Wszyscy krytykują Apple? Wszyscy „hejcą” Apple? Cóż, głosy niezadowolenia nie biorą się tak po prostu z powietrza i muszą mieć skądś swoją genezę. Ceny? Może między innymi to jest głównym powodem, jednak z mojej perspektywy firmie z Cupertino zaczęło brakować ich jedynej uniwersalnej cechy – „emejzingu”.

Wysoka izbo, staję w obronie swojego klienta

Od razu na wstępie zamierzam zburzyć swoje mury obronne i dać się staranować wszystkim miłośnikom sprzętu Apple, tym samym czyniąc wszystkie moje argumenty nieistotnymi w dalszej dyskusji – nie, nie mam sprzętu tej firmy. Nie posiadam na chwilę obecną, nigdy nie posiadałem, styczność z nimi jakąś miałem, ale nie mogę się nazwać „dumnym wielbicielem Apple”. Nie mogę się jednak nazwać antyfanem tejże korporacji, bo jakby nie patrzeć ich działania czy produkty obserwuję już od dłuższego czasu z dystansu. Dużo o nich czytam, chłonę wszelkie plotki, opinie, artykuły i przy okazji faktycznego kontaktu z tym sprzętem, staram się to wszystko potwierdzać. Również wszystkie dokonania świętej pamięci Steve’a Jobsa oraz jego pracowników absolutnie doceniam i szanuję. Niektóre ich produkty zmieniły oblicze dzisiejszej technologii i bez ich ingerencji, w alternatywnej rzeczywistości bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Apple kojarzę ze sprzętem dającym poczucie obcowania z najwyższą półką, wyznaczającym pewne trendy i przede wszystkim przystępnym dla zwykłego użytkownika. Niestety, patrząc przez pryzmat obecnej oferty Apple, jestem w stanie powiedzieć, że firma z Cupertino ma spore problemy z utrzymaniem tych trzech potężnych filarów.

Jeśli czytacie WhatNext i natrafialiście na jakieś testy smartfonów czy ultrabooków, znaleźliście tam też moje imię oraz nazwisko. Ktokolwiek przeczytał te kilka tekstów, powinien już znać moje doświadczenie ze sprzętem. Testowałem całą masę smartfonów, cienkich laptopów, akcesoriów mobilnych czy sprzętu gamingowego. Na co dzień korzystam z Windowsa – zarówno prywatnie, jak również służbowo i tym samym bardziej profesjonalnie. Systemu nie znam może od podszewki, ale mogę siebie śmiało nazwać bardziej zaawansowanym użytkownikiem. Do tego w mojej życiowej przygodzie towarzyszy mi Android, którego to reinkarnacje w postaci różnych nakładek sprawdziłem dziesiątki, a i też zdarzyło mi się bawić z różnego rodzaju flashowaniem czy moderacją tego software’u. Jakby nie spojrzeć, jestem zatem w znacznej większości użytkowników technologii.

Poszukiwań czas nastał

Każdy jednak dąży do tego, żeby być wyjątkowy, wyróżniać się z tłumu… ale jednak wciąż lubimy być jego częścią, albo chociaż przynależeć do jakiejś grupy. Taka już jest niezbadana natura ludzka, której nikomu nie udało się zgłębić. Postanowiłem również zmienić swoje otoczenie, spróbować czegoś odmiennego i przejść z jednego tłumu do drugiego. Tak, dobrze się domyślacie, w pewnym momencie zapragnąłem zamknąć się w ekosystemie Apple i przekonać się jak to jest być częścią „emejzingu”. Powiedzmy, że zdołałbym znaleźć jakieś środki, także pierwszy i zarazem najwyższy próg w postaci ceny przestał być mi straszny. Przyszła zatem pora rozejrzeć się za godnym produktem, który byłby w stanie wykupić mi bilet do „wniebowstąpienia”, czytaj wejścia do szlachetnego grona użytkowników urządzeń Apple.

Zacząłem więc od poszukiwań ultrabooka, bo to jego w czasach obecnych potrzebowałbym najbardziej. Oczywiście spojrzałem w ofertę MacBooków, która jest dostępna w oficjalnym sklepie Apple. Z początku przegrzebałem też odpowiednio Allegro i wszelkiego rodzaju używki, ale szybko olałem temat w momencie, kiedy zobaczyłem jak ktoś próbuje sprzedać blisko 5-letni komputer za ponad 3 tysiące złotych. Bez urazy, ale miejmy do siebie jakiś tam szacunek.

Standard? Pro? A kto ich tam w tym Apple wie!

Co zatem zobaczyłem? Kompletnie rozjechaną ofertę, która z mojej perspektywy kompletnie nie trzyma się kupy. Wystarczy porównać zwykłego MacBooka w swojej najprostszej konfiguracji oraz najtańszego MacBooka Pro. Cena? Ta sama i to wynosząca 5500 złotych, co jeszcze przy okazji modelu Pro jestem w stanie pojąć. Przypatruję się zatem bliżej z ciekawości MacBookowi i drapię się po głowie, czym w zasadzie jest ta abominacja. Jedyną jego zaletą w moich oczach może być to, że jest piekielnie lekki i do większości moich zadań nadawałby się w zupełności. Nie mniej jednak podstawowa wersja tego komputera posiada tylko procesor Intel Core m3, co może i nada się do okazjonalnego montowania filmików, ale śmiem wątpić w cechę „futureproof” dla tego ultrabooka. W końcu mam prawo wymagać od tak wycenionego komputera, że przeżyje ze mną godnie więcej niż rok.

Idźmy dalej. Za te same pieniądze dostanę przecież wersję Pro, która pod wieloma względami jest lepsza, przy okazji tracąc delikatnie na swojej kompaktowości. Ten nieco większy rozmiar oraz około 400 gramów więcej (z 0,9 kg na 1,3 kg w Pro) można jeszcze przeboleć i plecy nagle nam od tej różnicy nie odmówią posłuszeństwa. Czemu tylko Apple postanowił wycenić ultra-lekki sprzęt dla domowego użytkownika tak samo jak poręczną bestię dla profesjonalistów (dalej mówimy o podstawowych edycjach)? Równie dobrze możemy wziąć zwykłego Maca, wykastrować mu sporo komponentów, zmniejszyć powierzchnię roboczą ekranu i sprzedawać z podobną logiką. Oczywiście jako Apple powiedziałbym wówczas, że to produkt dla dwóch oddzielnych typów ludzi, a cenę dla wersji Pro i mojej „Standard” dałbym na start taką samą lub mocno do siebie zbliżoną.

PROblematyczne ultrabooki

Dobra, ale powiedzmy, że na MacBooki nie powinienem patrzeć, bo przecież „ta seria może zostać niedługo odświeżona”. Skupmy się zatem na edycji Pro, która wyraźnie przemawia do mnie bardziej. W zasadzie to chciałem ją jeszcze jakiś czas temu kupić, pomimo nieco gorszej pracy na baterii w stosunku do legendarnego już Air. Niestety, od tego zniechęcił mnie skutecznie jeden ze znanych, ale jeszcze nierozwiązanych problemów tego urządzenia, czyli psującej się klawiatury (boryka się z nim też podobno zwykły MacBook). Nikt z inżynierów czy designerów Apple nie pomyślał o tym, że pod klawiaturę o skoku 0,6 milimetra może dostać się ziarnko piasku lub okruszek z bułki. Normalnie jakimś cudem dałoby się go wydostać lub nie przeszkadzałby on tak bardzo przy pracy. Tak mała rzecz jest jednak w stanie zabić całkowicie klawiaturę MacBooka Pro, a przynajmniej klawisz pod jaki ten „niezbadany obiekt” trafi. Można spróbować wydmuchać to ziarnko piasku sprężonym powietrzem, ale zwykle nie przynosi to pozytywnego skutku. Trzeba zatem odesłać komputer na gwarancję, ale jeśli ta po dwóch latach (mowa o Europie) się skończy, to Apple nie będzie wymienić nam tylko klawiatury, a zamiast tego od razu całą górną obudowę w swoim serwisie. Koszt? Może nawet sięgnąć połowy wartości samego urządzenia… a przypominam, że mówimy tu o ziarnku piasku. Tak, można próbować nosić ten sprzęt w jakichś obudowach i dbać o niego lepiej niż jak o własne dziecko, ale wpadnięcie okruszka czy małego skrawka piasku może być w pewnym momencie nieuniknione. Mówimy tu o sprzęcie za bagatela 5,5 tysiąca złotych, co nawet jak na zachodnie standardy jest dość sporą gotówką. Gdzie ta cała jakość Apple?

W momencie kiedy redaguję ten tekst, firma z Cupertino wypuściła już patent, który podobno ma łatać ten problem. Nie mniej jednak to tylko patent, który nie wiadomo kiedy konkretnie ma zamienić się w rzeczywistość. Jeszcze w tym roku? A może Apple wprowadzi to rozwiązanie po cichu do już produkowanych urządzeń? Tego jeszcze nie wiadomo.

Opcja numer 3? Nie, wolę jednak nie

Pozostał mi w końcu ten nieszczęsny MacBook Air, który już wygląda zachęcająco, ale w porównaniu do innych ultrabooków prezentuje się jak wyjęty żywcem z prehistorii. Niska rozdzielczość, procesor sprzed 3 generacji, ogromne ramki wokół wyświetlacza… zdecydowanie podziękuję. Widać, że Air istnieje tylko dlatego, że jeszcze może całkiem nieźle się sprzedawać, ale firma z Cupertino próbuje wypchać zamiast niego zwykłego MacBooka. Mam jednak nadzieję, że Apple wkrótce albo odmłodzi tę serię, albo zrobi coś ze standardowymi MacBookami, żeby uderzyć też średnio-wysoką półkę z „przenośnymi komputerkami”.

Łzy otarte w poduszkę

Wylałem z siebie słowa żalu, goryczy, gniewu i zawodu. Po przyjaznym wstępie cały środek tekstu zapchany został przez moją negatywną opinię, którą wysnułem po wielogodzinnej analizie tychże urządzeń (z perspektywy potencjalnego kupca). Patrząc na nie wiem tylko tyle, że ze swoich trzech głównych filarów Apple jest w stanie zagwarantować już tylko jeden – przystępność dla zwykłego użytkownika oraz genialny, choć mocno zamknięty software. Jakość wykonania premium jest zachwiana przez znane, popularne i krytyczne problemy techniczne. Również wyznaczanie trendów nie idzie Apple za dobrze, bo nie dość, że skutecznie goni (lub już przegania) ich konkurencja, to jeszcze firma sama gubi się w swojej ofercie. Sam tekst spróbuję zaś zamknąć w trochę poetycki sposób, mówiąc – Quo Vadis, Apple?

Chciałem jeszcze upchnąć tu kilka zdań o smartfonach i innych urządzeniach, ale zrezygnowałem, bo tekst i tak zwyczajnie wyszedł zbyt obszerny. Może poruszę ten temat wkrótce, przy jakiejś innej okazji. Jestem jednak ciekawy co Wy o tym sądzicie. Macie może jakiś komputer Apple w domu? Planowaliście jakiś zakup? Co Was do niego zachęciło, a może zniechęciło? Czekam na opinie w komentarzach.

źródła zdjęć: oficjalna strona MacBooka | computerworld.com

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!