WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja gry Civilization: Beyond Earth

Wobec najnowszej odsłony uwielbianej przeze mnie serii Civilization miałem iście kosmiczne oczekiwania, bo musiała mi ona zaoferować na tyle dużo, aby odciągnąć mnie od „piątki”, do której wciąż powracam. Tegoroczna część miała być alternatywą dla dobrze już znanych ziem i frakcji z poprzedniczek, przenosząc nas tam, gdzie seria do tej pory nie sięgała – do kosmosu. Grunt ten, na którym pewną pozycję mają nieco inne gry strategiczne, wydawał się wcale nie tak trudny do zdobycia, biorąc pod uwagę doświadczenie Firaxis Games przy tworzeniu kultowego Alpha Centauri, którego dziedzictwo Beyond Earth miało udźwignąć. Czy udało się nie przynieść wstydu legendzie sprzed piętnastu lat?

Do tej pory w klasycznych odsłonach serii Civilization rozgrywka zazwyczaj kończyła się w momencie, w którym rozpoczyna się ona w wypadku Beyond Earth. Mówimy więc o doprowadzeniu do takiego zaawansowania naszej cywilizacji, że ta jest zdolna do wysyłania misji kolonizacyjnych daleko w przestworza. Początek różni się jednak znacznie od tego, do czego przyzwyczaili się choćby fani części piątej – nie dostajemy tutaj jasnego podziału na państwa, a zamiast nich pojawiają się swego rodzaju koalicje, są więc przedstawiciele państw słowiańskich czy Azjaci. Obowiązkowo, każda z frakcji wyróżnia się bonusem do jakichś działań, więc w jasny sposób jedni predysponowani są do rozwoju kultury, inni z kolei postawią na handel. Następnie wybieramy jeszcze statek kosmiczny, czyli niejako pakiet bonusowy – mogą nim być na przykład dodatkowe punkty energii (waluty), z którymi lądujemy na naszym nowym domu i jesteśmy już gotowi, aby rozpocząć osadnictwo.

2014-11-27_00004

Pierwszy rzut oka na planszę pokrytą znajomymi heksami może wywołać uczucie deja vu – wszystko wygląda znajomo, łącznie z interfejsem, który przebył jednak mały lifting. Czynności, od jakich należy zacząć swoją przygodę na obcej planecie są niemal takie same, jak w przypadku Civilization 5 – zakładamy naszą osadę w jakimś korzystnym położeniu, zajmujemy się jej rozwojem, wskazując które budynki chcemy wybudować w pierwszej kolejności i w jaki sposób mamy zamiar rozwijać przestrzeń wokół naszego miasta. Pierwsze różnice pojawiają się jednak przy kontakcie z kosmicznymi odpowiednikami barbarzyńców, a więc rdzennymi mieszkańcami planety, na którą przybyliśmy. Wśród nich wyróżnia się znacznie więcej niż jeden rodzaj maszkar, z których każda ma swoją charakterystykę, niektóre z nich będą będą małym zagrożeniem dla naszego państewka, ale inne potrafią je doszczętnie zrujnować.

Z obcymi wiąże się jeszcze jedna spora nowość Civilization: Beyond Earthdoktryny. W skrócie można je opisać jako grupę nastawień, jakie nasze populacja może przyjąć względem obcych z planety, na której postanowiliśmy się osiedlić. Mamy więc harmonię, czystość i supremację, z których pierwsza skupia się na adaptacji, połączeniu rasy ludzkiej z kosmitami, druga z kolei wyróżnia człowieka jako jednostkę nadrzędną, podkreślając istotę jego odosobnienia od innych stworzeń, zaś supremacja wydaje się być najbardziej radykalną formą dominacji nad innymi mieszkańcami globu. Wybór, który podejmujemy wraz z rozwojem odpowiednich technologii (o których za chwilę) wpływa później na nasz postęp w danych dziedzinach, wygląd i wybór jednostek oraz możliwość wybudowania unikalnych placówek. W teorii rozwiązanie to rysuje się jako zdecydowanie najbardziej różnicujące rozgrywkę w najnowszym Civilization, praktyka jest jednak taka, że między wyznającymi różne doktryny istnieje zdecydowanie zbyt mało różnic. Pomimo odmiennego wyglądu i nazwy, zazwyczaj można wyróżnić jednostki o identycznym przeznaczeniu i parametrach dla każdej z doktryn. Pewnie – kontrowersyjnym byłoby również niezbalansowanie frakcji, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że z tego światopoglądowego mechanizmu można było wycisnąć znacznie więcej.

2014-11-27_00005

To zdanie jest właściwie kluczem do oceny wszystkich rozwiązań zaimplementowanych w Beyond Earthjest stabilnie, ale bez szaleństw, a wiele z tych, które były nam już znane z Civ5 nie zostały w żaden sposób poprawione czy rozbudowane (jak choćby ekonomia czy rozwój miast). Wciąż opiera się to na dobrze znanych schematach, więc ktoś, kto pozjadał zęby na poprzednich odsłonach nie będzie zaskoczony prawdopodobnie niczym, co pojawiło się w szóstej części. Drobnym zaskoczeniem może być drzewko rozwoju technologii, które wygląda jak żywcem pobrane z Endless Space, co wcale nie ma być traktowane jako akt krytyki. W tej odsłonie podoba mi się ono znacznie bardziej niż to z Civilization 5, które przerasta przede wszystkim pod względem klarowności.

Dyplomacja również drgnęła co najwyżej o milimetr – główną nowością w wypadku Beyond Earth jest mechanizm „przysług”, które są jedynie nową walutą, obok surowców, pieniędzy czy miast. Przysługę możemy zdobyć, dając coś naszemu sojusznikowi za darmo i później wykorzystamy ją, kiedy będziemy chcieli odkupić od niego jakieś dobro po taniości. Nie sposób oceniać tego dodatku jako negatywny, ale ciężko również nie odnieść wrażenia, że powinno to istnieć już w „piątce”. Dyplomacja dalej pozostaje nieźle ograniczona, a dogadywanie się ze sztuczną inteligencją wyjątkowo problematyczne, kiedy pragniemy osiągnąć coś więcej niż wymianę towarów. Nasi komputerowi koledzy również pozostają zabawnie nieporadni w niektórych „naziemnych” sytuacjach, lecz ciężko jest mi się doszukiwać jakiejś nadmiernej głupoty w ich działaniach – pewnego poziomu już się pod tym względem nie przeskoczy, a ten, któremu mało wrażeń w rozgrywce z komputerem szybko przerzuci się na wojenkę z ludzkimi przeciwnikami.

2014-11-27_00006

Z mniej istotnych dla przebiegu rozgrywki nowinek warto wymienić istnienie satelitów, niejako uruchamiających inną warstwę mapy – tę powietrzną, ponad-planetarną. Ich obecność również w niewielkim stopniu przeważa szalę zwycięstwa na czyjąś stronę, ot, orbitery generują pewne terenowe bonusy, pożyteczne, ale często niezauważalne. Równie wielką uwagę poświęcałem okazjonalnym misjom pobocznym, znowu przynoszących na myśl Endless Space, w których należało podjąć jakąś decyzję bądź proste działania, co przynosiło nam równie niewielkie korzyści/straty. To nie tak, że nie doceniam faktu zróżnicowania sfery działań w Civilization, wprowadzania dodatkowego elementu fabularnego, ale największym problemem Beyond Earth jest to, że zmiany, jakie nadeszły z tą odsłoną swoją rangą nasuwają na myśl raczej rozbudowany dodatek, a nie pełnoprawną odsłonę.

Civilization 5 jest grą, która wizualnie wykształciła sobie wyjątkowy, uniwersalny styl (niczym World of Warcraft), który mimo upływu lat kompletnie się nie starzeje. Beyond Earth oparte jest o tę samą technologię, wspomaganą nowymi modelami i teksturami, więc siłą rzeczy również zamyka się w powyższej definicji – o oprawie audiowizualnej nie można powiedzieć złego słowa. Jak już jednak zauważyliście, nie mam tak pozytywnej opinii o zmianach, które zaszły na całej reszcie płaszczyzn – nie oznacza to w żadnym wypadku, że dostaliśmy grę złą. Powiedziałbym nawet, że jest ona idealna jako zapychacz czasu w okresie przejściowym między „piątką” a niewątpliwie nadchodzącą „szóstką”, na pewno również zachwyci kogoś, kto nigdy z serią nie miał kontaktu. Fani Cywilizacji również będą się z nią świetnie bawić, ale istnieje całkiem wysokie prawdopodobieństwo, że płomień ich zainteresowanie zgaśnie równie szybko, co rozbłysk startującej rakiety i wrócicie, tak jak ja, do podbijania wszechświata przy pomocy Mahatmy Gandhiego.