Zgadnijcie jak może wypaść film, do którego wstawimy zielonoskórą kosmitkę, osiłka, XXI-wieczną wersję Hana Solo, gadające drzewo i szopa wyposażonego w wielki karabin. Takie rzeczy, to tylko u Marvela, zapraszam do recenzji „Strażników Galaktyki”.

W ostatni weekend byłem w kinie na najnowszej części 2. fazy kinowego uniwersum Marvela, w skrócie MCU. James Gunn, pod czujnym okiem Kevina Feige, podjął się nie lada zadania. Musiał przenieść na srebrne ekrany nie tylko bohaterów słabo znanych nawet wielbicielom komiksów. W dodatku, trzeba w ciągu jednego filmu zrobić z nich drużynę, dobrać im przeciwników, a całość wpasować w szerszy obraz świata budowanego od sześciu lat. Wielu sądziło, że to nierealne i „Strażnicy…” nie będą cieszyli się miłością widzów. Nawet samo Marvel Studios zdawało się nie do końca pewne swego. Po ukończeniu produkcji pierwsze opinie z pokazów przedpremierowych wskazywały, że udało się nie tylko uchwycić klimat pierwowzoru, ale także stworzono jeden z najlepiej ocenianych blockbusterów 2014 roku. Tego filmu przegapić wręcz nie wypadało. To mogła być albo totalna porażka, albo genialne dzieło.

Zaczynając standardowo, od fabuły – trzeba Wam wiedzieć, że w Guardians of the Galaxy nie zaznacie Starka, nie zaznacie Thora, Kapitana Ameryki, ani nawet wszędobylskiego Agenta Coulsona. Mamy do czynienia z historią w innej części galaktyki. Historią grupy, którą skleciła sama opatrzność. Peter Quill – Ziemianin, porwany przez obcych w dzieciństwie, Gamora – zabójczyni na usługach Ronana, Drax – potężny osiłek o dość ciekawej psychice, Groot – chodzące drzewo, potrafiące wymówić tylko 3 wyrazy „I am Groot”. No i jest też wisienka na torcie – Rocket, gadający szop. Cała ta zbieranina spotyka się ze sobą właściwie przypadkiem. W epicentrum wydarzeń znajduje się Orb – tajemnicza kula, na którą chętnych jest kilku kupców. Quill aktualnie jest w jej posiadaniu, Gamora chce mu ją zabrać i sprzedać, Rocket i Groot chętnie oddaliby Star-Lorda (pod takim pseudonimem znany jest w galaktyce Peter) najemnikom, którzy wyznaczyli za niego spory okup. Gdzieś po drodze dołączy jeszcze Drax. Klimat wydarzeń i sposób prowadzenia fabuły przypomina mocno dawne kino lat 70tych i 80tych. Twórcy starali się w tym filmie zmieścić bardzo dużo aspektów, tym samym wzbogacając kosmiczną część MCU. Tempo akcji jest chwilami zawrotne i przy tym wręcz perfekcyjnie poukładane. Przez dwie godziny filmu było może z 5 minut, gdy się nudziłem. Co interesujące, jest to bodaj pierwszy w 2. fazie obraz z udanym finałem. Udało się Gunnowi wyeliminować wadę, jaką były słabsze końcówki poprzednich filmów Marvela i stworzył finał godny całej historii. Można oczywiście znaleźć kilka wad, niedociągnięć, kilka zmian w historii bohaterów w stosunku do pierwowzorów, lecz sęk w tym, że całość jest tak skonstruowana, że widz bawi się wyśmienicie przez 100% czasu i nie ma nawet chwili na jakieś niepotrzebne rozmyślanie nad sensem zdarzeń. W końcu to kino komiksowe. Poza samą konstrukcją scenariusza, najważniejszy jest tutaj humor. Jak przystało na produkcję z MCU – jest pełno gagów, zabawnych sytuacji i ciętych ripost. Jednak w filmie Jamesa Gunna zdawać by się mogło, że dostajemy ich potrójną ilość. Dosłownie miałem przez niemal cały seans uśmiech od ucha do ucha, dawno nie wychodziłem z kina w takim pozytywnym nastroju.

star-lord

Najsilniejszym punktem Guardians of the Galaxy są postaci. Peter Quill to dziecko lat 80tych. Jedyne co mu zostało z dzieciństwa na Ziemi, to miks piosenek na kasecie i stary, poczciwy walkman. Star-Lord, bo taki przyjął pseudonim, to klasyczny rzezimieszek pokroju Hana Solo. Co jakiś czas rzuci celną ripostą, co jakiś czas zbałamuci przygodną kosmitkę, a gdy trzeba to staje się liderem i potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Chris Pratt idealnie wpasował się w rolę. Zwiastuny właśnie stawiały wagę najbardziej na jego postać oraz szopa – Rocketa. Ten bowiem, jest wynikiem eksperymentów genetycznych. Cwaniak, jakich mało, zaprawiony przemytnik, który z wielu opresji wyszedł już obronną ręką. Bradley Cooper, podkładający głos, dokonał czegoś, co w tym biznesie potrafi chyba jeszcze tylko Andy Serkis. Tchnął ducha w bohatera całkowicie stworzonego w komputerze. Jego odzywki, celne riposty i dowcipy, to zasługa scenarzystów, lecz to właśnie Cooper dał Rocketowi duszę. Nie ma szopa bez Groota. Stwór z Planety X, to kolejna postać CGI. Tym razem Vin Diesel, który stał się głosem chodzącego drzewa, nie miał teoretycznie za dużo pracy. Właściwie jedną kwestię, powtarzaną bez przerwy. Ale jak on to, drodzy Państwo, zrobił! Każde zdanie „Enta” ma zupełnie inny ładunek emocjonalny i sprawia, że i tak widz podświadomie rozumie Groota tak, jak Han Solo Chewbaccę. Czas być może na przedstawienie pani. Gamora to zielonoskóra zabójczyni, której hart ducha i ciała widać na każdym kroku. A zwłaszcza w scenach walk, które swoją drogą mają świetną choreografię. Zoe Saldana, mimo dość trudnej roli, wycisnęła z niej co się tylko dało. Jej bohaterki naprawdę należy się bać! Tak samo, respekt wypada czuć przed Draxem. To wielkolud o prostym umyśle. Bałem się, że będzie takim drużynowym „tankiem”, osiłkiem bez charakteru. Bardziej nie mogłem się pomylić. Dave Bautista, wraz ze scenarzystami, wyciąga na wierzch rzeczy, których nigdy by się po Draxie Niszczycielu spodziewać nie dało. To chyba najbardziej pozytywne zaskoczenie jeśli chodzi o protagonistów.

Gorzej jest z tymi „złymi”. Ronan, funkcjonujący jako główny „villain”, jest typową taką postacią, żywcem wyjętą z filmu lat 80tych. Rzuca twarde i groźne teksty o zemście, śmierci i zniszczeniu. W mojej opinii mieści się to w konwencji, choć nie da się przeoczyć faktu, że scenarzyści wraz z odtwarzającym rolę Lee Pacem, mogli wyciągnąć z Accusera dużo więcej. Największy zawód sprawia Nebula, której „origin story” można było przeczytać w promocyjnym komiksie, wypuszczonym przed premierą filmu. Tak bogata i interesująca postać kobieca, a została w mojej opinii zmarnotrawiona.

guardians-knowhere

O efektach wizualnych mogę tylko powiedzieć, że są fenomenalne. Postaci drugoplanowe i organizacje, które się przewijają przez ekran, także lokacje, same sylwetki tytułowych „Strażników…” – wszystkie te elementy mają tak niesamowity i szczególny klimat, taki styl który od razu można rozpoznać. Widać, że niektóre tła są wprost żywcem przeniesione z artworków, a takie coś cenię sobie najbardziej. Duże brawa należą się za postać Rocketa, gdyż jego model jest naprawdę na wysokim poziomie! Posiada dość realistyczne futro i to, co najważniejsze – oczy. To właśnie one, poza aktorami, dają zawsze bytom z komputera życie. Nie poszedłem na seans 3D, gdyż produkcja ma tak ciemną paletę barw, że trójwymiar w systemie Dolby3D zniszczyłby całą przyjemność z oglądania. Powiem więcej, Guardians of the Galaxy jest trochę za ciemne nawet jak na 2D.

Co do soundtracku, to tylko dwa słowa, które dla mnie są synonimem geniuszu: Tyler Bates. Uwielbiam muzykę i dobór utworów w filmach, których dotknie się ten Pan. Jest jak Midas, wypada przypomnieć w tym momencie Watchmenów i Sucker Punch chociażby. Piosenka ze zwiastunów „Hooked on a Feeling” wcale nie jest najlepszą ze ścieżki dźwiękowej. Znalazłbym co najmniej dwa, może nawet trzy, równie genialnie wybrane kawałki. To kolejna lista utworów, która będzie mi towarzyszyć długie lata.

Podsumowując, Guardians of the Galaxy jest filmem bardzo dobrym. Nie tylko znakomicie bawi, posiada świetnie skonstruowaną fabułę i wreszcie finał godny całej historii. Również są postaci, które trudno było zaprezentować, gdyż są nowe dla wielu widzów, a jednak Twórcy sprawili, że da się pokochać Strażników od pierwszej do ostatniej. W recenzji na jednym z portali internetowych przeczytałem piękne sformułowanie, że „ten film zwraca nam część nas samych”. Zaiste, mnie zwrócił czystą radość z czasu spędzonego w kinie. Już dawno nie było dzieła, którego nie chciało mi się rozkładać na czynniki pierwsze, gdyż tak byłem nim zafascynowany. To chyba najlepsza produkcja, jaką w tym roku zobaczyłem. Nie twierdzę, że ten film nie ma wad. Ma ich troszkę – popsute postaci złoczyńców na przykład. Lecz te braki przysłaniane są geniuszem postaci, dialogów, muzyki i wspaniałych widoków. Brawa dla Marvela za tak odważną decyzję, która zwróciła im się z wielką nawiązką. Nie wiem jak wy, ale ja mam ochotę jeszcze raz pójść do kina.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej