Każdy z pewnością słyszał o czarnych dniach tygodnia. Black Friday to czas, gdy możemy upolować przeróżności na przecenach. Jednakże jest jeszcze czarny poniedziałek, czyli konkretny moment w historii – 19 października 1987 roku. Właśnie wtedy nastąpił jeden z największych krachów giełdowych po II wojnie światowej. Ekonomiści do teraz zastanawiają się nad przyczyną kryzysu. Ale po co sięgać po naukowe rozprawki? Wystarczy nowy serial HBO! „Black Monday” wyjaśni nam wszystko, a w pakiecie dorzuci żarciki i gagi.

“Black Monday” to jedna z pozycji HBO, która wzbudzała emocje już w momencie pierwszych zapowiedzi. Wielu niecierpliwców zaraz po sylwestrowym odliczaniu do północy, zaczęło odliczać dni do premiery pierwszego odcinka. W takim przypadku można się łatwo rozczarować, a każda, maleńka rysa w konstrukcji serialu urasta do rangi niewybaczalnego błędu przez hype. Twórcy serialu, Jordan Cahan i David Caspe, nie zawiedli, a co więcej: zachwycili.

Czarnoskóry Wilk z Wall Street

Głównym bohaterem jest ekscentryczny makler giełdowy Maurice Monroe (genialny od pierwszej minuty Don Cheadle!), dla którego sensem życia są “pieniądze i koks”. Tymczasem w poszukiwaniu pracy wyrusza Blair Pfaff, nieco ciapowaty pantoflarz. Dwóch bohaterów, skrajnie różnych, poznaje się w nietypowych okolicznościach. I właśnie to spotkanie będzie punktem wyjścia dla dalszej fabuły serialu.

pierwszym odcinku "Black Monday", serialu "Black Monday", serial HBO, emocje Black Monday, emocje Czarny Poniedziałek

Twórcy postarali się, by bohaterowie byli jak najbardziej wyraziści i pełnokrwiści. Maurice jest jak Jordan Belfort do potęgi entej. Blair Pfaff na przemian budzi w nas litość i zażenowanie. Można się zastanawiać, czy tak silnie zaakcentowane cechy nie sprawią, że w kolejnych odcinkach zamiast postaci ujrzymy karykatury. Jak na razie delikatne przerysowanie nie przeszkadza, a wręcz pomaga, podkreślając komediowy ton serialu.

Lata 80. widać, słychać i czuć 

Na plus zapisuję fantastyczne odwzorowanie epoki, w której rozgrywa się akcja. Lata osiemdziesiąte wychylają się ze sklepowych witryn, z nowojorskich ulic, z telewizyjnych reklam. I z naszych głośników: dobrze dobrana muzyka dodatkowo potęguje klimat eighties. Wszystko na każdym kroku krzyczy, kiedy i gdzie toczy się fabuła. Już nie wspominając o perfekcyjnie oddanym klimacie Wall Street: miejscu pełnym zgiełku, hałasu, adrenaliny i rywalizacji. To wszystko nie tylko widać, to nie tylko obrazek. To czuć, a te emocje przechodzą na widza niemalże bezwiednie.

Źle jest pisać opinię pełną ochów i achów. Każdy ma swoje gusta i guściki, więc przypuszczalnie wielu z Was nie zgodzi się z moimi zachwytami. I naprawdę, próbowałam doszukać się błędu, najdrobniejszego błędziku. Nie znalazłam nic, co mogłabym uczciwie wytknąć. Możliwe, że czyjeś bystre oko dostrzegło jakąś nieścisłość. Ale ja po prostu siedziałam rozluźniona na fotelu, jak to zawsze, gdy oglądam komedię. I bawiłam się świetnie, czego życzę wszystkim, którzy zdecydują się obejrzeć “Black Monday”.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!