Kiedy zagra się już na nostalgii gracza, odwołując się w wizji swojego projektu do klasyków niegdyś stanowiących o sile danego gatunku, zainteresowanie jest gwarantowane. Sztuką jest jednak nie zawieść rzeszy potencjalnych konsumentów, którzy jedną nogą wciąż tkwią w erze strategii turowych, rzutu izometrycznego i nadmiernie wymagających zadań.

Często mawia się, że to se ne vrati, że się rzekomo nie da ponownie przeżyć tych samych emocji, związanych z obcowaniem z jakąś gałęzią rozrywki. Przyzwyczajeni do ułatwień i ułomności gier teraźniejszych czasów, powinniśmy boleśnie odbijać się od tytułów oldschoolowych czy zwyczajnie starych – jest jednakże zupełnie odwrotnie. Remake’i, reborny i remastery zagarniają dla siebie coraz więcej miejsca na cyfrowej półeczce gracza. Moda na retro pobudza do działania innych pasjonatów, chcących przywrócić do życia swoje wymarzone projekty zrealizowane według zasad funkcjonujących dekadę, lub dwie dekady temu.

 

Dokładnie takim tytułem ma być Satellite Reign, w którego mam szansę od dłuższego czasu pogrywać dzięki uprzejmości jego twórców – 5 Lives Studio. Nieufny internauta spojrzałby w ich portfolio i ujrzałby co? Nic, dosłownie, bo ci producenci wspólnie nie stworzyli jeszcze niczego, co w żadnym wypadku nie nominuje ich do miana niedoświadczonych – zjedli oni zęby na pracy nad Syndicate czy GTA IV. Dodatkowo, o ich kompetencjach najlepiej przekonuje to, co jest istotą tego artykułu: sama gra.

Wygląda bowiem na to, że każdy z nich spędził imponującą część swojego życia, czytając powieści Dicka, Gibsona czy Stephensona, przyprawiając to seansami z obowiązkowym Łowcą Androidów, Raportem Mniejszości czy Matrixem. Mówiąc bardziej dosłownie: goście znają się na rzeczy, a nawet można podejrzewać, że pracą każdego z nich kieruje nie organiczny mózg, lecz procesor wraz z układem przewodów i podzespołów. Cyberpunk mają oni właściwie we krwi, co pokazuje już pierwsze pięć minut, które spędzicie z Satellite Reign. Rozgrywka rozpoczyna się, oczywiście, od samouczka, który jest wpleciony w pierwsze poważne zadanie: skompletowanie swojej drużyny agentów. Wesołe grono będzie tworzyć czwórka specjalistów, z których każdy dysponuje oryginalnymi umiejętnościami i cechami, rozwijanymi przez nas, jak na rasowe RPG przystało. Mamy więc choćby mięso armatnie czy hakera, medyka lub specjalistę od walki wręcz (sporo zależy od kierunku, w jakim popchniemy ich postęp).

2015-03-29_00001

Kiedy już przebrniemy przez mało wymagający pierwszy etap, otwiera się przed nami fragment imponującego miasta wraz z listą zadań, które możemy podjąć. Podjęte zadanie możemy porzucić w każdym momencie i przejść do jakiegoś innego. Kiedy już się na coś zdecydujemy, ustawiamy znacznik na mapie i zapoznajemy się z krótkim wstępem od naszych pracodawców. Cała idea opiera się zazwyczaj na przedostaniu się do jakiegoś najeżonego patrolami strażników, dronami i  kamerami obiektu. Z przeciwnikami tymi możemy rozprawić się na dwa sposoby: albo sprowadzić ich na manowce, wyłączając zasilanie konkretnych urządzeń i skradając się, albo zwyczajnie prując do nich serią z karabinu. Strzelanie bywa jednak momentami frustrujące przez kulejącą jeszcze sztuczną inteligencję, okazjonalną niechęć protagonistów do współpracy z graczem lub nieco toporny interfejs.

Są to jednak niuanse, nie będące w stanie pozbawić mnie pierwszego, niezwykle pozytywnego wrażenia, że obcuje się tutaj z grą pełną głębi i na swój sposób, urodziwą. Miasto, jak żywcem wyjęte z klasycznych dzieł nurtu cyberpunku, jest pełne rozbłysków świetlnych i detali, brakuje mu jednak trochę pozorowanego życia (bo jeżdżące w kółko samochody i tłumy ludzi brnących donikąd nie robią wielkiego wrażenia), ale ma ono niewątpliwie swój urok i szybko można się w nim odnaleźć. Zwłaszcza, że twórcy mają jeszcze sporo czasu (premiera zapowiadana jest na końcówkę wakacji), aby doszlifować kulejące mechanizmy i dopiąć wszystkie szczegóły na ostatni guzik. Wtedy będziemy mieli pewność, że czeka nas zabawa z tytułem, nie ustępującym najlepszym prekursorom gatunku, z których 5 Lives Studio tak zdecydowanie czerpie.