WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Muzycy, za którymi najbardziej tęsknię

Śmierć nie omija nawet tych najlepszych, czego co roku boleśnie dowiadujemy się na własnej skórze. Nasze wspomnienia powoli stają się jedynym miejscem, gdzie możemy spotkać niektórych członków naszej rodziny czy osoby nam bliskie, ale co z tego, skoro tak szybko zapominamy jak brzmiał ich głos. Muzyka jest medium o tyle wdzięcznym, że zachowuje dźwięk i ukazuje niesione przez niego emocje, dlatego odejście wirtuoza tej dziedziny wcale nie kładzie kresu na dalszym zachwycaniu się jego pracą, często wręcz przeciwnie – pośmiertnie świat zaczyna doceniać takie osoby. Kto więc zostawił nas na świecie jedynie ze swoimi piosenkami?

Moje upodobania w logiczny sposób pozbawią Was możliwości przeczytania tutaj o niewątpliwych tuzach, jakimi byli choćby Freddie Mercury czy Jim Morrison, a którzy jednak nie łapią się na moje codzienne playlisty. Nie wykluczam, że któregoś ponurego wieczoru zdecyduję się, aby dać im szansę, na którą niewątpliwie zasługują i po refleksji uznam, że powinni oni trafić między poniższych przedstawicieli, teraz jednak skupmy się na osobach, w których temacie twardo stoję na nogach.


 

think0110H---Think-Like-Jimi-Hendrix-4d43a08a-3e0d-4ad7-8ae6-55db7bd2821a

JIMI HENDRIX

Powiedzieć, że bez tego gościa obecna muzyka rockowa niewątpliwie nie wyglądałaby tak, jak wygląda obecnie, to nawet nie znaczy zaryzykować. Niby nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć przebiegu dziejów, pozbawiając ich istotnego czynnika, ale mogę Wam powiedzieć to – gitary nie brzmiałyby tak samo, rockowa psychodela nie byłaby tak popularna, a i może czarnoskórzy muzycy mieliby pod górkę. Nie bez powodu Hendrixa stawia się obok choćby Beatlesów czy Rolling Stonesów jako symbole rewolucji, która nastała w muzyce na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: różnicę zrobił jego sceniczny wizerunek (granie za pomocą zębów, bez patrzenia, za głową), świetny głos i gitara, która wywarła wpływ na całe pokolenia. Jego kariera wypaliła się jednak efektownie jak słoma: mocno i szybko, zastopowana przez nagłą śmierć, spowodowaną przedawkowaniem leków nasennych w wieku zaledwie dwudziestu ośmiu lat.

All Along The Watchtower, Hear My Train a Comin’, Voodoo Child*

Ronnie-James-Dio-II

RONNIE JAMES DIO

Dla równowagi – wspaniały wokalista, co nie znaczy, że nigdy w życiu nie ruszył żadnego instrumentu, wręcz przeciwnie: nauczył się grać na basie, gitarze, fortepianie, puzonie, saksofonie, dudach, bębnach i trąbce. Trzeba przyznać, że jest to wachlarz umiejętności, na podstawie którego można by stworzyć wspaniałą orkiestrę, dobrze się jednak stało, że Dio wolał zacumować w roku 1967 w bluesowym Elfie, by następnie wpaść w oko Blackmore’owi, który zaangażował go do autorskiego projektu pt. „Rainbow”. Stamtąd, pobawiwszy przez lat trzy, wypłynął na szerokie wody, jakimi była dla niego kariera w „Black Sabbath”, gdzie zastąpił legendarnego Ozzy’ego Osbourne’a – zdaniem jednych godnie, zdaniem innych – lepiej. Moja opinia usytuuje się gdzieś po środku tych dwóch biegunów i niezależnie od tego, czy uważam, że Ronnie James Dio wpasował się w dotychczasowy styl BS, jedno jest niepodważalne – ten facet miał głos, jakiego nie posiadł nikt inny. Moje absolutne wokalne top trzy, wielka szkoda, że przegrał walkę z rakiem żołądka.

Heaven&Hell, Neon Knights, Over and Over

5748_artist

DIMEBAG DARRELL

Niesamowity gitarzysta Pantery opuścił nas w roku 2004, kiedy to zszedł z ziemskiego padołu w iście metalowym stylu – zastrzelony przez psychopatę. Psychiczne problemy zamachowca pozbawiły nas fantastycznego muzyka i skazały na rzeczywistość, w której reaktywacja legendarnego zespołu jest wręcz niemożliwa. Po dziś dzień wielu próbuje odtworzyć jego niezwykle ciężki, ale i bardzo precyzyjny styl, ale osiągnąć wprawę Dimebaga jest wyjątkowo trudno – on sam pracował na to od nastoletnich czasów. Darrell jest też przykładem na istnienie w muzyce metalowej prawdziwie braterskich relacji, jakie łączyły go z Zakkiem Wylde. Obaj startowali w podobnym wieku, zarówno Dime jak i Zakk opanowali do perfekcji sztukę tworzenia nieprawdopodobnie skomplikowanych solówek. W teraźniejszości pozostały nam po nim jedynie zdjęcia, sygnowane gitary firmy Dean i masa genialnej muzyki.

Cowboys from Hell, Cemetary Gates, Hollow

layne-staley

LAYNE STALEY

Jedna z niewielu osób, która na mojej prywatnej liście najlepszych wokalistów wyprzedza wymienionego powyżej „Boga” z Black Sabbath – założyciel formacji Alice in Chains, która przez dekadę kreowała grunge. Ich piosenki często budowane były wokół prostych riffów, współistniejących z głębokim, przeszywającym wokalem Layne’a, który najczęściej śpiewał o swoich negatywnych, życiowych doświadczeniach, mających korzenie w nadużywaniu narkotyków. Zapewne spora ilość pieniędzy wpłynęła przez te wszystkie lata na konta członków zespołu, a nie miałoby to miejsca, gdyby nie inspiracja pochodząca z bólu, jakiego doświadczał. Jego działalność w Mad Season podczas krótkiego rozstania z macierzystym projektem również zasługuje na ogromne brawa, mimo tego, że jest ona znacznie mniej rozpoznawalna niż jego występy na „Dirt” czy „Jar of Flies”.

Wake Up, Queen of the Rodeo, Nutshell

Bon_scott

BON SCOTT

Kolejny na tej liście wokalista, tym razem odpowiedzialny za – moim zdaniem – najlepszy okres w historii AC/DC, czyli czasy przed rokiem 1980 (chociaż „Back in Black” jest fantastycznym albumem) pełne szaleństwa, animuszu, muzycznego zróżnicowania i legendarnych kompozycji. Brian Johnson, mimo charakterystycznego brzmienia (podobnego do Kaczora Donalda), które świetnie dopasowało się do reszty zespołu w początkowym okresie współpracy, na dalszych jej etapach nie wypadał już tak świetnie. Bon Scott miał wszystko – umięśnioną klatę, którą eksponował przy każdej możliwej okazji, organizm, która pozwalał mu na wchłanianie nieludzkich ilości alkoholu (przez długi czas), no i przede wszystkim – głos, za który pokochały go miliony.

Night Prowler, Walk All Over You, Highway to Hell

4cc1f289ea71d9ee55197190095ce2544c2fc0d6

RANDY RHOADS

Ozzy Osbourne miał nosa do wyszukiwania talentów i do takich niewątpliwie zaliczał się Randy Rhoads, kiedy w wieku dwudziestu trzech lat zapukał do drzwi, za którymi miało się odbyć jego przesłuchanie do zespołu Księcia Ciemności i zwyczajnie go oczarował. Zrobił to do tego stopnia, że Ozzy po zebraniu szczęki z podłogi powiedział pewnie coś w stylu „będę miał jeszcze wiele okazji, by cię posłuchać, bo masz tę robotę”. Ta złożyła się na dwa albumy, które razem stworzyli: „Blizzard of Ozz” i „Diary of a Madman” i naprawdę ciężko wybrać spomiędzy nich ten lepszy (skłaniałbym się jednak ku temu pierwszemu). Na „Zamieci” mamy przecież „Crazy Train”, „Goodbye to Romance”, „Steal Away” czy „Suicide Solution”, ale to „Pamiętnik” spłodził „Over The Mountain”, tytułowe „Diary of a Madman” czy „You Can’t Kill Rock and Roll”, a wszystko to zasługa Rhoadsa równie wielka, co wokalisty. Życia pozbawiły go wygłupy za sterami samolotu, gdyby jednak nie one, zapewniam Was, po dziś dzień czarowałby nas swoimi riffami i solówkami.

Crazy Train, Mr. Crowley, Goodbye to Romance

b05b190b6a60355a62f1

CLIFF BURTON

Na koniec zostawiłem sobie gościa, który wprost urodził się, aby grać dla Metallicy i umarł w trasie koncertowej – przygnieciony autobusem, który woził ich po Szwecji. Burton marnował się w zespole Trauma, dlatego też angaż do Metallicy przyjął z uśmiechem na ustach i szybko okazało się, że między ognistych Hetfielda czy Mustaine’a pasuje idealnie. Jego gitara basowa wyznaczała puls na trzech najlepszych albumach kapeli: „Kill ’em All”, „Ride the Lightning” i „Master of Puppets”, przy czym jest to określenie dosyć łagodne – ona, co jest dla tego instrumentu dosyć niebywałe, często zwyczajnie kradła show! Burton potrafił przemienić długi kawałek drewna, który do tej pory jedynie pogłębiał brzmienie utworu, w wykorzystywanego jak gitara prowadząca potwora, a potrzeba do tego umiejętności, które są obce dla wielu współczesnych basistów.

For Whom The Bell Tolls, Ride the Lightning, Orion

A Wy? Odejścia jakiego muzyka żałujecie najbardziej? Za kim Wam tęskno?

* – przy notce o każdym z muzyków postanowiłem podzielić się trzema kawałkami, z którymi zawsze będę ich kojarzył