Pierwsza gra nowego studia Adriana Chmielarza wzbudza wiele kontrowersji. Począwszy od charyzmatycznego założyciela The Astronauts, skończywszy na zakończeniu całej historii. „Zaginięcie Ethana Cartera” zbiera świetne oceny. Ktoś kto nie śledził procesu powstania gry, może czuć się mile zaskoczony widząc te wszystkie 8 i 9 od polskich jak i zagranicznych serwisów. Czy gra naprawdę jest warta swoich pieniędzy, a co ważniejsze, czy media growe po raz kolejny nie rozdają wysokich ocen na kredyt? Dowiecie się z mojej subiektywnej wyliczanki.

 

Co zagrało:

Debiut: Bez wątpienia The Astronauts mają rewelacyjny start. Ciężko o lepsze oceny w mediach, ale nie ma co się dziwić. Twórcy niejedne klawiatury zepsuli nad tworzeniem gier. Wieloletnie doświadczenie w branży widać na każdym kroku. Choć pod względem budżetu nie może się równać z największymi tuzami branży, to „Astronauci” sprytnie zatuszowali wszelkie niedoskonałości. Widać, że to gra robiona pod graczy, a nie internetowe cyferki i marketing.

Rozgrywka: Ostatnio mamy boom na gry, których główną cechą są wirtualne spacery. „The Slender” był horrorem, „Gone Home” stawiało na poważną tematykę, a scenerią gry był dom. W „Zaginięciu Ethana Cartera” mamy połączenie obu tych produkcji, czyli spokojną eksplorację świata gry (oprócz jednego etapu, ale to za chwilę), oraz atmosferę prawdziwej grozy, która przejawia się nie tylko fabułą, ale również filtrem graficznym czy muzyką. Sama rozgrywka jest uboga, ale to ogromna zaleta. Nie uświadczymy tu żadnego interfejsu, co niezaprzeczalnie pomaga we wczuciu się w historię i immersję ze światem przedstawionym. Już od pierwszych chwil czujemy się jak prawdziwy detektyw, w którego się zresztą wcielamy.

Unreal Engine 3: Nie mam zielonego pojęcia, jak „Astronautom” udało się stworzyć tak piękną grafikę na silniku, który stał się już reliktem poprzedniej generacji. Unreal Engine zawsze był rewelacyjnym silnikiem, ale to co udało się uzyskać w „Zaginięciu Ethana Cartera” przerasta wszelkie oczekiwania. Pod względem technologicznym produkcja może równać się z ostatnim „Crysisem” czy „Watch Dogsem”, a jestem przekonany, że nawet w starciu z „Wiedźminem 3”, wyszedłby chociaż z połową tarczy przy boku. Największym atutem są tekstury w wysokiej rozdzielczości, które często nawet w wysoko budżetowych produkcjach rażą swoim marnym wykonaniem. Tutaj każdy liść, każde źdźbło trawy, każdy element otoczenia wygląda przepięknie.TVoEC_ScreenShot_02

Oprawa artystyczna: Można zachwycać się technologiczną warstwą, ale to oprawa artystyczna budzi największy podziw. Krajobrazy wyglądają, jakby zostały żywcem wyjęte z obrazu największych renesansowych malarzy. Chociaż przez całą drogę towarzyszą nam te same góry, jeziora, mosty i budynki, to oglądanie ich z różnej perspektywy sprawiają ogromną frajdę. Wielokrotnie zatrzymywałem się na chwilę, tylko po to aby ponownie popatrzeć na ten sam nieustający zachód słońca. Dosłownie w świecie gry można się zakochać.

Fabuła: W przeciwieństwie do wydanego niedawno „Murdered: Śledztwo zza grobu”, „Zaginięcie Etana Cartera” nie sili się na żadną poważną opowieść. Zaczyna się niewinnie, bo od wyjścia z tunelu i poczucia, że musimy odnaleźć chłopca o imieniu Ethan. Nie wiemy jak się tu dostaliśmy, ani do końca co mamy zrobić. Nie mamy żadnych poszlak. Ale już po chwili natrafiamy na pierwsze niepokojące fakty. Dodatkowo nasz detektyw posiada paranormalne zdolności rekonstrukcji wydarzeń, dzięki którym dowie się co stało się z tytułowym bohaterem i jaką tajemnicę skrywa Red Creek Valley. Dużym atutem jest sam bohater, który zarazem jest narratorem całej opowieści. Również zakończenie pozostawia otwartą przestrzeń do dyskusji, choć dla kogoś kto nie chce rozmyślać nad fabułą gry, pozostaje wiarygodne i dobrze skonstruowanie zakończenie, którego można było się wcześniej domyślać.

Zagadki: Nie ma ich za wiele, a wszystkie polegają na znalezieniu kilku śladów, odszukaniu przedmiotów, a później rekonstrukcji chronologicznej wydarzeń. Trudno się również zaciąć, bo świat gry choć rozległy, to nie pozostawia pola manewru, więc i tak, wcześniej czy później dojdziemy do zagadki i jego rozwiązania. Niektórym może się nie podobać takie uproszczenie, ale to pozwala cieszyć się grą, bez wylewania frustracji, że gdzieś się zacięliśmy i nie wiemy co dalej. Zostało to dużo lepiej wykonane od „Murdered: Śledztwo zza grobu”.

Etap w kopalni: Kto zagra i pójdzie jedną ze ścieżek w bok, ten będzie wiedział. Dosłownie miałem gęsią skórkę grając w ten etap. Rzadko w jakichkolwiek produkcjach aż tak boję się o życie bohatera, którym steruję.