Sequel Kapitana Ameryki nie był dla mnie najbardziej oczekiwanym filmem roku. Cóż, bardziej mylić się nie mogłem…Zanim rozpocznę, chciałbym przestrzec Czytelników przed spoilerami, które mogą się pojawić w poniższym tekście.

Przyznam, iż bardzo pozytywne recenzje filmu zmieniły trochę moją opinię i sprawiły, że nie mogłem się doczekać, kiedy będę mógł zobaczyć Kapitana Amerykę 2. Według wielu opinii ten epizod MCU (dla przypomnienia: Marvel Cinematic Universe) to swego rodzaju „game-changer”, wywracający porządek kinowego uniwersum. Czy rzeczywiście tak było i jaką tytułowy Zimowy Żołnierz odegrał w tym rolę, dowiecie się z poniższego tekstu.

Zacznijmy od fabuły. Akcja filmu na samym początku podąża za członkami SHIELD, którzy mają za zadanie odbić z rąk terrorystów zakładników z frachtowca „Lemurian Star”. Byłaby to rutynowa misja wspomnianej organizacji, gdyby nie fakt, że bierze w niej także udział Natasha Romanoff, a.k.a. Czarna Wdowa, oraz we własnej osobie….no nie zgadlibyście! Sam Kapitan Ameryka! Jak to w przypadku SHIELD zazwyczaj bywa, nic nie jest takim, jakim się wydaje i okazuje się, że misja ma również pewien podtekst – Wdowa musi po cichu skopiować dane ważne dla światowego ładu. Od tego momentu bardzo istotnym motorem napędowym całej historii zaczynają być właśnie tajemnice SHIELD oraz ich podział pomiędzy poszczególnych członków. Przez to wielu bohaterów nie ufa sobie nawzajem, a właśnie teraz potrzebują stabilizacji i zaufania najbardziej, gdyż dla całej organizacji przychodzi moment krytyczny. Wcale nie mija długi czas, gdy przy okazji tych ciężkich chwil poznajemy prawdziwego wroga, któremu Kapitan Ameryka i pomagające osoby muszą stawić czoła. Cóż, zdaję sobie sprawę, że taki opis fabuły jest niewystarczający ale rzeczywiście historia w sequelu Kapitana Ameryki jest pełna tak wielu różnych zwrotów akcji, smaczków, zaskakujących momentów, że szkoda mi byłoby to Wam odbierać, jeśli jednak lubicie spoilery to zapraszam do akapitu poniżej.

O fakcie, iż głównym wrogiem okazuje się być organizacja HYDRA, a zdrajcą jest postać Pierce’a, grana przez Roberta Redforda – wiedziałem z plotek przeczytanych w internecie od jakiegoś czasu. Nie sądziłem jednak, iż to dosłownie kropla w morzu. Jednym z głównych motorów napędowych fabuły jest śmierć Nicka Fury. Oczywiście, czego się trochę w trakcie seansu można było domyślać, potem okazała się być tylko akcją sfingowaną by uzyskać przewagę nad tajemniczymi wrogami. Samuela L. Jacksona na pewno więc zobaczymy jeszcze nie raz w tej roli. Dość zaskakującym okazał się też fakt, że wraz z końcem historii przedstawionej na ekranie – SHIELD jako organizacja przestaje istnieć! Wywołany przez HYDRĘ chaos i rozłam były tak olbrzymie, że sam się zastanawiam jak teraz zostanie to rozwiązane w dalszych produkcjach MCU. O tym, że Fury żyje wie tylko garstka zaufanych. Dodać należy do tego takie smaczki, jak powrót Arnima Zoli w formie programu komputerowego (jest to nawiązanie do komiksów), czy też – co stało się tradycją w filmach komiksowych – scenkę po napisach. Tym razem otrzymujemy dwie – jedna ukazuje Bucky’ego, który w muzeum dostrzega siebie wśród Howling Commandos na zdjęciach z II Wojny Światowej. Druga zaś, znacznie w mojej opinii ciekawsza, pokazuje jakiś ośrodek HYDRY, który zdaje się być na uboczu wydarzeń. W nim – Baron von Strucker oraz bliźnięta Quicksilver i Scarlett Witch. Cała trójka ma się pojawić w Avengers 2. W każdym razie, sami widzicie – nie da się za wiele powiedzieć o fabule, nie psując radości z jej doświadczania w sali kinowej.

 

Captain-America-The-Winter-Soldier-Sebastian-Stan

 

Podsumowując tę część recenzji, według mnie historia przedstawiona w Kapitanie Ameryce 2 miała dobre tempo. Sporo naprawdę fajnych zwrotów akcji oraz smaczków zagwarantowało, że generalnie się nie nudziłem. Trochę zaskoczył mnie relatywnie mały udział samego Zimowego Żołnierza, który okazał się być takim „plakatowym” złoczyńcą (analogicznie, jak Mandaryn w Iron Man 3). Jednym z mankamentów dla mnie był również, co też już staje się tradycją u Marvela, średniej jakości finał. W zasadzie, w porównaniu do trzymającego w napięciu środka, koniec filmu był taki typowo epicko-komiksowy: „KABOOM , ‚Murica… PEW PEW” i te sprawy. Troszkę się to gryzło z wcześniejszym, bardziej mrocznym oddźwiękiem historii. Ale też, żeby nie wprowadzić kogoś w błąd – sporo jest, jak to w produkcjach Marvela, humorystycznych wstawek i dobrych dialogów. Nie jest to może poziom Starka czy Thora, lecz i tak wypada dobrze.

Pod względem gry aktorskiej, muszę tu pochwalić Chrisa Evansa. Z harcerzyka, Kapitan Ameryka w końcu staje się mężczyzną. To zdecydowanie najlepszy występ dla tej postaci. No, do Starka i Thora – jak wspominałem – brakuje, ale Steve Rogers przestał być chłopcem od podawania ręczników. Fajnie wypadły sceny pokazujące, jak się zaaklimatyzował do naszych czasów, lecz wciąż pamięta o swoim „poprzednim” życiu. Zabrakło mi tutaj tylko większej ilości obiecywanych nam kiedyś scen z samym procesem aklimatyzacji. Mam tu głównie na myśli wycięte z ostatecznej wersji Avengers fragmenty z Kapitanem. Film stał się też pięknym pokazem dla trzech innych bohaterów. Przede wszystkim Czarna Wdowa! Scarlett Johansson z każdym filmem jest coraz piękniejsza i coraz lepsza. Ich dialogi z Rogersem są całkiem fajne, między obiema postaciami iskrzy i to się czuje, jest pewna koleżeńska chemia. A Natasha zasługuje na osobny spin-off. Nick Fury (w tej roli Samuel L. Jackson) w końcu dostaje więcej akcji. Poznajemy go również z dość zaskakującej strony (i w dość zaskakującym kamuflażu, lecz więcej nie zdradzę). Trzecią osobą musi być tytułowy Zimowy Żołnierz. Sebastian Stan stworzył prawdziwego ‚badassa’. Jego wątek świetnie spleciono z wojenną przeszłością i jednocześnie żywię nadzieje, że postać jeszcze powróci w kolejnych odsłonach – być może w zapowiedzianym już Kapitan Ameryka 3. Cała wspomniana czwórka aktorów dźwiga ten film na swoich barkach i robią to w dobrym stylu. Towarzyszy im sporo drugoplanowych postaci, lecz nikt się niczym nadzwyczajnym nie pochwalił (i Redforda też w to wliczam).

 

Best-Black-Widow-as-matchmaker

 

Czy muszę mówić, że technicznie rzecz biorąc – pod względem CGI, scenografii i efektów – ten film to typowy blockbuster na wysokim poziomie? No, chyba nie. Choć miał jedną, DUŻĄ wadę – obraz był za ciemny. Nie „za ciemny” = przyzwyczajasz się po 3 minutach, o nie…. „za ciemny” =  cholernie mało momentami widać. To bardzo spory błąd ze strony wytwórni, że tak to wypuścili. Chwilami też głębia 3D była zbyt mocno ustawiona, a montaż niestety czasem za szybki, oczywiście tradycyjnie w scenach akcji. Stąd, sumaryczna ocena nie może być najwyższa, bo rażące potknięcia były.

 

Tutaj błaganie do osób pracujących w kinach – GAŚCIE, PROSZĘ, ŚWIATŁO !! jak leci scenka w trakcie napisów, to się gasi światło a nie czeka nad nami z miotłą aż wyjdziemy. Scenki po napisach są nie od dziś i chyba dałoby radę tak gospodarować zasobami ludzkimi by sprzątać PO scenkach a nie w ich trakcie….Nie zrozumcie mnie źle – nikt nam nie przeszkadzał bezpośrednio ale światło mogło być spokojnie zgaszone, a było, najwyraźniej, zapalone dla personelu, który się szykował do sprzątania…

 

Podsumowując, na pewno warto było się wybrać do kina. Kapitan Ameryka 2 to rzeczywiście obraz który sporo namieszał w MCU. Na szczęście, bliżej mu poziomem do Thora 2 niż do Iron Mana 3. Nie da się powiedzieć, że to film o superbohaterze bez jego samego, bo Kapitan jest tu przez większą część filmu widoczny i ma sporo roboty. Mimo kilku wad, dobrze zagrane role oraz komiksowe smaczki i fajnie poprowadzona fabuła nagradzają je na tyle, bym wystawił notę 8/10.

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!