WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Gothic 2 i mechanika powrotów

Pierwszy Gothic to jest dla mnie takim porządnie odważonym gramem kocimiętki. Wiecie, zwącham ja to, to zrazu odbija mi kompletnie, zrazu w innym znajduję się świecie, a jest to świat w którym życie mnie bawi i cieszy do tego stopnia, że nawet nasza smutna i szara i brzydko pachnąca rzeczywistość mi nie straszna. Dosłownie, zagrywając się w Gothica jestem na growym haju. Jest mi po prostu dobrze i oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba. Znacie to doskonale. W końcu, każdy ma takiego swojego Gothica

O Gothicu jednak coś tam już kiedyś napisałem i przyznam szczerze, nie zamierzam się powtarzać, a pisanie w podobnym, wyciskającym łzy wspomnień tonie o Gothicu 2 byłoby typowym deptaniem po własnych śladach. Jasne, to jest osobna gra, nowsza, lepsza technicznie i tak dalej, ale to tytuł powielający plusy swojego poprzednika oraz niwelujący jego minusy. To ciągle gra tocząca się w tym samym świecie, w tym samym uniwersum, wokół tych samych postaci. Zmienił się, bo uległ powiększeniu świat gry, zmieniła się fabuła, bo historia Bezimiennego pchnięta została, że sobie zawieśniacze – do przodu, ale to ciągle ta sama, świetna, skądinąd, produkcja, wypełniona po same brzegi specyficzną gothicowatością, która to czyni tytuł ciężkim i topornym, ale też diabelnie klimatycznym i jedynym w swoim rodzaju. Nie widzę jednak sensu opisywania fajności drugiego Gothica tak po prostu. Niemniej, widzę sens opisania tej gry w jakiś tam sposób, tak coby oddać jej należyte honory, czy coś. Stąd też pomysł mechaniki powrotów jak to roboczo nazywam sposób powracania do starych gier, które zna się lepiej niż własną kieszeń we własnych, znoszonych spodniach i które przechodziło się wzdłuż i wszerz, a nawet w poprzek dziesiątki razy.

Mechanika powrotów do gier, które wsadzić możemy do wora, do wąskiego zbioru tych ulubionych rządzi się swoimi prawami. Od kilku już ładnych lat zagrywam się w gry wszelakiego autoramentu, więc co nieco na ten temat wiem. Mało tego, mam ja kumpli którzy również pewne doświadczenie w graniu posiadają, a z którymi rozmowy przy piwie i bez piwa wielokrotnie wzbogacały moją wiedzę o obcowaniu z grami. Zakładam przeto, że połączywszy to, co sam wiem z tym czego dowiedziałem się przez lata od moich znajomych, wyrobiłem sobie pewne zdanie na temat powracania do klasyków, odświeżania zaśniedziałych, zakurzonych tytułów dumnie prezentujących się na naszych pułkach tudzież w naszych sieciowych bibliotekach, jakie to teraz są modne. Zakładam, że wiem jak wygląda proces powracania do wysłużonych gier i przechodzenia ich na nowo, znowu i ponownie i raz jeszcze. Zakładam wreszcie, że skoro ja wiem, to i Wy wiedzieć to powinniście, a moim obowiązkiem jest Was o tę wiedzę wzbogacić. Ot, co.Gothic-2-0005383

W okresie poświątecznym, a przednoworocznym zarazem odpaliłem sobie tytułowego drugiego Gothica. Nie miałem pod ręką niczego z nowych tytułów, to powód pierwszy, no i chciałem jednak pograć w coś, co pozwoli mi odpłynąć na paręnaście godzin, oto powód drugi. Wećpnąłem więc płytę z grą do napędu, zainstalowałem, zaparzyłem kawę i bach, wsiąknąłem, zniknąłem i mnie nie było. Tylko, że nie tak od razu. Mechanika powrotów jest bowiem trójetapowa, a żadnego z tychże etapów nie sposób opuścić.

Etap pierwszy to wrażenie, że już tu byłem, że jak ja to wszystko dobrze znam. Trwa ten etap zwykle u mnie tak z godzinkę i jeśli się z tym etapem nie uporam, w sensie jeśli dam się pokonać i gra znudzi mnie przez to, że znam ją aż zbyt dobrze, to umarł w butach. Poważnie, jeśli nie przejdę, nie rozegram tej pierwszej godziny tak, by gra szybko wzbudziła we mnie zainteresowanie przeżyciem znanej przygody na nowo, to automatycznie dojdę do wniosku, że zagrałem tylko po to, by zabić wolny czas, a od tegoż wniosku krótka jest droga do stwierdzania, że ee tam, po co mi to w sumie, pogram w coś innego, albo w nic nie pogram, bo w sumie to mi się nie chcę. Dlatego, pierwszy etap trzeba przetrwać! Potem jest już łatwiej, bowiem drugi etap to już spływ kajakowy. Jak się dobrze w kajaku usadowić, to potem mamy przed sobą drogę jednokierunkową. To etap najlepszy, najmilszy, najrozkoszniejszy, bo gramy i przeżywamy perypetie naszego bohatera na nowo i chce nam się, i nas to kręci. Ten drugi etap to w Gothicu 2 czas w którym potrafimy już w miarę prosto trzymać miecz w łapskach, a nasze strzały nie latają gdzie im się żywnie spodoba. To taki czas, co trwa mniej więcej do końca czwartego rozdziału, do momentu ubicia smoków, bo kiedy gady z Khorinis gryzą już glebę, a Bezimienny jest takim chędogim rębajłą, albo przewspaniałym mistrzem magii że mucha nie siada, to jakoś zaczyna się stopniowo odechciewać. Wiecie, brak wyzwania, bo brak już stwora który mógłby wyrządzić nam jakąkolwiek krzywdę. Co więcej, wiemy już, że za chwil parę gra się skończy i motywacja siada, bo ile razy można przechodzić jedną i tę samą grę, co nie? I to jest właśnie etap trzeci, etap wykończenia, etap który bawi już mniej, który smuci, bo z którego końcem skończy się gra i nasze z nią obcowanie, a wiemy już, że minie wiele miesięcy zanim znów zechce się nam do niej wrócić. Etap trzeci jest podobny do etapu pierwszego, bo nie zawsze będziemy mieć tyle samozaparcia, by przezeń przebrnąć.gothic2_noc_kruka.153

To tyle w sumie. Tak oto wygląda konstrukcja mechaniki powrotów. Trzy etapy, z których te skrajne są prawdziwą próbą ognia. Trzy etapy, które decydują o tym czy i jak przetrwonimy kolejne godziny swojego krótkiego życia na grę, którą przechodziliśmy już dziesiątki razy. Ja już się z tym przegryzłem, ja już wiem jak sobie z tym radzić i wiem, że jeśli naprawdę chcę po raz kolejny dać się porwać uniwersum Gothica, to się daję mu porwać i nie marudzę jeśli trochę mnie znudzi. Taki jestem, a co! Nie pozwolę by przez swoją słabą wolę, bom jest człek mikrego ducha, obeszła mnie radość z zagrywania się w mój ulubiony tytuł.

A co z Wami? Jakie macie gry do których wracacie? No i jak do nich wracacie, etapowo czy nieetatowo? Jak wygląda Wasza własna, prywatna i osobista mechanika powrotów?

Przemek Jankowski