Niecały rok temu Facebook zapowiedział uruchomienie swojego własnego wirtualnego asystenta, nazwanego M, przypominającego takie rozwiązania jak Apple’owa Siri, czy Google Now (oczywiście od Google). Projekt, o którym pisaliśmy wówczas, miał się różnić od rozwiązań konkurencji w kilku kluczowych kwestiach, jednak również opierać się na technologii sztucznej inteligencji (AI – Artificial Intelligence) w jej najbardziej popularnym obecnie wydaniu, czyli głębokim uczeniu (deep learning).

Niestety, po wprowadzeniu funkcji do messengera, okazało się, że projekt nie spełnia pokładanych w nim nadziei. M nie okazał się narzędziem niezawodnym ani przydatnym w codziennym użytkowaniu. Być może problemem okazała się tutaj koncepcja zakładająca znacznie większy udział pracowników firmy w uczeniu sztucznej inteligencji niż ma to miejsce w produktach konkurencji. Nadzorowali oni sztuczną inteligencję i jej proces uczenia podsuwając algorytmowi pod nos określone treści i wzorce.

Całkowicie odmienne podejście ma wdrożyć nowy szef projektu, Yann LeCun, specjalista od głębokiego uczenia. Zamierza on nauczyć Facebook M zdrowego rozsądku dzięki interakcjom z normalnymi użytkownikami. Jak pokazały niedawne problemy Microsoftu z projektem Tay, podejście to łatwo może przynieść zgniłe owoce i już doba pobierania nauk od żywych ludzi może zrobić ze sztucznej inteligencji zatwardziałą nazistkę.

Jednak być może Facebookowi się uda. Gorzej już i tak raczej nie będzie. W najczarniejszym scenariuszu nienadająca się do użytku funkcja w dalszym ciągu nie będzie się nadawała do użytku. Jeżeli natomiast wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w końcu otrzymamy wirtualnego asystenta, który pomoże nam nie tylko w znalezieniu interesujących nas informacji, ale też, jak to Amerykanie zapowiadali, dokonaniu na ich podstawie transakcji bezpośrednio przez asystenta, bez zabawy z jakimiś dodatkowymi systemami i interfejsami.

[źródło i grafika: digitaltrends.com]