Ant-Man i Osa zadebiutował w naszych kinach 3 sierpnia, prawie miesiąc po światowej premierze. Nie jest to film szczególnie znaczący w budowanym przez MCU uniwersum, ale stanowi świetny „zapychacz czasu” w oczekiwaniu na Avengers 4. Solidna dawka humoru, akcji i odskocznia od dramatu ukazanego w Infinity War.

W drugiej części przygód Człowieka Mrówki mamy wydarzenia poprzedzające przybycie Thanosa. Scott, po niefortunnej wycieczce do Berlina i pomocy Kapitanowi Ameryce, staje się przestępcą, na mocy ugody dostaje dwuletni areszt domowy, nie ma też kontaktu ani z Hankiem, ani z Hope. Jakoś mu te dni mijają, zabawia córkę, ogląda telewizję, gra na zabawkowej perkusji, czyta romanse i bierze długie kąpiele. Jednak nie może być tak łatwo, trzy dni przed końcem aresztu nawiedza go dziwny sen. Znów jest w świecie kwantowym, ale widzi tam dawno zaginioną, a raczej uznaną za zmarłą, żonę Hanka – Janet. I właśnie ten sen sprawia, że do jego życia wracają dawni znajomi, a Ant-Man zyskuje tytułową partnerkę.

Najnowsza produkcja Marvela pozbawiona jest epickości i rozmachu, jaki znamy chociażby z przygód Thora, czy Avengersów. Bliżej mu raczej do Spider-Mana. Jest to bowiem film jednocześnie familijny i superbohaterski, ale na lokalną skalę. Duży nacisk kładzie się tutaj (zresztą tak jak w poprzednim Ant-manie) na relację ojca i córki. Jak czyny rodziców wpływają na ich dzieci, jaką cenę muszą one za nie płacić. A wszystko to w połączeniu z wartką akcją, świetnymi scenami walk i pościgami. Bardzo dobrze zachowana równowaga. Oczywiście nie brakuje tu żartów sytuacyjnych i słownych, a także uwielbianych przeze mnie opowieści Louisa. Pod tym względem Marvel nigdy nie zawodzi.

Tym razem na głównych bohaterów czyhają aż trzy zagrożenia. Określam to właśnie jako zagrożenia, bo jako takiego złola tu nie uświadczymy. Z jednej strony mamy FBI, pilnujące czy Scott grzecznie siedzi w domu i jednocześnie cały czas polujące na Hanka i jego córkę. Z drugiej – Sonny, handlarz szemranymi rzeczami chcący położyć ręce na laboratorium Pyma. Z trzeciej zaś strony dziwna, wydawałoby się nieuchwytna postać, przenikająca przez ściany jak duch – Ava Starr, której traumatyczne przejścia sprawiają, że możemy jej tylko współczuć, choć ona usilnie stara się uprzykrzyć życie głównych bohaterów. I wszyscy chcą dorwać albo Hanka i Hope, albo ich laboratorium, albo ich w pakiecie. Oni zaś chcą znaleźć Janet. Tak więc tutaj każdy za kimś goni.

Przyznaję się szczerze, że o sprawach około kwantowych mam pojęcie zerowe i mogę jedynie bazować na pewnych informacjach z poprzedniej części i na swojej logice. A moja logika tutaj cierpiała. Ciągle staram się pojąć, gdzie podczas zmniejszania podziewa się masa ludzi i przedmiotów, ale chyba nigdy się tego nie dowiem. Tak samo jakim cudem po trzydziestu latach w świecie kwantowym Janet nadal miała na twarzy makijaż. No i skąd wzięła tę szmatę, którą była owinięta?! Ale skoro mogła robić potem takie cuda rękoma, to może jakoś i z tym sobie poradziła.Wydaje się też, że przy całym zamieszaniu twórcy trochę po macoszemu potraktowali kwestię jakiegokolwiek rozwoju postaci w Ant-Manie. Są one jednowymiarowe, jak już dostają jakiś schemat to się go trzymają praktycznie od początku do końca. Nowi bohaterowie też są raczej słabo pokazani, może poza Avą, która bardzo mi się spodobała.

Miałam możliwość obejrzenia go w dwóch wersjach – z dubbingiem i z napisami. Tak to niestety jest, kiedy wkręca się w Marvela młodszego brata – czasem trzeba pocierpieć. W wersji z dubbingiem produkcja bardzo dużo traci, przynajmniej moim zdaniem. Polscy lektorzy nie potrafią po prostu pewnych rzeczy oddać, a to co wychodzi bywa swego rodzaju parodią. Zwłaszcza te historyjki Louisa, które jak pisałam bardzo lubię. Baba Jaga w oryginale też brzmiała sto razy lepiej.

Mimo pewnej ilości wad Ant-Man i Osa nadal pozostaje całkiem dobrą produkcją idealną na lato. Pełną szalonych pomysłów (jazda na samochodzie pełniącym rolę hulajnogi!), akcji i humoru gwarantującą prawie dwie godziny świetnej zabawy. Nawet za drugim razem ani przez chwilę się nie nudziłam, więc z czystym sercem mogę go polecić, tak fanom, jak i marvelowskim laikom (tata nie znając, prócz poprzedniego Ant-mana, innych produkcji MCU super się na nim bawił).

A! i pamiętajcie o scenach po napisach. Są aż dwie, a pierwsza łączy się z wydarzeniami z Infinity War. Siedźcie więc do samego końca denerwując przy tym obsługę kina, która jak najszybciej chce salę posprzątać. :P

Zdjęciahttps://disney.pl/

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!