Escape from Tarkov to tytuł, który wręcz powalił mnie swoim pierwszym trailerem. Nie zwykłem polegać na zwiastunach i w sumie rzadko je oglądam, ale krótki pokaz Escape from Tarkov zaszczepił jednak we mnie całkiem niezłą dawkę hype’u. Multiplayerowy shooter w klimatach legendarnego dla mnie Stalkera? Czy może być coś lepszego? Dlatego też krótko po obejrzeniu filmiku szybko zapisałem się do beta testów. Wreszcie swój klucz dostałem, postrzelałem się nieco i wrażenia swoje spisuję w tym tekście właśnie.

W zwyczaju mam, że jeśli czekam na jakąś grę to jak ognia staram się unikać o niej jakichkolwiek informacji (poza wymaganiami sprzętowymi). Jeśli już sięgam po jakieś materiały to staram się, żeby były to fragmenty faktycznej rozgrywki. Czemu? Wolę nie psuć sobie niespodzianek, a przy okazji jest większa frajda z odkrywania mechanik rozgrywki samemu. Stąd też siadając do Escape from Tarkov, wiedziałem o tym tytule praktycznie nic, pomimo posiadania w głowie ogólnej wizji tego tytułu, który ujrzałem na pierwszym zwiastunie. Chciałem być po prostu mile zaskoczony i faktycznie mój pierwszy kontakt z grą był dla mnie naprawdę ciekawym doświadczeniem, ale początkowy entuzjazm zaczął po pewnym czasie opadać.

Pierwszy kontakt

Pierwsze wejście do menu. Badam wszystkie możliwe opcje w nim dostępne i dowiaduję się dwóch ciekawych rzeczy – warto eksplorować mapę, by zbierać przedmioty oraz fakt, że po śmierci tracę cały skolekcjonowany złom. Dobieram zatem z głową ekwipunek na swój pierwszy wypad. Zauważyłem, że na start mam sporo rzeczy dostępnych do wyboru, ale nie zabrałem ich wszystkich, bo starałem się oszczędnie wejść w środowisko gry. Nie chcę w końcu głupio paść i stracić swój majątek już na start. Wybieram mapę, ląduje w jakiejś fabryce. W głowie mam tylko jedno – muszę dostać się do punktu ewakuacji, przy okazji starając się po prostu nie umrzeć. Już na początek szok – nie ma żadnego interfejsu. Widzę tylko małe pomieszczenie i siebie z bronią w ręku. Nasłuchuję otoczenia i powoli przemieszczam się po mapie. Nagle słyszę strzały nieopodal. Zajmuję taktyczną pozycję, czekam. Nikt nie nadchodzi przez dłuższy czas, zatem powolnymi krokami tuptam dalej. Przeszedłem tak połowę mapy, dalej tak naprawdę nie widząc żadnego oponenta, a jedynie słysząc odgłosy walki gdzieś w tle. Nagle rozpoznaję odgłos kroków w mojej okolicy, próbuję ustawić się pod takim kątem, żeby zaskoczyć oponenta. Zza winkla pojawia się model oponenta, oddaję w niego strzał z pistoletu, ale nim zdążyłem pozbyć się większej ilości kul z magazynku, padam od deszczu śrutu wylanego z jego strzelby. W tak mizerny sposób kończy się moja pierwsza partia w Escape from Tarkov.

To jest gra, do której trzeba się odpowiednio przestawić. Przyznam szczerze, że symulacyjne shootery nie są moją najlepszą stroną. Spędziłem w nich naprawdę niewiele godzin w swojej „growej karierze”. Jestem raczej fanem bardziej arcade’owego podejścia do wymiany ognia, czyli tytułów pokroju Quake, Call of Duty czy Counter-Strike: Global Offensive. Escape from Tarkov to jednak kompletnie inna bajka. Produkcja ta stawia bowiem na absolutny realizm i wierne oddanie potyczek militarnych. Bronie mają tu słuszny odrzut, umiera się od zaledwie jednej celnej kuli lub w rzadkich przypadkach trzech, a nawet jeśli już uda nam się żywo wyjść z pojedynku, to obrażenia po nim pozostawione mogą nas po chwili przenieść w zaświaty. Liczy się tu zatem mądre przemieszczanie się po mapie, taktyczne myślenie i zimna krew. W końcu jesteśmy zmuszeni do eksploracji, żeby znaleźć jakieś ciekawe giwery, ale z drugiej strony jedno głupie wychylenie zza rogu może spowodować, że w sekundę tracimy wszystko. Escape from Tarkov to istny rollercoaster emocjonalny.

Przyznam szczerze, że z początku nieźle się wkręciłem w Escape from Tarkov, ale najgorsze było to, że grałem w to sam. Można powiedzieć, że to raczej produkcja skierowana do wilków kochających biegać solo, ale jednak czuję w kościach, że o wiele lepsza zabawa byłaby w zespole. Można tu grać drużynowo, ale ciężko wierzyć losowym osobom. Obmyślanie wspólnych taktyk i ich realizacja na pewno byłaby o niebo lepsza.

