W pierwszym wpisie poświęconym serialowi Black Monday zachwycałam się niemalże wszystkim. Czy z biegiem odcinków moje uczucia wobec produkcji Showtime uległy zmianie? W żadnym stopniu. Nadal bawię się świetnie, bo serial nie traci ani na jakości, ani na śmieszności. Wręcz przeciwnie – z każdym odcinkiem rozpędza się i przekracza kolejny poziom absurdu.  

Stężenie absurdu rośnie

Serial Black Monday ma w założeniu opowiedzieć na nowo historię krachu na giełdzie 19 października 1987 roku. Z każdym epizodem jesteśmy coraz bliżej Czarnego Poniedziałku, ale paradoksalnie przyczyny kryzysu nie stają się jaśniejsze. Twórcy, David Caspe i Jordan Cahan, starają się jak mogą, by widzom nie schodził uśmiech z twarzy ani na sekundę.  Co chwila dostajemy porcję nowych, zabawnych wydarzeń, graniczących z absurdem. Każdy z bohaterów musi radzić sobie na swój sposób z problemami, które przygotował dla nich los, giełda bądź życie osobiste. I co najlepsze, każdy zazwyczaj rozwiązuje napotkane kłopoty w sposób nieoczywisty powodując, że stężenie gagów i żartów sytuacyjnych rośnie.  

Król chaosu

Na ekranie panuje chaos – a głównym twórcą chaosu jest Maurice Monroe (Don Cheadle), makler giełdowy.  W pilocie zaprezentowany został jako nieugięty, charyzmatyczny, nieprzewidywalny, ekscentryczny bogacz z ambicjami ponad miarę i koksem pod nosem. Z czasem na jaw wychodzi wrażliwsza natura Mo, któremu jeszcze bije w środku serduszko. To stopniowe odkrywanie najskrytszych kart Monroe’a jest zabiegiem tyleż zabawnym, co pogłębiającym rysy postaci. Kontrasty zawsze śmieszą, ale w serialu komediowym łatwo przesadzić i grubymi konturami rozrysować karykatury zamiast bohaterów. W Black Monday udało się jednocześnie rozbawić widza i zapobiec spłyceniu postaci wykorzystując jeden trik – pokazując skrajne cechy Mo.  

Black Monday, odcinków Black Monday, odcinkiem Black Monday, Czarny Poniedziałek, Wrażenia Czarny poniedziałek, Czarnym Poniedziałku, emocje

Kolejną błyszczącą na ekranie postacią jest Dawn Darcy (Regina Hall), współpracownica Mo, równie nieustępliwa i jeszcze bardziej ambitna. Każda scena z Dawn błyszczy się jak złoto, co jest zasługą po części kunsztu aktorskiego, po części scenariuszowego geniuszu. Dawn potrafi zripostować każdego, wpada na najlepsze pomysły i potrafi pilnować swojego interesu, kiedy trzeba. W połączeniu z postaciami męskimi, których jedyną wyrazistą cechą jest obsesja pieniądza, Dawn wyróżnia się, przykuwa uwagę i skutecznie wprowadza element komediowy do serialu. A już sceny z Mauricem to majstersztyk humoru – trudno mi przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz słyszałam tak zabawne dialogi, rozpisane bez silenia się na zbędną błyskotliwość.   

Black Monday, odcinków Black Monday, odcinkiem Black Monday, Czarny Poniedziałek, Wrażenia Czarny poniedziałek, Czarnym Poniedziałku, emocje

Blair Pfaff (Andrew Rannells) przechodzi w kolejnym odcinkach przemianę – i jest to przemiana sztampowa, ale nadal humorystyczna. Zbyt szybkie tempo powoduje, że zmiany w zachowaniu nowicjusza stają się mało wiarygodne. Ale jesteśmy w stanie wybaczyć to uproszczenie widząc, do jak wielu komediowych sytuacji prowadzi właśnie niepozorny Blair. Na szczególną uwagę zasługuje odcinek czwarty: Rannels wspina się na wyżyny swoich umiejętności, by nadać swojemu bohaterowi wielowymiarowości w przedstawionym wątku. Oprócz głównej trójki aktorów mamy jeszcze kilka istotnych postaci – wnoszą one jednak tylko ożywienie i pozwalają odetchnąć choć na chwilę bohaterom pierwszoplanowym.  

We are the eighties!

Co więcej, serial Black Monday ogląda się przyjemnie nie tylko ze względu na komediowy charakter i dobre aktorstwo. Wspominałam poprzednio o tym, że lata 80. Wylewają się z ekranu. Podtrzymuję moje słowa – nie ma kadru, który nie krzyczałby na cały regulator: “We are the eighties, bitch!”. Oglądając Czarny Poniedziałek niemalże czujemy zapach wszędobylskiego lakieru, potu unoszącego się na giełdzie, narkotyków wciąganych, gdzie popadnie i seksu uprawianego z kim popadnie. Twórcy nabierają tempa i wrzucają jeszcze więcej klisz, by groteskowa fabuła szła w parze z groteskową formą. I – co może dziwić – wypada to nieziemsko dobrze.  

Będę polecać ten serial każdemu, kto lubi humor lekki, bazujący na absurdzie, grotesce i popkulturowych schematach. Black Monday nie chce być inteligentną komedią – chce śmieszyć, ale nie za cenę ośmieszenia się snobizmem. Warto oglądać właściwie dla wszystkich elementów. No, może z wyjątkiem fabuły – przecież i tak nie dowiemy się prawdy, kto stoi za krachem z 1987 roku. A jeśli myślałeś inaczej: cóż, wpadłeś w sidła brania wszystkiego na serio. Czarny Poniedziałek to jedna z tych rzeczy, które poważnie są niepoważne.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!