Kiedy kilka dni temu rakieta Antares eksplodowała kilka sekund po starcie, NASA mogła bardzo szybko przeanalizować całą sprawę i nawiązać kontakt ze wszystkimi swoimi pracownikami. Zaistniała sytuacja dała nam możliwość pewnego wglądu w sekrety agencji i uchyliła rąbek tajemnicy w kwestii procesów decyzyjnych, mających miejsce przy odpalaniu rakiet.

Na konferencji prasowej odbywającej się po nieudanym starcie, NASA poinformowała, że rakieta chwilę po starcie zaczęła zachowywać się chaotycznie, co doprowadziło do jej szybkiego zniszczenia. Zespół nadzorujący start zdecydował się”wyciągnąć wtyczkę” i dezaktywować rakietę, nim ta wzniesie się zbyt wysoko. Gdyby bowiem eksplozja miała miejsce wyżej, jej konsekwencje byłyby mniej przewidywalne, a ewentualne szkody jakie mogłaby poczynić, dalece poważniejsze. Kto jednak podjął decyzję o zniszczeniu rakiety i jakim sposobem był w stanie zrobić to tak szybko?

Otóż, jak podało National Geographic, przy każdym starcie nowej rakiety, dwóch pracowników przygląda się całemu procesowi z bliska. Nie monitorują oni startu z bezpiecznej odległości, nie obserwują wykresów na monitorach swoich komputerów, jak większość zespołu. Swoje obserwacje prowadzą bardziej bezpośrednio, tuż za startująca rakietą, przysłowiowym gołym okiem oceniając cały proces, od przygotowań, do rzeczywistego startu. W dobie superkomputerów noszonych przez nas w kieszeniach spodni, brzmi to może archaicznie, ale ma swoje solidne uzasadnienie. W ciągu kilku pierwszych sekund startu rakiety, kiedy ta znajduje się jeszcze blisko ziemi, zbyt wiele zmiennych zakłóca nowoczesne metody obserwacji. Drzewa i lokalna infrastruktura nie ułatwiają bowiem pracy radarów, czyniąc proces diagnostyczny niemal niemożliwym. Dlatego też, dwóch pracowników NASA ogląda każdy start zza danej rakiety, przez drewnianą ramę z przeprowadzonymi liniami, kablami wytyczającymi optymalny kąt startu. Kiedy dana rakieta odchyla się od założonej normy, kiedy wychyla się w którąś ze stron, przecinając wyznaczone linie, dwójka pracowników podejmuje decyzje o anulowaniu startu, po czym udaje się w bezpieczne miejsce.

Owszem brzmi archaicznie, niemniej daje do myślenia. Wszak, ile razy nam wszystkim zdarza się odwołać do najprostszych, sprawdzonych metod, jak użycie zwyczajnego kalkulatora, gdy zawodzi nas nasz kieszonkowy superkomputer, czy sięgnięcie po ołówek, kiedy nasz nasz nowoczesny długopis żelowy przestał działać? Nie wiem, jak Wam, ale mnie zdarza się przeprosić sprawdzone od lat rozwiązania i sięgnąć po staromodny pewnik. Jak widać, przykład idzie z góry.

Źródło: http://gizmodo.com/ Zdjęcie: AP Photo/NASA, Joel Kowsky

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!