Dobranie jakiejś bratniej duszy może być jednak stosunkowo ciężkie, bo choć Escape from Tarkov jest jeszcze w fazie bety to trzeba przyznać, iż społeczność gry jest naprawdę niewielka. Nic zresztą dziwnego. Łatwiej odpalić bardziej arcade’owy mecz w Counter-Strike’a czy PlayerUnknown’s: Battleground niż próbować silić się na wygórowany wręcz realizm. Escape from Tarkov to bardziej tytuł skierowany w stronę osób, które lubią produkcję pokroju ArmA czy Operation Flashpoint, a przy okazji podobają się im klimaty rodem ze Stalkera.

Zapomniałem jednak wspomnieć o kupcach, do których mamy dostęp jeszcze przed wejściem do samej rozgrywki. Jak się bowiem okazuje w grze możemy zbierać też ruble tudzież droższe dolary i kupować dzięki nim przedmioty. Możemy też wymieniać się z nimi różnymi zebranymi po drodze gratami. Handlarzy jest kilku i im dłużej z nimi współpracujemy tym między innymi dają nam większe zniżki na niektóre rzeczy. Można też np. u nich kupić „usługę ubezpieczenia”, która polega na tym, że jeśli umrzemy to po nasze truchło wysyłany jest odpowiedni jegomość. Idzie on tam aż 24 godziny i jeśli uda mu się coś przy naszym ciele znaleźć, zabiera to ze sobą także jest jakaś mała szansa na odzyskanie choć części swojego majątku. To droga usługa, a w dodatku jest ona mocno niepewna, stąd nie lubiłem nigdy z niej korzystać. Zresztą uważam jej obecność za stosunkowo zbędną, bo zapewnia ona praktycznie nic.

Napisałem w drugim akapicie, że mój początkowy entuzjazm zaczął jednak opadać. Czemu? Beta oferuje jak na razie 4 mapy, które różnią się rozmiarem oraz klimatem. Mamy do dyspozycji między innymi duży skrawek wsi, który jest planszą otwartą z porozsiewanymi tu i ówdzie domkami. Jest też np. fabryka, w której mecze są bardzo krótkie przez klaustrofobiczną naturę miejscówki. Jakieś zróżnicowanie zatem jest, ale nadal wydaje się, że jest tego jakoś mało. Tak, to beta, ale na mapie przed startem widać jeszcze, iż dodane ma być kolejne 6 map, czyli w sumie niewiele. Dodatkowo boli brak innych trybów rozgrywki niż sama „Ucieczka z Tarkova”. Mam cichą nadzieję, że Battlestate Games wykaże się jeszcze inwencją twórczą i doda więcej sposobów zabawy. W przeciwnym razie rozgrywka potrafi się szybko znudzić, co niestety odczułem po kolejnych już godzinach obcowania z tymże tytułem.

Bolała mnie również walka z komputerowymi graczami, bo ci również występują. Boty starają się wykazywać jakąś tam inteligencją i twórcy cały czas je rozwijają. Niektóre starcia z nimi są jednak wyjątkowo niesprawiedliwe. Mają one bowiem nieludzki czas reakcji i dosłownie w milisekundzie, gdy nas zauważą nawet kątem oka, potrafią jeszcze szybciej skierować w nas swoją broń, by zacząć strzelać. W takich przypadkach zanim zdążyłem przetworzyć obecność takiego bota w pobliżu, już praktycznie leżałem na glebie. Prowadziło to mnie do ogromnych frustracji, które powodowały u mnie częste i gęste zakończenie sesji przy Escape from Tarkov w trybie natychmiastowym.

Mówienie o oprawie audiowizualnej w przypadku bety nie jest raczej wskazane. Gra jak na swoje stadium wygląda naprawdę dobrze, ale ten aspekt jeszcze czekają pewnie zmiany, stąd akapit ten pozostawię praktycznie nietknięty.

Beta Escape from Tarkov była ciekawym doświadczeniem i utwierdziła mnie ona w fakcie, że jest to produkt, który warto obserwować. Jestem ciekawy w jakim kierunku rozwiną go twórcy i jak poradzą sobie z jego promocją. Sam trzon jest naprawdę porządnie wykonany, ale przydałoby się więcej urozmaiconej zawartości i to takiej, żeby więcej osób znalazło coś dla siebie. No chyba, że targetem twórców jest garstka osób, które kochają militaria i na takich grach jak ArmA zjadły zęby. To wymagający tytuł, ale ma on swój urok… no i niepotrzebnie narobiłem sobie przez niego ochoty na Stalkera. Chyba będzie trzeba odkopać nieco modów i udać się ponownie do Zony.

Gra Escape from Tarkov była testowana na karcie graficznej ASUS GeForce GTX 1080 ROG STRIX OC 8GB. Dziękujemy firmie ASUS za udostępnienie egzemplarza.

promocja