Różnica między datą premiery w Polsce i w pozostałych krajach świata sprawiła, że mój apetyt na Age of Ultron zaostrzył się, choć nie przypuszczałem, że jest to możliwe. Te kilkanaście dni, naszpikowane natykaniem się na zachwyty szczęśliwców z internetu, były wyjątkowo ciężkie, ale pora zresetować zegar i rozpocząć odliczanie do Civil War, bo Ultron już wylądował. I jest w formie.

(spoilery odnajdzie w artykule ktoś, kto nie oglądał żadnego zwiastuna, dwa konkretniejsze ukryłem, więc czytajcie w spokoju)

Zacznijmy od pewnej tezy: Joss Whedon doskonale wie, jak robić monumentalne komiksowe blockbustery, gromadzące bohaterów ze stronic przeróżnych dzieł w jednym miejscu. Przez lata obcowania z kinem science-fiction stał on się jednym z największych fachowców w tej dziedzinie i nic dziwnego, że to właśnie rękom Nowojorczyka powierzono wizerunek tak pierwszych, jak i drugich Mścicieli. Pomimo tego, że postawił on naprawdę solidny fundament do funkcjonowania całego kinowego (i zresztą już nie tylko, patrz: Daredevil) uniwersum, jego czas, jak zauważyli chyba wszyscy zainteresowani: on sam, fani i Marvel – przeminął. Uważam nawet, że nie byłby on w stanie poprawnie nakręcić trzecich Avengersów, jeżeli konsekwentnie realizowałby on swoją wizję tego kinowego celebrity deathmatchu.

Dobrze się więc stało, że za jakość przyszłych filmów będą odpowiedzialni bracia Russo, stojący za świetnym Zimowym Żołnierzem. Może nie jestem klasycznym targetem twórców filmów opartych na komiksach (ale ich fanem już na pewno), więc moja opinia może nie być miarodajna dla kogoś, kogo bawi coś zupełnie innego, ale momentami głowa potrafiła rozboleć od nagromadzenia walk, jakie widz miał (zazwyczaj) przyjemność oglądać na ekranie. Tych toczyło się sporo, bo mimo tego, że głównym złym w drugiej części Avengersów był tytułowy Ultron (o którym zaraz), nie zabrakło również pobocznych przeciwników w postaci Barona von Struckera czy bliźniaków Maximoff.

Ci, właściwie należeli do jednego z trzech głównych wątków Czasu Ultrona, zaraz obok wrogiej sztucznej inteligencji i relacji pana Bannera oraz pani Romanoff. Trzeba przyznać, że Aaron Taylor-Johnson oraz Elizabeth Olsen spisali się w swoich rolach lepiej niż poprawnie, choć można spekulować, czy Quicksilver został przedstawiony ciekawiej w ostatnich X-Menach. Niemniej jednak, zagwarantowali oni dzięki swoim efektownym umiejętnościom sporo zabawy na ekranie, jakby było jej do tej pory za mało.

Bo wraca przecież cała ferajna: Kapitan Ameryka, będący głównodowodzącym Avengers, Iron Man, który i tak guzik robi sobie z jego rozkazów, wspomniany wyżej Banner, czyli Hulk, Black Widow, Thor czy Hawkeye. Ten ostatni, Clint Burton, w końcu doczekał się swoich pięciu minut na ekranie, co na pewno ucieszyło fanów jego postaci, tym niemniej dla kogoś, kto obcuje z filmami Marvela od początku i miał okazję obserwować, jak potencjał historii byłego cyrkowca jest katastrofalnie zaprzepaszczany, nie zrobi to wrażenia. Dobrze jednak, że twórcy nie rezygnują z poszerzania wizerunków bohaterów, raz na jakiś czas przedstawiając jakieś tajemnicze fakty z ich przeszłości. Z czasem, do drużyny dołączają nowe twarze, wśród których jest po prostu fantastyczny Vision (brawo dla Paula Bettany’ego).

Avengers-Age-of-Ultron-Vision-promo-art

Cyborg ten jest niejako pochodną konfliktu z Ultronem, który na pewien czas ustawia Avengers wręcz wrogo wobec siebie. Wszystko to jest spowodowane indywidualną wizją ratowania świata autorstwa Tony’ego Starka, który decyduje się przeforsować ją bez wiedzy reszty zespołu. Wcześniejszą sielankę przerywa więc pojawienie się potwora, zrodzonego z ambitnego planu pyszałkowatego naukowca: Ultrona. Robot ten został stworzony z jednym zadaniem: aby chronić Ziemię i krótka analiza podpowiada mu, że nie będzie to możliwe, dopóki będą na niej Mściciele. Szybko okazuje się, że na niszczycielskim dążeniu do osiągnięcia swojego celu, zna się on jak na niczym innym.

James Spader z pomocą scenarzystów, stworzył jednego z najlepszych antagonistów, jakich Marvel miał nam zaszczyt przedstawić. Jest to pewny siebie i swoich celów, pałający głęboką nienawiścią do Starka stwór, bezwzględny, wydawałoby się nawet, że nieśmiertelny, bo jedną kopię zaraz zastępuje druga. Całe szczęście, nie jest to pierwsze wyzwanie, z jakim Avengersi muszą się zetrzeć, choć spraw nie ułatwią im problemy z panowaniem nad Hulkiem, które zajdą tak daleko, że aż trzeba będzie sięgnąć po cięższe środki.

Miłe wydają się być oczka puszczane do fanów, którzy dzięki śledzeniu komiksów wiedzą mniej więcej w jakim kierunku zmierza kinowe uniwersum. Pierwsze nawiązania do Wakandy budują więc tło pod rychłe przedstawienie historii Black Panther (na co z niecierpliwością czekam), narastająca nerwówka wewnątrz drużyny budzi skojarzenia z wojną domową, która ma przecież nadejść, a (spoiler związany z Hulkiem oraz sceną po napisach) końcowa scena z Hulkiem pozwala wierzyć, że może czekać go przyszłość poza Avengers (oby Planet Hulk, oby Planet Hulk). Klasycznie dla siebie Marvel zwiastuje również nadejście prawdopodobnie najtrudniejszego przeciwnika w historii dziarskiej grupy superbohaterów, a więc Thanosa, który dostaje kilka sekund w scenie po napisach.

I mimo tego, że preferuję bardziej zamknięte, prywatne historie z bardziej angażującą fabułą, a nie śledzenie ze ślinotokiem efektownych pojedynków (chociaż warto zanotować, że współpraca między Thorem i Rogersem układała się w ferworze walki kapitalnie), pojawiających się co dwie minuty, bawiłem się przednio i czuję się pobudzony przed Civil War, które – mam nadzieję – będzie jednak w końcu czymś innym. Obawiam się, że Avengersami, którzy w czasie swojej misji ratowania świata, równają z ziemią jego spory kawałek, już się trochę znudziłem.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!