O ile musiałem wyhodować sobie odpowiednią dozę zaufania wobec trybu dla pojedynczego gracza w Call of Duty: Black Ops III, wiedziałem, z czym będę się mierzyć w przypadku multiplayera. Nie spędziłem zbyt wiele czasu mierząc się z innymi internautami w ostatnich częściach serii, ale moje przygody z Modern Warfare odpowiednio przygotowały mnie do tego wyzwania. Czy się myliłem? Czy Activision, biorąc pod uwagę moją kilkuletnią przerwę zdołało mnie czymś zaszokować?

Nie, ponieważ parafrazując legendarny cytat: „Call of Duty (almost) never changes„. Miliony graczy, którzy zagrywają się w każdą odsłonę serii już pierwszego dnia po premierze, nie kupują jej po to, aby być zaszokowanym zupełnie nowymi zasadami i formułą, ale w celu szlifowania swoich umiejętności w czymś, co doskonale znają. Ci, którzy nie zakończyli swojej przygody z CoDem na przedwojennych odsłonach poczują się więc w Black Ops III jak w domu, choć Treyarch nie oszczędził tej odsłonie kilku istotnych zmian.

Najważniejszą z nich jest wprowadzenie dodatkowego podziału na klasy, skutkującego nie tylko ewolucją wyglądu naszych żołnierzy, ale i obdarowaniem ich pewnymi specjalnymi zdolnościami oraz wyposażeniem. Skryta pod nazwą „specjaliści” opcja pozwala nam wybrać kogoś z listy, na której znajduje się choćby Battery, Prophet czy Seraph, dysponujący kolejno granatnikiem miotającym odbijającymi się granatami wraz z pancerzem reaktywnym, bronią strzelającą ładunkami elektrycznymi i możliwość cofnięcia się do poprzedniej pozycji oraz potężnym rewolwerem lub mnożnikiem punktów. Każdy gracz musi więc podjąć dwie podstawowe decyzje – którego ze specjalistów wybiera (kolejnych można odblokowywać za walutę gry: żetony), a także który z dwóch atutów przyda się bardziej.

2015-11-12_00001

Reszta pozostaje już mniej lub bardziej niezmieniona: tworzymy swoje własne klasy, do których stopniowo odblokowujemy wyposażenie i perki, mając na uwadze ograniczone na nie miejsce. Często okazuje się więc, że ten dodatkowy granat nie będzie w stanie nam pomóc w trudnych chwilach, bo zamiast niego decydujemy się na ulepszenie do naszej broni. Arsenał w multiplayerze jest oczywiście zależny od tego, który został przedstawiony na łamach kampanii dla pojedynczego gracza, z tą jednak różnicą, że w multi spędza się zdecydowanie więcej godzin, toteż zwiększona rozmaitość byłaby tutaj wskazana. Istnieje jednakże sporo możliwości, np. jeżeli chodzi o zmianę malowania na naszym wyposażeniu, tak więc ci zwracający uwagę na estetykę będą zachwyceni.

Najwięcej od multiplayera Call of Duty: Black Ops III wymagałem w kwestii poruszania się, licząc, że wraz z hucznymi zapowiedziami i hasłami rzeczywiście zmieni się sposób, w jaki interpretowany jest nasz żołnierz na polu bitwy. Niestety, mimo wprowadzenia kilku efektownych ruchów rodem z Titanfall (choć miało to miejsce już w poprzedniej odsłonie serii, Advanced Warfare), system ten nie spisuje się tak dobrze, jak byśmy chcieli. Mapy wciąż oferują jedynie pozorną złożoność i wielopoziomowość – na zdecydowaną większość półek czy wzniesień zwyczajnie nie da się wejść, jeżeli nie przewidzieli tego twórcy. „Freerun”, będący niejako jednym z haseł promujących tę grę, ogranicza się więc właściwie do trzech zagrań: robienia wślizgów, biegania po ścianach i wzmocnionych, podwójnych skokach. Wszystko to spisuje się poprawnie i potrafi czasami uratować nam skórę czy ułatwić zaskoczenie przeciwnika z nieoczekiwanego miejsca, ale po kilku grach na tej samej mapie, niemal nic nie może nam już sprawdzić niespodzianki.

Kilka słów należy się również doborowi map, którymi Treyarch postanowił nas w tej odsłonie uraczyć. Jest ich dwanaście plus dodatkowa – NUK3TOWN, będąca wariacją na temat znanej już w serii lokacji. Ich liczba zwiększy się wraz z czterema DLC (szok) zapowiadanymi na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy. Na sześciu mapach występuje woda, nie będąca jedynie ozdobą, a drogą do zajścia naszych przeciwników od innej strony. Nurkując wciąż możemy walczyć, często ze zwiększoną efektywnością, gdyż przeciwnicy rzadko się tam nas spodziewają. Sam wizerunek lokacji jest należycie zróżnicowany: dostajemy całe spectrum różnych warunków pogodowych, rodzajów pokrycia otoczenia (czasem jest to beton, a czasem dżungla), czy różny stopień otwartości map. Nigdy jednakże nie dochodzi do sytuacji, kiedy musimy wytężać wzrok, aby upewnić się czy widzimy na swoim ekranie przeciwnika, toteż rola karabinów snajperskich została ograniczona. Pojawiają się jeszcze tacy, którym udaje się wykorzystywać tę broń nawet w zamkniętych przestrzeniach, które Black Ops III (jak i każde inne Call of Duty) nam serwuje, ale mam wrażenie, że z odsłony na odsłonę ich liczba spada. Szczególnie, że zawód snajpera nie należy do zbyt łatwych, zwłaszcza wtedy, gdy gra postanawia niemal za każdym razem zrzucać ci za plecami spawnujących się przeciwników.

2015-11-13_00001

To w dalszym ciągu jest jedna z bolączek Call of Duty: potrafię zaakceptować śmierć mojej postaci, spowodowaną przez błędy czy nieuwagę, ale kiedy za ścianą odradza się przeciwnik, który musi jedynie wyjść zza rogu by wpakować mi serię w plecy, aby poprawić swój wynik w meczu, mam poważny problem z nie rzucaniem obelgami podczas rozgrywki. Jest to o tyle niedorzeczne, że momentami było mi aż głupio, gdy na przykład w jednym z dwóch najczęściej wybieranych trybów – dominacji (drugi to rzecz jasna TDM), gra teleportowała mnie dosłownie aż pod sam, niepilnowany przez nikogo punkt. Jak wiele aspektów rozgrywki w Call of Duty, jest to chyba jednak kwestia preferencji gracza i charakterystyki samych multiplayerowych strzelanek – jeżeli przywykłeś do sprawiedliwych spawnów z FPSów o bardziej rozległym polu bitwy, Black Ops III wiele razy Cię pod tym względem zdenerwuje.

Nie pomyślcie jednak, że najnowsza odsłona tej serii przynosi więcej frustracji niż zabawy – pod tym względem nic się nie zmieniło. Miło również dostrzec, że z części na część Call of Duty zyskuje coraz bardziej charakterystyczny i rozległy tryb zombie, który jeszcze kilka lat temu był zaledwie interesującym dodatkiem do multiplayera, aby teraz stać się jego pełnoprawną odnogą. Akcja trybu z nieumarłymi przenosi nas do alternatywnych lat czterdziestych, gdzie wąskie ulice rozświetlają barowe neony, a wszędzie da się wychwycić klimatyczne zagrywki jazzowe. Czwórka naszych bohaterów nie trafia jednak do malowniczej metropolii, aby rozkoszować się klimatem ubiegłego stulecia, a w celu eksterminacji żądnych naszych mózgów zombiaków. Połączenie atmosfery filmów noir wraz z interesującym zarysem fabularnym sprawiają, że mogę sobie wyobrazić ludzi spędzających przy Shadows of Evil więcej czasu niż przy samym trybie dla wielu graczy.

Treyarch nie zdecydował się na żadne gigantyczne zmiany, co nie jest chyba dla nikogo niespodzianką. Formuła multiplayerowego Call of Duty sprawdza się od niemal dekady i ryzykowne byłyby próby ponownego nakreślenia zasad rozgrywki w tej kultowej serii. Black Ops III całościowo sprawił, że choć corocznego kupowania czegokolwiek, co wyjdzie spod szyldu CoD nie zrozumiem, to pojedyncze odsłony jednej z największych marek świata gier wideo potrafią bawić nawet takich sceptyków jak ja.

[grafika: charlieintel.com]

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej