Wujek Google rządzi internetem. To oczywista oczywistość, cytując klasyka. Jak jednak widać, nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.

Axel Springer, niemiecki wydawca, medialny gigant chciałoby się rzec, znany skądinąd również w Polsce, swego czasu zdecydował się na marginalizację współpracy z wyszukiwarkowym potentatem. Historia współpracy dwóch wymienionych przedsiębiorstw jest dosłowną komedią pomyłek. Kiedy niemiecki wydawca zaczął lobbować o zakończenie reklam i usunięcie wszelkich form wspierania poszczególnych publikacji, miał umowę z wujaszkiem G, w myśl której Google będzie udostępniało jedynie nagłówki ze stron wydawanych przez AS. Jak nietrudno się domyślić, charakter współpracy sprawił, że zyskiwali na niej inni wydawcy i inne strony czy serwisy, które miały korzystniejszą umowę. Powszechnie wiadomo, że gdy mamy na stronie, obok siebie, miniaturę artykułu lub podany lid tekstu, to łatwiej jest nas tym zainteresować, niż zwykłym i skrótowym nagłówkiem. Wszak nie wszyscy szukamy tytułów podobnych do tych z Wirtualnej Polski. Jednakże to, o czym my wiemy powszechnie i pozarefleksyjnie, dla Axela Springera było elementem wiedzy doświadczalnej. Wiecie, uwierzę jak zobaczę. No i zobaczył.

Kiedy wskaźniki popularności i ilość wyświetleń materiałów zawartych na serwisach przynależących do AS poleciały na łeb, na szyję do tego stopnia, że zaczęły generować spadki, miast zysków, wydawca poszedł po rozum do głowy i zdecydował się na zmianę umowy oraz swojego podejścia do pozycjonowania u wujka Google. Lobbing na rzecz niezależności i kompletnej separacji od szefa wszystkich szefów w internecie, skończył się, nim na dobre się zaczął. Nowa forma współpracy zakłada zaś indeksowanie wszystkich materiałów oraz oparcie się na usługach wielkiego G, po to, by nie powtórzyła się sytuacja, kiedy to niemal na własne życzenie Axel Springer zmarginalizował swoje znaczenie i obecność na rynku.

[ Źródło: www.engadget.com]

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej