WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja filmu Ant-Man

Do powstania „Ant-Mana” mogło nigdy nie dojść. Po tym jak reżyser oraz scenarzysta Edgar Wright pokłócił się z Marvelem o realizację filmu, dalsza produkcja stanęła pod znakiem zapytania. Jednak dla Marvela postać człowieka-mrówki stała się priorytetem. Korporacja zatrudniła mało znanego rzemieślnika sztuki reżyserskiej Peytona Reeda, a do przerobienia scenariusza zaproszono m.in. odgrywającego główną rolę Paula Rudda. Tak oto powstał kolejny film o superbohaterze stajni Marvela, powielający wszelkie błędy swoich poprzedników, ale pełnymi garściami czerpiąc ze wszystkich ich zalet.

Mimo, że Ant-Man nie jest „pierwszoligową” postacią Marvela, jak Iron Man czy Kapitan Ameryka, to nie oznacza to, że firma powinna rezygnować z tworzenia takich bardziej solowych filmów. Tym bardziej, że obraz kończy tzw 2. etap tego kinowego uniwersum – w następnym dostaniemy kilka kolejnych filmów z mniej znanymi superbohaterami. Dlatego „Ant-Mana” trzeba niejako traktować jako swoisty wstęp do kolejnej fazy, bo nie uświadczymy tu żadnego przełomowego zakończenia, tak jak w ostatnich „Avengersach”.

Screen-Shot-2015-04-13-at-10.04.28-AM

Solowy film wydaje się oczyszczający po kolejnych sequelach i zbiorowych produkcjach, których w ostatnich latach serwował nam Marvel. „Ant-Man” to nie tylko odmienione origin story (o tym za chwilę), ale również udane heist movie typu Ocean’s Eleven. Scott Lang (Paul Rudd) to profesjonalny złodziej o dobrym sercu. Nie uznaje przemocy, a zabiera tylko bogatym. Iście XXI-wieczny Robin Hood. Po kilkuletniej odsiadce, jego dawny kumpel z celi Luis (Michael Peña) namawia go na kolejny skok. Tym razem mają okraść sejf podstarzałego miliardera Hanka Pyma (Michael Douglas). Skok wydaje się prosty, a dzięki szybko zarobionym pieniądzom, Lang ma dostać szansę na częstsze widywanie się z córką. Podczas akcji nic nie idzie po myśli złodziei i Scott zostaje wplątany w intrygę, przez którą stanie do walki ramię w ramię z armią mrówek przeciw złemu szefowi korporacji – Darrenowi Crossowi (Corey Stoll).

Scenariusz zdecydowanie nie jest mocną stroną tej produkcji. Filmowi nie wychodzą na dobre wszystkie scenariuszowe zmiany, jakie zostały dokonane po wyrzuceniu Edgara Wrighta. Kilka wątków zmieniono (konflikt na linii Hank Pym-Darren Cross), inne dodano na siłę (relację między Pymem a jego córką Hope Van Dyne). Dodatkowo nie jest to zwykłe origin story z jakim mieliśmy do tej pory do czynienia. Szybko okazuje się, że Scott nie jest pierwszym Ant-Manem, ani nawet drugą osobą, która potrafi zmienić się do rozmiarów mrówki. Film nie wyjaśnia wprost jak doszło do powstania serum zmieniającego rozmiary czy samego kostiumu, chociaż widz może się wiele domyślać. Jest to też niejako puszczenie oka do fanów komiksów, którzy nie muszą po raz kolejny oglądać od początku historii genezy superbohatera, którego doskonale znają. Jest też druga strona medalu, czyli zbyt duża liczba wątków, często źle poprowadzonych, z koszmarnym i naiwnym rozwiązaniem (jak wspomniane wcześniej relacje ojca z córką), choć nie w każdym aspekcie – życie prywatne Langa wyszło na przykład całkiem wiarygodnie, ale to może zasługa uroczej Abby Ryder Fortson, wcielającej się w Cassie Lang.

Marvel's Ant-Man Luis (Michael Peña) Photo Credit: Zade Rosenthal © Marvel 2014

Jak mogliśmy się przekonać, Peyton Reed, to nie tylko wyrobnik na zlecenie Marvela, ale także komediowy artysta. To za jego sprawą, „Ant-Man” jest filmem zabawnym. Mam tu na myśli szczególnie sceny z Michaelem Peñą, którego zagmatwane opowieści doprowadzały do łez ze śmiechu całą salę. Jak się okazało, pomimo licznych zwiastunów, film potrafi zaskoczyć. Przede wszystkim moment, w którym tytułowy bohater musi wykraść pewien przedmiot z dawnej placówki Starka. Jak się później okazuje, Ant-Man spotka na swojej drodze dobrze znanego widzom starego znajomego. Takich różnych smaczków jest w filmie więcej. Znalazło się kilka odniesień do Avengersów, do których bez wątpienia w kolejnej części Scott Lang dołączy. Wiemy także, kiedy rozgrywa się akcja „Ant-Mana” względem „Avengers: Czas Ultrona”; a to dzięki zabawnemu dialogowi między Pymem a Langiem.

Na szczególną pochwałę zasługują sceny gdy główny bohater jest zminiaturyzowany. To nie tylko pomniejszenie bohatera, ale także spojrzenie na świat z jego perspektywy. Użyto tu tzw. praktycznych efektów specjalnych, które wyszły filmowi na dobre, bo zmagania zmniejszonego Ant-Mana ogląda się z ogromną przyjemnością. Szkoda jedynie, że sekwencja treningu bohatera została zamknięta zaledwie w kilku minutach, a większość czasu poświęcono na zapoznanie się z różnorakimi typami mrówek, z usług których Ant-Man korzysta w finałowej bitwie. Rozumiem, że jest to istotna wiedza do przyswojenia przez głównego bohatera, poznającego robaczy świat, ale dla widza jest ona zbyteczna. Wystarczyło mniej skupić się na zachowaniu realistyczności mrówek, a bardziej zróżnicować je kolorystycznie i można było to zamknąć w zaledwie kilkadziesiąt sekund. Z tym samym wiąże się kolejny minus filmu. Zazwyczaj nie narzekam na długość, ale „Ant-Manowi” przydałoby się dodatkowe 20-30 minut. Tempo w filmie jest zawrotne i miejscami ciężko połapać się co aktualnie dzieje się na ekranie. Być może ten problem rozwiąże Director’s Cut.

Ant-Man-Trailer-1-Photo-Paul-Rudd-Abs

Kolejnym problemem z którym boryka się film to słaby, żeby nie napisać stereotypowy, główny złoczyńca. Jego motywacje są prostackie, a scenariusz nie pozwala rozpędzić się w swojej roli Corey’owi Stoll’owi, który złym aktorem nie jest (znamy go chociażby ze świetnej kreacji kongresmena Paula Russo z serialu House of Cards). W „Ant-Manie” gra na jednej tonacji, tworząc postać nijaką. Jest to ogromny problem większości filmów Marvela, które nie potrafią wykreować ciekawych, niejednoznacznych antagonistów, którzy są po prostu słabszą kalką głównych bohaterów. Choć sam kombinezon Yellowjacketa robi o wiele większe wrażenie niż Ant-Mana, to niestety również sama finałowa walka nie potrafi dostarczyć spodziewanych emocji. Jest to poważny krok w tył w porównaniu do „Avengers: Czas Ultrona” czy „Kapitana Ameryki: Zimowego Żołnierza”.

Nie tylko Corey Stoll zawiódł na całej linii. Po raz kolejny najgorszą i najbardziej irytującą postacią w filmach Marvela okazuje się pierwszoplanowa postać kobieca. Evangeline Lilly jako Hope jest tragiczna. Reżyser albo nie miał pomysłu (albo nie chciał go mieć), bo nie potrafił zapanować nad manieryczną grą aktorki. Już sam wygląd jej postaci pozostawia wiele do życzenia. Typowa businesswoman z fryzurą à la Uma Thurman w „Pulp Fiction”, zwyczajnie nie pasuje do luźnego charakteru opowieści. Również Bobby Cannavale, łapiący się ostatnio zbyt wielu mało istotnych ról drugoplanowych, jako policjant oraz życiowy partner ex-żony Langa, wypada mizernie. Na szczęście na drugim biegunie jest wspomniany wcześniej Michael Peña, niezwykle luźno czujący się w roli Luisa, sympatycznego i nierozgarniętego złodziejaszka. Krytycy mieli sporo wątpliwości co do obsadzenia w głównej roli Paula Rudda, ale aktor znany przede wszystkim z komediowych produkcji Judda Apatowa, nie tylko zmienił się fizycznie, ale doskonale poniósł na swoich barkach tę rolę, stając się kolejnym po Chrisie Prattcie aktorem, mogącym pukać do wielkich bram Hollywood. Warto także wspomnieć o roli Michaela Douglasa, który ostatnio nie miał szczęścia do dobrych kreacji. Tym razem pokazuje on dawny pazur. Doskonałą robotę odwalili również charakteryzatorzy oraz spece od efektów specjalnych, świetnie odmładzając aktora do pierwszej sceny filmu.

„Ant-Man” nie jest tak odkrywczy jak „Strażnicy Galaktyki”, a i jakościowo nie broni się tak dobrze jak „Avengers: Czas Ultrona”, choć w obu produkcjach fabuła została zmarginalizowana do niezbędnego minimum. Tak jak drugi film o „Avengersach”, „Ant-Man” to czysta, niczym nieskrępowana rozrywka. Szczególnie cieszy fakt, że Marvel nadal potrafi nakręcić całkowicie solowy film o superbohaterze, będący ciekawą wariacją origin story. Po seansie z niecierpliwością czekam na kolejny, nawet gościnny występ Ant-Mana.