Kolejny rok, kolejne Call of Duty. To niemalże równie pewne co nowa odsłona FIFA co roku i nawet pewniejsze niż Kevin Sam w Domu na Gwiazdkę. Czy komuś to przeszkadza? Cóż, na pewno nie Activision, któremu udaje się za każdym razem sprzedać CoD-a w pokaźnej liczbie egzemplarzy. Czy nowemu CoD: WWII również uda się zaliczyć pozytywny wynik sprzedażowy? Można powiedzieć, że multiplayerowa, otwarta beta dostarcza odpowiedzi na to pytanie, przynajmniej w niewielkim stopniu.

Czuję się jak adwokat diabła. Nieustannie od momentu premiery pierwszego Modern Warfare, staram się w miarę co roku odwiedzać kolejne odsłony Call of Duty. I wiecie co? Bardzo mi z tym dobrze. Lubię CoD-y głównie nie za kampanię (której schematy już mi się przejadły), a za tryb multiplayerowy. Tak, z odsłony na odsłonę jest on mocno powtarzalny, ale i tak jest w stanie przyciągnąć mnie na przynajmniej kilkanaście godzin przed monitor. Nie uważam się jednak za jakiegoś zagorzałego „fanboja” serii i tak w miarę możliwości staram się też grać w różne Battlefieldy. Czasem w ramach odskoczni, a czasem w ramach porównania z jednym ze sztandarowych produktów Activision. Po moim zdaniem świetnym Black Ops III i całkiem niezłym Infinite Warfare mam jednak wrażenie, że przy okazji WWII zrobię sobie w tym roku lekki odpoczynek od serii.

Gracz to istota kapryśna i najlepszym dowodem na to jest wspomniana tu open beta CoD: WWII. Ogromnym problemem dla graczy okazało się bowiem być umiejscowienie tejże produkcji w takich a nie innych realiach, podobnie jak miało to miejsce przy okazji Infinite Warfare. Tak choć z powrotu Call of Duty do II Wojny Światowej cieszyli się praktycznie wszyscy, tak wielu ludziom nie podoba się już fakt, iż jest to „lekko przerobiona” wersja tamtych zdarzeń. Są czarnoskórzy żołnierze oraz kobiety strzelające do nas po stronie nacji ucharakteryzowanej na nazistów. Do broni można też dołączyć kolimatory, co jak na tamte czasy było czymś nie do pomyślenia. Myk polega jednak na tym, że mamy tu do czynienia nie z kolejną odsłoną ArmA czy Operation Flashpoint a z Call of Duty i tak jestem w stanie pojąć bardziej luźną koncepcję całości. Zresztą Battlefield 1 też nie starał się wiernie odwzorować pól walki I Wojny Światowej, dlatego też śmiało wrzucił do gry automatyczne pistolety maszynowe, na które żołnierze tamtych pól bitew musieli jeszcze nieco poczekać (chyba, że wpadli w ręce prototypów). Niewielka ilość abstrakcji naprawdę nie może zaszkodzić.

Poza tym jestem też ciekawy, czy takie drobnostki jak wspomniane np. kolimatory do MP40 w ogóle pojawią się w kampanii dla pojedynczego gracza. Trzeba pamiętać, iż single oraz multi robią dwie różne ekipy, czyli kolejno Sledgehammer Games oraz Raven Software. Dlatego żeby zachować pewne elementy charakterystyczne dla serii, być może pokuszono się o takowe zabiegi. Przekonamy się 3 listopada.

Wraz z realiami musiał się też zmienić sposób toczenia rozgrywki. Przyznam szczerze, że Black Ops III, Advanced Warfare i Infinite Warfare przyzwyczaiły mnie do mechaniki jetpacków. Ich brak jest zdecydowanie odczuwalny. Tempo przez to nieznacznie zmalało, zmniejszyła się też nieco intensywność pojedynków. W poprzednich odsłonach wyprowadzony w odpowiednim czasie odskok lub podskok potrafił nam uratować życie. Tutaj nie podnosimy się magicznie na kilka metrów wzwyż po naciśnięciu klawisza, stąd wymiany ognia są teraz bardziej standardowe. Śmiało można powiedzieć, że razem z jetpackami zniknęła też w dużym stopniu pionowa wymiana ognia. Teraz jeszcze bardziej stawia się na rozsądne poruszanie się po mapie, bo jakby nie patrzeć zniknęła nam możliwość odwrócenia szali pojedynku na naszą stronę przy pomocy plecaków odrzutowych.

Poza tym, że zabrano w WWII jetpacki i tym podobne, to nadal pozostał czysty trzon Call of Duty, czyli mocna jazda bez trzymanki. Mecze nadal są bardzo intensywne i szybkie, a w dużej mierze jest to zasługa stosunkowo klaustrofobicznych map. Między naszym respawnem, a zgonem jest czasem kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund odstępu, o ile nie staramy się czaić gdzieś w kącie przez większość trwania meczu. Osoby przyzwyczajone do ogromnych połaci terenu z Battlefielda mogą tu oszaleć, ale ja poczułem się jak w domu. Szkoda tylko, że twórcy nie oddali na czas trwania bety jakiejś jednej pokazowej, a przy tym nieco większej planszy, żeby przekonać do siebie też osoby wiecznie narzekające na ten właśnie aspekt.

Ciasne mapy zupełnie nie nadają się przez to do nowego trybu nazwanego War, który jest wariacją na temat Operacji z Battlefield 1. Tutaj też mamy pseudo fabularyzowane scenariusze, w których zmieniają nam się cele wraz z przesunięciem linii frontu. W Battlefieldzie miało to ręce i nogi na dużych mapach, gdzie było sporo opcji na flankowanie. W Call of Duty: WWII większość zadań atakujący muszą wykonywać w stosunkowo wąskich gardłach, gdzie są niezwykle wystawieni na ostrzał drużyny biorącej. Mocno chwieje to balans i sprawia, że napastnicy potrzebują naprawdę potężnej koordynacji. Tego jednak próżno szukać grając z losowo napotkanymi osobami.

Ciekawostką jest też pojawienie się systemu klas, którym oddzielnie możemy nabijać punkty doświadczenia oraz poziomy. Każda z nich ma nieco inny zestaw zdolności czy atutów. Jest to jednak zwykła przykrywka dla standardowego systemu rozwoju znanego nam z poprzednich odsłon, przynajmniej świadcząc po tym co zobaczyłem w wersji beta. Być może będzie to miało jakieś ręce i nogi w pełnej wersji, ale jak na razie na to się nie zapowiada.

Niezmiernie zabolała mnie jednak warstwa techniczna bety. Testy zakończyły się 2 października, czyli niecały miesiąc przed faktyczną premierą. Gra jest za to wręcz wypchana całym szeregiem niedoróbek, które być może uda się zaadresować jeszcze przed 3 listopada. Call of Duty: WWII kocha się crashować, optymalizacja nie powala (grałem na GTX 1080), a brak serwerów dedykowanych nadal uważam za ogromny błąd ze strony twórców. Może na konsolach ma to ręce i nogi, ale tutaj dochodziło do momentów, że praktycznie padałem od oponenta jeszcze zanim go obejrzałem, albo patrzyłem jak ten praktycznie teleportuje się na mapie. Boli też fakt, że już w trakcie kilkudniowej bety hakerom udało się zaprogramować odpowiednie cheaty, które mogli już egzekwować na mapach. Jest zatem jeszcze sporo do zrobienia.

Cóż, Call of Duty to nadal Call of Duty i nic tego nie zmieni. Choć wiele osób spodziewało się rewolucji, to w kwestii multiplayera można już śmiało powiedzieć, iż zmieni się niewiele. Miłośnicy tego trybu nadal będą bawić się świetnie, przeciwnicy zostaną przy swoich preferowanych tytułach. Raven Software mogłoby się pokusić o jakieś małe rewolucje, ale widocznie nie mają na nie zbytnio pomysłu, albo te jak na razie nie wydają się potrzebne. Nie odkryję zatem niczego nowego pisząc, że multiplayer Call of Duty: WWII to „odgrzewany kotlet polany innym sosem”. Na dłuższą metę ciągnie mnie bardziej do trybu wieloosobowego w Infinite Warfare czy Black Ops III i przedstawiona w WWII wizja jakoś niespecjalnie mnie za sobą pociąga. Być może uda mi się sprawdzić nowe Call of Duty krótko po premierze, ale głównie w ramach ciekawostki. W końcu kampania dla pojedynczego gracza zapowiada się bardzo dobrze, czego o mutliplayerze jak na razie powiedzieć nie mogę.

Wersja beta Call of Duty: WWII była testowana na karcie graficznej ASUS GeForce GTX 1080 ROG STRIX OC 8GB. Dziękujemy firmie ASUS za udostępnienie egzemplarza. 

Wszystkie obrazki we wpisie pobrane zostały z oficjalnego bloga Call of Duty. Niestety, nie udało mi się wykonać screenshotów w trakcie trwania bety.