedona, jak i szekspirowscy dramaturdzy tacy, jak Kenneth Branagh. Dzięki temu, każda produkcja z Marvela jest w jakiś sposób wyjątkowa, każda nosi w sobie pierwiastek swojego „ojca” – reżysera. Wystarczy przypomnieć świetne dialogi z Avengers, czy teatralny klimat Asgardu w Thorze. Jednocześnie fabuła, jak i pewien specyficzny klimat i podejście – są wspólne dla wszystkich filmów. Pieczę nad projektami ze strony wytwórni sprawuje Kevin Feige. Zawsze widnieje on jako współproducent. Przydzielenie takiej osoby do ekipy nie oznacza paradoksalnie, że główni twórcy będą ograniczani, wręcz przeciwnie – widać, że są zachęcani do dawania cząstki siebie, swej twórczości, swego „ja”. Może właśnie to jest najistotniejsze. Bo dzięki takiemu podejściu każdy znajdzie tu coś dla siebie – jedni pokochają Roberta Downeya Juniora jako Tony’ego Starka, z jego swobodnym podejściem do całego otoczenia, a innym do gustu przypadnie Thor w lśniącej zbroi, wysławiający się w sposób żywcem wzięty z jakiegoś staroangielskiego poematu.

Marvel nie wynalazł wprawdzie scenek po napisach, te istniały już wcześniej, lecz to właśnie filmy związane z MCU sprawiły, że publiczność zaczęła zostawać w trakcie napisów końcowych tylko po to, by dostać choć drobny skrawek przyszłości. Tradycją bowiem stało się, że scenkę reżyseruje twórca kolejnego filmu, tak było na przykład w Thorze 2 gdzie odpowiedzialnym za akcję po napisach był James Gunn, reżyser nadchodzącego Guardians of the Galaxy.

O sukcesie Marvel Entertainment niech świadczy fakt, że od około 2 lat wszystkie inne wytwórnie chcą mieć swoje uniwersa. 20th Century Fox za pomocą X-Men: Days of Future Past chce złączyć fabułę mającej już kilka lat trylogii X-Men z nową historią, powstającą z nową obsadą X-Men: First Class. Sony niedawno ogłosiło swój plan na tworzenie uniwersum Spider-Mana na bazie postaci granej aktualnie przez Andrew Garfielda. W preprodukcji są już spin-offy o Sinister Six i Venomie.

Przejście pod skrzydła Disneya nie zmieniło w żaden sposób działania włodarzy Marvel Studios. Słusznie nowi właściciele stwierdzili, że nie zmienia się czegoś, co do tej pory dobrze funkcjonowało.

DC Cinematic Universe

Jednym z pierwszych podmiotów, który zaczął kopiować pomysł Marvela był ich największy konkurent z rynku komiksów – DC. Współpracując z wytwórnią Warner Bros, ludzie z DC zapragnęli mieć swoje własne uniwersum. Jego początkiem miał być Man of Steel. Na reżysera wybrano Zacka Snydera, a producentem został sam Christopher Nolan, twórca odnoszącej sukcesy trylogii Mrocznego Rycerza. Pozornie, to dream-team i nic nie miało prawa się nie udać. Było jedno „ale”! Obie te osoby to wizjonerzy, lecz każdy z nich pracuje w zupełnie odmienny sposób – Nolan wszystko robi w rzeczywistości i z wykorzystaniem efektów specjalnych, z kolei Snyder ma swój charakterystyczny styl oparty na efektach wizualnych, CGI, slow-motion i muzyce wpadającej w ucho. Zaangażowanie dwóch takich person nie mogło się udać z tego względu, że Man of Steel nie byłby ani dziełem Snydera ani Nolana, byłby jakimś tworem pomiędzy. I zaiste tak też właśnie się to potoczyło.

Man of Steel

 

Nie wiadomo na ile realnie wytwórnia pilnowała twórców i wymagała od nich konkretnych rozwiązań, sprawiało to jednak wrażenie takie, że wybór Nolana na producenta został z góry Snyderowi narzucony i ten nie miał w finalnym produkcie aż tak wiele do powiedzenia. Te związane ręce czuć było w klimacie powstałego dzieła. Charakterystyczne dla kina Zacka opowiadanie historii za pomocą barw i interesujących ujęć, to jego malowanie żywych obrazów, czuć tylko w scenach upadku Kryptonu. Potem było „mrocznie” i bliżej stylu Nolana. Gdyby zrobiono to dobrze, to film by się bronił, jednak w fabule głupota poganiała głupotę i Man of Steel okazał się być filmem ledwie dobrym, lecz zabrakło by dorównał najlepszym dziełom z MCU. Zawiniło właśnie to, co odróżniło podejście DC i Warnera od Marvel Studios i Disneya – nie dano reżyserowi wolnej ręki i pewnej dozy zaufania.

Niestety, widać to także przy produkcji kontynuacji, w której pojawić się mają postaci z Justice League. Castingi wywołały wiele kontrowersji – Ben Affleck jako Batman, Jesse Eisenberg jako Lex Luthor. Tak samo, chęć wprowadzenia w drugim filmie dopiero co powstałego spójnego uniwersum, bohaterów Justice League. Widzowie nie dostaną szansy na spokojne poznanie co najmniej dwóch-trzech postaci, od razu zostaniemy nimi zarzuceni. W Batman vs Superman – bo tak brzmi roboczy tytuł – pojawią się: Superman, Batman, Flash, Wonder Woman, Cyborg, a plotki mówią też o Aquamanie i Green Arrow. Trochę tego dużo, jak na jeden film. Widać, że DC tak bardzo chce dogonić Marvela, że popełniają błąd. Nie wystarczy bowiem skopiować Avengersów, trzeba zrobić porządną podbudowę pod pojawienie się supergrupy.

Tym, co mogło odróżnić DCU od MCU, byłaby spójność z serialami. Świetnie przyjmowany Arrow ze stacji CW doczeka się w tym roku trzeciego sezonu, a także bratniej produkcji z postacią Flasha. Problemem jest fakt, że do dziś DC jasno nie określiło czy produkowane we współpracy z nimi seriale należą do budowanego uniwersum, czy nie. A konkurencja nie śpi – parę dni temu ogłoszono drugi sezon Agents of S.H.I.E.L.D oraz pierwszą serię o przygodach agentki Carter. Marvel planuje też tworzyć kolejne produkcje telewizyjne we współpracy z Netflixem.

Kończąc wątek filmów MCU i DCU – w ideę komiksu wpisane jest tworzenie alternatywnych światów, restartowanie serii. W związku z tym, wszelkie zmiany w stosunku do obrazkowego pierwowzoru, raczej nie rażą nikogo w oczy, bo sporo bohaterów występowało już w tak różnych odmianach, że filmy są traktowane po prostu jako kolejna wersja przygód. Zgoła odmienną sytuację prezentują inne dwie znane marki – Star Trek i Star Wars. Na nich skupimy się już jednak w części II.