Google w swoich tajnych piwnicach ma pochowane symulacje wszystkich kalifornijskich dróg, dla swoich samojeżdżących samochodów. Firma mówi, że pozwala im to na przeprowadzenie lat testów w kilka godzin.

Gigant z Mountain View ma taką pewność siebie, że namawia kalifornijskie władze do certyfikacji pojazdu, który do tej pory opierał się na symulacji, a nie rzeczywistej jeździe. Rob Medford – dyrektor bezpieczeństwa w Google wystosował list we wczesnym 2014 do kalifornijskiego urzędu. Napisał w nim, że symulacje są więcej warte, bo pozwala to producentom poddać samochód znacznie cięższym próbom niż na testowym torze.

Niestety, na nieszczęście Google, kalifornijski dział do spraw pojazdów silnikowych nadal chce, by przetestowano samochód w fizycznych warunkach. Ponadto, nałożył nowe zasady, które wymagają od giganta zamontowanie do samochodu zapasowej kierownicy wraz z pedałami. Tak w razie czego.

Niby ten niezwykły samochód przejechał już miliony kilometrów w „matrixowej” symulacji. Jednak nie jest to powód, żeby pchać go od razu na drogi. W tym przypadku zgadzam się z Kalifornią i jej urzędem. Może testowano go długo i w różnych przypadkach, ale nadal potrzeba temu cacku „praktyki” w prawdziwym życiu, bo jego nie odwzoruje żadna symulacja.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!