W szkołach uczyli nas o legendarnej postaci – królu Midasie, greckim władcy, który mając możliwość spełnienia jednego ze swoich życzeń przez Dionizosa, wybrał zamianę wszystkiego, czego dotknie w złoto. Koniec końców, stało się to przekleństwem nierozsądnego króla i błagał on o „dezaktywację” daru, lecz cała anegdotka jest na miejscu, kiedy weźmie się pod uwagę zupełnie odwrotny wizerunek EA. Ci z kolei, kiedy położą na czymś swoje łapska, natychmiast zamieniają to w rdzę.

Innymi słowy, mógłbym rozpocząć ten artykuł od pytania „dlaczego EA uznawane jest za jedną z najgorszych firm na świecie?”, byłoby to jednak otwarcie znacznie mniej barwne od obecnego. Czas więc przejść do sedna sprawy, wyłożyć Wam czynniki, sprawiające, że na świecie coraz więcej osób na dźwięk słów „Electronic Arts” krzywi twarze i przywołuje w pamięci tragiczne wspomnienia niczym weteran wojny w Wietnamie.

  1. Zarzynanie producentów

skate3

Jako spółka dysponująca ogromnym kapitałem, EA może pozwolić sobie na wykupienie większości obecnie funkcjonujących studiów, które w ich oczach błyszczą potencjałem na wypracowanie dużego zysku. Amerykanie mają jednak tendencję do popełniania błędów w swoich obliczeniach, efektem tego jest – kilka lat po wchłonięciu – wywieszanie znaku „zamknięte”, kiedy tylko czyjaś działalność przestaje im się opłacać. Przykłady? EA Phenomic, powstałe z Phenomic Game Development, które zostało nabyte przez naszych dobroczyńców w roku 2006, a zamknięte siedem lat później. Do tej pory byli to twórcy chwalonej serii „SpellForce”, by pod nowym jarzmem wydać całkiem udane „BattleForge” czy „Command&Conquer: Tiberium Alliances”, raczej bezwzględnie będące porażką. Wystarczyło to, aby pozbawić pracy sześćdziesięciu pracowników, którzy gdyby nie przejęcie, pewnie wciąż kontynuowaliby działalność w Phenomic. Pamiętacie jeszcze EA Black Box, czy też Black Box Games? To panowie, którzy przynieśli na świat „Need for Speed: Underground”, „Most Wanted” czy wszystkie części „Skate’a”. Na swoim koncie mieli również kilka odsłon „NHL” czy „NASCAR 2001”, lecz całe ich portfolio zostało podarte i wyrzucone do śmietnika, wraz z nadejściem kwietnia 2013 roku, kiedy to wręczono im wypowiedzenia. Szlag trafił również studio NuFX, przekształcone w EA Chicago czy Westwood Studios, znane jako EA Pacific.

Jasne, nie będziemy sobie mydlić oczu, że w brutalnym świecie biznesu Electronic Arts powinno trzymać się zwerbowanych wcześniej wytwórców, nawet jeżeli ich praca nie przynosi wymaganych efektów, ale skoro notorycznie dochodzi do takich sytuacji, ciągle ktoś popełnia błędy w kalkulacji zysków, to może należałoby się zastanowić nad zaprzestaniem tej ohydnej ekspansji? Wykupienie swojej drogi do zwycięstwa, kosztem wyprania mózgów (bo czymże innym jest wcielenie kreatywnych ludzi do zindustrializowanej maszyny EA) czy wręcz „życia” producentów jest bardzo niemoralne.

  1. Maszynowe wydawanie średnich gier, jednoczesne niszczenie zasłużonych marek

need-for-speed-obrazek_175n6

„Co myślisz o Need for Speedzie?” – pytasz swojego kolegę w 2005 roku, a ten odpowiada ci – „chodzi ci o moją ulubioną serię gier wyścigowych, w którą z radością mogę grać każdego roku?” Tymczasem zium, w obecnej rzeczywistości, kiedy zadasz komuś identyczną zagwozdkę, prawdopodobnie uzyskasz zdanie zwrotne „to ta seria, od której obecności chce mi się wymiotować”. Od czasów części „Underground”, NFS wychodzi bardzo regularnie, rzecz w tym, że do odsłony „Carbon” (która już była oznaką obniżki formy) – był on serią wiodącą w swoim gatunku, teraz zaś nie można tego powiedzieć. Przeanalizujmy to pod kątem średniej ocen na Metacritic ostatnich odsłon: „ProStreet” (70%), „Undercover” (65%), „World” (62%) czy „The Run” (69%), półśrodkiem zaś jest „Rivals” (76%). W swojej ślepej nienawiści nie będę udawał, że nie widzę również świetnych „Hot Pursuit” (86%) czy „Shift” (83% i 84%, choć oficjalnie nie jest już to NFS), lecz ewidentnego pikowania jakości szanowanej marki ciężko nie zauważyć. Lekarstwo na taki stan rzeczy? Hm, może by tak przestać co roku ostrzeliwać nas wyrobami oznaczonymi tymi trzema literami i zabrać się za zrobienie jednej, porządnej części?

„Medal of Honor”, co to była za gra! Wspominania ze swoimi kolegami przebytych misji w drodze do szkoły nigdy nie zapomnę. „Allied Assault” czy „Pacific Assault” to gry, które ciskają łzy nostalgii do oczu graczy, męczących się obecnie na samą myśl konieczności wkraczania do współczesnych krajobrazów, jakie serwują nam FPSy teraźniejszych lat. Co więc stało się w roku 2010? Ktoś przegrał jakiś zakład? A może warto by było spojrzeć jeszcze wstecz, bo już w „Airborne” z 2007 coś nie banglało. „Medal of Honor: Warfighter” wydany dwa lata temu, to już zupełne apogeum marazmu, w jakim znalazła się ta niegdyś szanowana seria. Kampania dla pojedynczego gracza nie porywa już tak, jak kiedyś, dla multiplayera tworzonego przez weteranów lepszą alternatywą stała się gra w sapera. Tego windowsowego.

  1. DLCyzacja i zamykanie serwerów

horse_armor01

Jestem wyrozumiały wobec tego trendu, naprawdę, ale wydawanie dodatkowej zawartości w dniu premiery samej gry jest równie perfidne co oddawanie moczu na twarz konsumentów. Płacimy coraz większe ceny za gry, które są skończone w coraz mniejszym stopniu. Tak było z „Mass Effect 3”, ale za najlepszy przykład w tej dziedzinie uważam serię „Battlefield”. Jak nazwiecie konieczność płacenia za mapy, które często były dostępne w poprzedniej odsłonie i przy których producenci nie muszą wykonywać praktycznie żadnej pracy, ale wciąż pobierają za nie opłaty? Spójrzcie również na listę dodatków do pojedynczej części „Simsów” (bodajże dwadzieścia w przypadku „trójki”). Zero innowacji, ale kasa wciąż wpada.

Prawdziwym sk… chamstwem jest również przedwczesne wyłączanie serwerów do gry wieloosobowej. „EA Sports MMA”, każda „Fifa”, „NFL”, „NBA”, „NHL” starsze niż trzy lata (założę się, że szczególnie fanów „kopanki” wciąż znalazłoby się sporo do gry) natychmiast trafiają do niszczarki, kiedy tylko mija ich okres „zdatności do spożycia” w oczach wydawcy, pozostawiającego nam jedynie możliwość gry sam-ze-sobą, mimo tego, że płaciliśmy przecież za pełen pakiet. Nie uważam, że EA powinno podtrzymywać przy życiu każdą jedną grę, dopóki my – gracze, nie postanowimy, że już z nią skończyliśmy, na pewno jednak – przy takich pieniądzach, jakimi dysponuje amerykański gigant – przedłużenie tego okresu nie wyszłoby im bokiem tak bardzo.

  1. „Zmultiplayerujmy tę grę!”

Mass-Effect-multiplayer-2-1-

Jeszcze kilka lat temu branża była solidarnie przekonana, że zwyczajnie istnieją gry, do których tryb dla wielu graczy pasuje, ale i są te, które nie powinny go posiadać. Od tamtego czasu sporo się pozmieniało – multiplayer stał się wyznacznikiem, według którego niektórzy ludzie kupują dane produkcje. Robią to tylko dlatego, że zawierają one rzeczony tryb, który jest jedyną częścią tytułu, w którą nie można by zagrać, jeśli pobrałoby się go nie ze Steama, a z The Pirate Bay. Prościej rzecz ujmując, EA wrzuca na siłę rozgrywkę multiplayer do swoich serii, aby zniechęcić do kupowania piratów, rujnujących zarobki praktycznie wszystkich twórców na świecie.

