Przeglądając media internetowe, łatwo można dojść do wniosku, że cały obecny świat czeka na wstrzymanym wdechu na zrealizowanie niewątpliwie przesądzonego scenariusza, który kończy się ustanowieniem Chin gospodarczym numerem jeden na świecie. Nie macie jednak wrażenia, że oczekiwanie na ten stan rzeczy trwa już trochę za długo? 

Powoli zaczynam odnosić wrażenie, że z nadchodzącym prymatem ekonomicznym Chin jest tak, jak z „rokiem Linuksa” lub zdobyciem tytułu Premier League przez mój ukochany Liverpool. „Przyszły rok jest nasz” – mówię sobie, ocierając łzy na ostatniej prostej wyścigu o mistrzostwo. Czyżby w budynkach rządowych Chin urzędnicy i politycy mówili sobie to samo?

Nie da się zaprzeczyć temu, że Chiny są światowym mocarstwem (i pod wieloma względami, obecnym numerem jeden), wywierającym ogromny wpływ na wszystkie sfery gospodarki na naszej planecie. Świadczy o tym wiele różnych statystyk i faktów – choćby chińskie PKP ważone parytetem siły nabywczej było trzy lata temu zaledwie o jeden procent mniejsze niż to amerykańskie. Rok później, Chiny wyszły już na prowadzenie z czterema procentami.

Co prawda, kurs wymiany chińskiego yuana na amerykańskiego dolara jest o 65% wyższy na korzyść USA (statystyka z roku 2015), a wzrost chińskiego PKB zmalał z dwucyfrowych wyników do „zaledwie” 7 procent rocznie. Gospodarka chińska jest wciąż na fali wznoszącej wyższej niż ta amerykańska. Początków takiego dynamicznego rozwoju należy się doszukiwać w roku 1978, kiedy to do kraju wszedł szereg ustaw modernizujących przestarzały system, będący efektem trzydziestu lat niegospodarnych rządów. Od tamtego czasu, Chiny stały się liderem eksportu w wielu różnych dziedzinach (od węgla, przez ziarno, aż po sprzęt elektroniczny), ale mając siłę produkcyjną tego kalibru, ciężko być zaskoczonym takim stanem rzeczy.

Prawda o lokalnym ujęciu chińskiej gospodarki jest jednak trochę bardziej brutalna: w rankingu PKB ważonego parytetem siły nabywczej, liczonego na mieszkańca, Chiny w roku 2015 plasowały się na pozycji 79, za Irakiem czy Algierią. Jak łatwo się domyślić, milionerzy, którzy zaczynają coraz żwawiej inwestować swoje chińskie pieniądze na zachodnim rynku, to zaledwie ułamek całego społeczeństwa, które nie cieszy się zbytnimi luksusami. Jak niemal zawsze w społeczeństwach o takim rozstrzale majątkowym jak w Chinach, ludziom z klasy średniej nie żyje się tak dobrze, jak mogłyby na to wskazywać powyższe wskaźniki. Zanieczyszczenie powietrza wykracza poza wszelkie granice: maksymalny poziom, jaki zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia jest dopuszczalny dla zdrowego funkcjonowania człowieka to 25 mikrogramów skażonych cząsteczek na metr sześcienny powietrza. W wielu chińskich miejscowościach wartości te przewyższają nawet 500 μg/m3. Ba, 1000 μg/mto dla niektórych Chińczyków nie pierwszyzna.

Zaniepokojenie wzbudza również zanieczyszczenie wody – w niemal połowie obszarów wiejskich w Chinach niespełnione są podstawowe normy sanitarne. Największy kraj świata ma mniej gruntów ornych niż Indie, a w przeciwieństwie do znacznie mniejszej Japonii, niemożliwym jest dla Chin w większym stopniu opierać swoją gospodarkę na imporcie żywności. Lepiej nie zaczynać nawet myśleć, jakie byłyby skutki dla gospodarki, gdyby w kraju, w którym nowe reaktory nuklearne wyrastają jak grzyby po deszczu, zdarzyła się kolejna katastrofa na miarę Fukushimy.

Kolejnym złym sygnałem jest bardzo gwałtowny wzrost starzenia się społeczeństwa, co poskutkowało zrezygnowaniem z polityki „jedno dziecko na jedną parę” w roku 2015. W roku 2010 Chiny doświadczyły szczytu stosunku ludzi produktywnych ekonomicznie do ekonomicznie zależnych, lecz od tamtego czasu notowane są same obniżki tych wartości. Czyżby Chiny i całą resztę gospodarek, doganiających najwyższe standardy, czekał taki sam los jak Japonię, która w latach dziewięćdziesiątych była gotowa na podbój świata, a teraz boryka się z takimi samymi problemami, jak wiele innych, równie rozwiniętych krajów?

źródło: spectrum.iee.org | zdjęcie: insidejourneys.comchinatravelgo.com

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!