Minęło 6 lat, licząc od ostatniego dodatku. Tyle właśnie czekali fani Warhammera 40K na kolejną grę z cyklu Dawn of War. Taki okres w branży rozrywki elektronicznej to niemal wieczność, dlatego pierwsze informacje o pracach nad Dawn of War 3 zostały przyjęte z dużym entuzjazmem. Mówiąc szczerze sam byłem zaciekawiony, jednak nadal miałem w pamięci niezbyt lubianą przeze mnie dwójkę. Pierwsze gameplaye nie napawały mnie większym entuzjazmem. Postanowiłem mimo wszystko dać tej produkcji szansę i zgłosiłem się do beta testów. Ku memu zdziwieniu udało mi się do nich dostać, dzięki czemu mogę zdać relację z 5 godzin, jakie spędziłem z Dawn of War 3.

Do dyspozycji dano mi jedynie 3 frakcje: Space Marines, Orków oraz Eldarów, a jedynym dostępnym trybem (poza samouczkiem) okazał się multiplayer. Nie miałem nawet najmniejszego wglądu w kampanię. Oprócz tego możemy również podejrzeć i zedytować swoje jednostki elitarne (o tym później) oraz skorzystać z malarza armii.

Twórcy w zapowiedziach obiecywali powrót do korzeni, połączony z rozwiązaniami znanymi z Dawn of War 2. Na wszelki wypadek zacząłem od samouczka… całe szczęście, dzięki temu nie doznałem później szoku w rozgrywce sieciowej.

Pierwsze wrażenia wizualne nie były najlepsze. Dawn of War 3 wygląda dobrze, jednak ma się nieodparte wrażenie, że wszystko jest dość sterylne i zbyt błyszczące. Pierwsza myśl: „to wygląda trochę jak Starcraft”, towarzyszyła mi już właściwie do końca gry. Nie podoba mi się również kamera ustawiona pod dziwacznym kątem, którego niestety nie udało mi się zmienić na przyjemniejszy. Brak dużego zbliżenia również jest dla mnie niezrozumiały, nie wierzę, że gracze nie oglądają z bliska poczynań swoich podwładnych. Oprawa dźwiękowa wydaje się stać na niższym poziomie niż to, co mogliśmy usłyszeć w poprzednich częściach… cóż, przynajmniej wejściowy cinematic jest fajny.

Zdecydowanie lepiej wypadły za to pierwsze minuty rozgrywki. Samouczek nie był początkowo specjalnie odkrywczy, ot przesuń kursor tu, kliknij tam, zrekrutuj to. Standard. Jednak już w pierwszych momentach rozgrywki mój wzrok spoczął na budynku Space Marines. HQ, w którym możemy rekrutować podstawowe jednostki bojowe oraz robotnika. „Jest dobrze”, pomyślałem. Wreszcie wracamy do RTSów i pierwszego Dawn of War!

Surowce potrzebne do rozbudowy struktur oraz rekrutacji jednostek zdobywamy już jedynie z punktów na mapie, przy czym nie mamy już świetnej animacji zatykania flagi na punkcie. Jednostki podzielono na dwa główne rodzaje – mamy jednostki zwykłe pełniące rolę armii oraz elitarne – bohaterów (w stylu Dawn of War 2).

Pierwszą niepokojącą rzeczą były porozmieszczane po planszy zasłony dymne, w których nasze jednostki były niewidzialne, dopóki przeciwnik nie umieścił choć jednego swojego żołnierza wewnątrz. Świetna rzecz do ataków z zaskoczenia. W tym samym samouczku troszkę powalczyłem i z przykrością muszę stwierdzić, że brakuje tu efektownych finisherów z pierwszego Dawn of War. Słabsze audio, brak smakowitych animacji… jak mawia Tomasz Hajto, to są właśnie te detale, które sprawiły, że „jedynka” jest kultowym tytułem. „Trójce” wyraźnie brakuje tych szczegółów.

Jednak prawdziwą bombą była ostatnia część samouczka. Usłyszałem komunikat: „Twój rdzeń został zaatakowany! Obroń go i przeprowadź kontratak”. Dobra. Spokojnie wyżynam orków (w sumie nie da się tu przegrać, w końcu to samouczek). „Zaatakuj bazę przeciwnika”. Spoko. „Zniszcz generator tarcz, żeby móc uszkodzić wieżę”. Okej, chwila, coś tu nie gra. „Zniszcz rdzeń, aby odnieść zwycięstwo”. Już przy fragmencie z wieżą wiedziałem, że coś jest nie tak, ale przy rdzeniu nie miałem już żadnych wątpliwości… przypomniał mi się mający blisko 2 miliony wyświetleń filmik z Abelardem Gizą wypowiadającym te same dwa słowa, co ja w tym momencie (niestety, nie mogę zacytować).

Uwaga, fanfary….

Dawn of War 3 to MOBA. Nie klasyczna z line’ami i mobkami do ubicia, ale jednak jest to MOBA z nieco większym naciskiem na aspekt RTS (w końcu sami sterujemy naszymi armiami). Grrr…

Nieco zdenerwowany odpaliłem w końcu rozgrywkę w trybie multiplayer. Do wyboru mamy walki w formacie 1vs1, 2vs2 i 3vs3. Na rozgrywkę nie czekałem długo, szybko znalazłem towarzysza, który skopał mi tyłek w 8 minut (Orkowie nie będą raczej moją ulubioną nacją). Zdecydowanie lepiej poszło mi w 2vs2, gdzie bez większych problemów jako para Eldarów udało nam się sklepać zdrajców sprzymierzonych z Orkami. Po 3 następnych partiach ze zdziwieniem zauważyłem, że gra się nawet przyjemnie, ale brakuje tego „czegoś” co przyciągało do „jedyneczki”.

Po bitwie otrzymujemy garść monet (prawdopodobnie będzie działać podobnie jak waluta w Company of Heroes 2) oraz zdobywamy doświadczenie na naszych elitarnych jednostkach, dzięki czemu możemy je później zmodyfikować.

Ok, pora na podsumowanie 5 godzin gry. Nie będę ukrywał – jestem nieco rozczarowany. Oczekiwałem wyraźnego powrotu do korzeni, tymczasem zafundowano mi dziwny mix moby z RTSem. Nie gra się źle w ten tytuł, ale zdecydowanie brakuje mu pazura. Dla mnie Dawn of War 3 jest zwykłym średniakiem, choć mam nadzieję, że zaskoczy mnie fenomenalną kampanią.

Jeśli nie do końca mi ufacie, to możecie sami przetestować ten tytuł – w dniach 21-24 kwietnia rozpoczną się na Steamie otwarte beta testy.

promocja