Efektem tego jest to, że na ocenę „Mass Effect 3” czy „Dead Space 3” (choć tutaj nieco bardziej trzyma się to kupy) musi wpłynąć właśnie ten ich element – multik, który pasuje tam jak pięść do nosa. Widoczne jest to w coraz większej ilości tytułów i jest to trend, który najchętniej ukróciłbym o głowę, bo wolałbym dostawać bardziej wyczerpujące historie do odkrycia w trybie dla pojedynczego gracza niż nabijać godziny na multiplayerze pozbawionym radości z rozgrywki.

  1. Tak wiele kasy, tak mało nowych, dobrych produkcji

army-of-two-the-devils-cartel-wide

Kiedy pojawia się nowa odsłona serii „Battlefield” albo „Medal of Honor” i recenzenci narzekają na kampanie dla pojedynczego gracza w tychże produkcjach, że niespójne, idiotyczne i banalne, zawsze zastanawiam się – a gdyby tak zaprosili (czyt. posmarowali grubo zielonymi) do procesu ich tworzenia kogoś, kto naprawdę zna się na tworzeniu ciekawych scenariuszy? Stałoby się coś? Poza zdobyciem uznania w oczach bardziej wymagających graczy, pewnie nie. Jest to jednak proces zbyt skomplikowany, żeby Electronic Arts się na niego zdecydowało, będziemy więc rokrocznie dostawać linię fabularną, którą ktoś napisze w metrze podczas drogi do pracy.

Jestem świadomy, że jest to spojrzenie bardzo subiektywne, lecz nie rozumiem w jaki sposób firma o takich finansowych zasobach może się godzić na wydawanie produkcji tak miernych. Przecież są świadomi tego, że twórcom coś się nie udaje, a jednak nie boją się przeforsować wypuszczenia w świat takiego „Army of Two: The Devil’s Cartel” czy „The Godfather II”. Każdy ma prawo wydania czegoś o niższej jakości, lecz dla Electronic Arts powinno to być znacznie trudniejsze. Spójrzmy jednak na coś zupełnie innego, czyli listę gier, za którymi stoi EA w ostatnich latach. Znajdziemy tam same znane nazwy, zerowy współczynnik świeżości. Co linijkę przewijają się albo „Simsy” albo „Battlefield” czy „Dead Space”, bo są to bezpieczne inwestycje, które zawsze się zwrócą. Co z odwagą przy produkcji, co z potrzebą tworzenia czegoś odkrywczego? Wydaje mi się, że o to chodziło w tym wszystkim.

[su_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=e-LE0ycgkBQ”]https://www.youtube.com/watch?v=e-LE0ycgkBQ[/su_youtube]

Udało mi się zgromadzić takie argumenty, Wy z pewnością wpadniecie na jeszcze więcej, lecz z drugiej strony, gdyby chciało się Elektroników chwalić – znalazłoby się sporo powodów. Ostatnio pracują oni nad swoim wizerunkiem, przez co w końcu (!) nie wygrali plebiscytu na najgorszą firmę w Ameryce: wzięli udział w „Humble Bundle” czy zdecydowali się na wydanie „Titanfalla”, co okazało się być dobrym interesem, ale z pewnością nie było obowiązkiem . Osobiście traktuję EA jako symbol niewłaściwego kierunku, w którym zmierza cały przemysł gier komputerowych, lecz nie znaczy to, że jest ona jedynym złem. Takim samym, a może i nawet większym, jest dla mnie Activision i gdybym chciał teraz przerobić ten artykuł na „hejt na Kotticka”, wystarczyłoby w kilku miejscach pozmieniać kilka nazw własnych i wszystko grałoby perfekcyjnie. Co Waszym zdaniem nie gra w maszynie Electronic Arts? Może przeciwnie, wszystko jest tam na swoim miejscu?

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej