Kiedy dotarło do mnie, że od pół godziny przeglądam materiały promocyjne dotyczące nowego Call of Duty, a więc przedstawiciela serii, którą przez większość czasu jej istnienia otwarcie gardziłem, zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku.

 

Jestem bowiem jednym z tych ludzi, którzy ze łzą wzruszenia wspominają niemal wszystkie części aż do Modern Warfare 2, po której Call of Duty na dobrą sprawę przestało dla mnie istnieć (z obowiązku udało mi się jednak ograć kilka nowszych CoDów). Seria wbrew opinii wiernych fanów obrała wtedy kierunek znacznie bardziej oderwany od rzeczywistości, nie tylko biorąc pod uwagę przedział czasowy, w którym umiejscowiona jest akcja tych nowszych odsłon, ale i ich atmosferę. Ciężko jest mi przysiadać do kampanii dla pojedynczego gracza w jakimkolwiek Call of Duty wydanym po roku 2010 i traktować to poważnie. Wiem jedynie, że dostanę kolejny zlepek bohaterów, których cechy wybierane są z tego samego worka od zarania wojennych FPS-ów, czuję w powietrzu nadejście wątku fabularnego tak absurdalnego, że najczęściej będę kwitował go parsknięciami śmiechu, a rozgrywka nie wniesie nic świeżego. I wiecie co? Z tą świadomością, wciąż podchodziłem do Black Ops III niezwykle (co niezrozumiałe dla mnie) optymistycznie. Może po tych wszystkich latach udało mi się zaakceptować tę serię taką, jaka jest, a nie jaką ja chciałbym, żeby była? Z tym nastawieniem uznałem, że spróbuję podpisać rozejm z Call of Duty, a moim nadrzędnym zadaniem będzie się po prostu dobrze bawić. Okazało się, że jest to wykonalne nawet bez uruchamiania multiplayera.

2015-11-08_00002

Kampania dla pojedynczego gracza przenosi nas w rok 2065, z pewnością nie będący złotym dla naszej cywilizacji. Świat jest zrujnowany przez liczne katastrofy, związane z klimatem, technologią czy konfliktami zbrojnymi. Wizerunek bohatera, w którego miałem przyjemność się wcielić, prawdopodobnie ulegnie w mojej głowie samozniszczeniu w ciągu najbliższych kilku tygodni, bo jest on (lub ona) raczej mało interesującą postacią. Chciałbym powiedzieć, że Treyarch zaprezentował zupełnie inny poziom, jeśli chodzi o psychologiczną kreację reszty naszego zespołu, ale nie mam żadnych podstaw, aby Was okłamywać.

Dostajemy więc stereotypowy zlepek twardzieli w mundurach, którzy zostali zesłani na świat z głosem szorstkim jak trzydniowy zarost i surowym jak tatar. Jedyne, co wyróżnia ich od typowego żołdaka jest to, że w głowie obok niewielkiego mózgu można znaleźć coś innego – cybernetyczny wszczep. Jego zadaniem nie jest podpowiadanie żołnierzom haseł do krzyżówek, jak łatwo się domyślić, ale wzmocnienie ich wydajności na polu bitwy. Gwarantuje on trzy drzewka umiejętności, dające nam przewagę na polu bitwy, które możemy często – nawet w trakcie misji – wymieniać. Na nasz sygnał czeka na przykład rój dronów zdolnych do oślepienia przeciwników, zdalne hakowanie elektronicznych urządzeń czy eliminowanie przeciwników subtelnym ruchem dłoni, co sprawia, że czasem możemy poczuć się jak sam Darth Vader.

2015-11-08_00003

Dorzućcie do tego całkiem imponujący arsenał, składający się z wszelkiej maści dowolnie ulepszanych karabinów szturmowych, SMG, wyrzutni rakiet i innych wybuchowych jej wariacji, snajperek czy pistoletów, a także zwiększoną mobilność naszego wojaka i zabawa zaczyna nabierać rumieńców. Strzelać przychodzi nam się na różnych dystansach (o czym jesteśmy uprzedzani w bazie dowodzenia, odwiedzanej przez nas przed każdą misją), warunkowanych rzecz jasna przez rodzaj i położenie lokacji, jakie uda nam się odwiedzić. Treyarch w cenę gry wlicza więc wycieczkę do północnej Afryki, Zurychu, a także Singapuru i ciężko wyróżnić z tych miejsc jakieś przeciętne. Obawiam się, że zapierających dech w piersiach momentów godnych zapamiętania było w tej kampanii niewiele, a startu do (czas na obowiązkowy element każdej recenzji każdej części Call of Duty wydanej po Modern Warfare) legendarnego Czarnobyla nie zanotowano, ale czasem zdarzyło mi się zatrzymać na moment i zwyczajnie podziwiać.

Było to jednak bardzo trudne, bo jak pewnie się spodziewaliście, Black Ops III nie należy do FPS-owych szachów, a tempo rozgrywki pędzi tutaj standardowo na łeb na szyję. Możecie wypisać sobie na kartce zdarzenia, których spodziewacie się po Call of Duty i gwarantuję każdej osobie zaznajomionej z serią co najmniej 50% skuteczności. Są więc szalone pościgi, tak piesze jak i samochodowe, walki z przerośniętymi maszynami-bossami, ba, udało się wcisnąć nawet drobny wątek miłosny. Jako fan skradanek muszę zaznaczyć, że zabrakło mi jakiegoś wolniejszego etapu, na przykład snajperskiego, bo prędzej czy później (zazwyczaj prędzej) wszystkie spotkania z przeciwnikami sprowadzały się do regularnych wymian ognia.

2015-11-09_00001

Jest jednak pewna cecha, przez którą może dla Black Ops III znajdzie się jakieś ciasne miejsce w odmętach mojej pamięci. Chodzi bowiem o to, że wątek fabularny momentami (szczególnie końcowymi) próbuje być reprezentantem czegoś więcej, niż tylko standardowej głupkowatości Call of Duty (developerzy pozazdrościli Spec Ops: The Line?). Ile razy zdarzyło Wam się chociaż chwilę zastanowić nad zakończeniem którejkolwiek odsłony tej serii, a nie jedynie przewinąć creditsy i odpalić tryb dla wielu graczy? W przypadku Black Ops III jest to naprawdę realna perspektywa i choć momentami męczyła mnie ta bardziej surrealistyczna strona gry (stwierdzenie, którego nigdy nie spodziewałbym się napisać w recenzji Call of Duty), nie mogę nie pochwalić Treyarcha za próbowanie czegoś nowego. Tego przecież od zawsze wymagałem od tej niegdyś pokochanej przeze mnie serii.

Plus należy się również za oprawę wizualną, która przy wybraniu najwyższych opcji graficznych potrafiła zrobić wrażenie. Silnik fizyczny zatrzymał się jednak w rozwoju piętnaście lat temu, przez co nie ma mowy o oczekiwaniu od przeciwników, przykładowo, przewrócenia się po strzeleniu im w nogę, czy też rozbicia się szkła, którego kruchości twórcy akurat nie przewidzieli. Zestawienie realizmu zachowań przeciwników w takim F.E.A.R.-ze z BOIII powinno dać Activison do myślenia na temat tego, co powinno być najbliższą inwestycją firmy. Dźwiękowo nowe Call of Duty wypada solidnie, choć myślę, że nikt by się nie obraził, gdyby broń miała nieco bardziej wyrazistego kopa pod tym względem, a także gdyby w czasie wojaży przygrywała nam większa ilość muzyki.

2015-11-08_00001

Z racji tego, że kampania dla pojedynczego gracza jest autonomicznym elementem względem rozgrywki multiplayerowej, postanowiliśmy podzielić ocenę Call of Duty: Black Ops III na dwie części. Słowem podsumowania powiem więc, że Treyarch naprawdę nie ma się czego wstydzić: firma dostarczyła trwający około 7-9 godzin zbiór efektownych, utrzymanych w kanonie i pod pewnymi względami wybijających się misji, co do których nie ma się wątpliwości, w jakiego FPS-a akurat gramy. Biorąc pod uwagę, że to tryb dla wielu graczy jest zazwyczaj najmocniejszą stroną serii Call of Duty, wygląda na to, że całościowo dostaniemy co najmniej bardzo dobry produkt (o ile oczywiście firmie uda się wyeliminować wszystkie optymalizacyjne bugi, które skutecznie popsuły zabawę całej rzeszy graczy).

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej