O śmierci gier przygodowych od dawna mówi się hucznie, lecz ciężko zauważyć, żeby ta pesymistyczna wizja się ziściła. Faktycznie, tytułów tego typu jest mniej niż dawniej, ale wydaje się że gatunek nie tyle,co umiera śmiercią tragiczną, lecz raczej przeżywa swoistą przemianę wizerunku. I właśnie jednym z dowodów na tę przemianę jest Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today.

Każdy mówiąc „przygodówka”, ma na myśli produkcje w stylu Monkey Island czy Maniac Mansion – wesołe, luźne opowieści wypchane masą komicznych, ale już niekoniecznie logicznych zagadek. W końcu klasyczni reprezentanci tego gatunku utrzymani byli właśnie w takiej stylistyce. Czasy oczywiście się zmieniły. Teraz gracze oprócz dobrych historii czy oprawy audiowizualnej oczekują też wciągającej rozgrywki, w tym oczywiście masy wartkiej akcji, a nie prostego klikania po ekranie w celu znalezienia brakującego przedmiotu. Dlatego też point and clicki wyparte zostały z głównego nurtu i poszły w zupełnie innym kierunku. Zamiast typowo komediowych opowieści, zaczęły oferować krótkie, ale wstrząsające doświadczenia, które dostarczane nam są przez nietypową stylistykę i skłaniającą do refleksji (często typowo filozoficznych) fabułę. Wydaje się, że gry przygodowe chcą być od teraz dziełami sztuki i ta myśl krąży mi po głowie od momentu, kiedy zacząłem grać w Tormentum: Dark Sorrow (którego recenzję napisałem jakiś czas temu). Dziś ta sama myśl wraca niczym bumerang przy okazji ogrywania Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today, które stało się dla mnie najbardziej ponurą grą na przełomie kilku ostatnich lat. A przy okazji jednym z tych tytułów, który śmiało wrzuciłbym w program nauczania w szkole ponadgimnazjalnej zamiast kolejnej lektury.

Opowieść rozpoczyna się w momencie, gdy nasz bohater o imieniu Michael budzi się ze śpiączki w przyczepie kempingowej. Nie dość, że (dosyć klasycznie) stracił pamięć to w dodatku świat dookoła dosłownie stanął na głowie. Tajemnicza eksplozja nazwana Wielką Falą wstrząsnęła całą Ziemią, niszcząc cały dorobek naszej cywilizacji. Budynki leżą w ruinach, świat stał się jednym wielkim pustkowiem, nie ma już czegoś takiego jak państwo, a nad zaistniałą sytuacją próbuje panować wojsko. Nic nie wydaje się tu być bezpieczne, nikomu nie można ufać, a uczucie niechybnie zbliżającej się śmierci daje się we znaki.2015-10-01_00001

Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today po prostu przytłacza gracza klimatem świata. Przyznam szczerze, że nigdy w życiu nie widziałem w grach wideo tak realistycznej, postapokaliptycznej wizji naszej planety. Spędziłem mnóstwo godzin w uniwersum takich tytułów jak Stalker czy Fallout, ale obu brakowało tego elementu, który sprawiał, że na myśl o zagładzie świata mamy pełne portki. Fallout wydawał się za bardzo kolorowy, przesączony amerykańską, wesołą popkulturą. Stalker wydawał się już bardziej wiarygodny, ale całkowicie pomijał kwestię cywilów oraz ich sposobu na przeżycie. W Zonie dosłownie każdy biegał z giwerą i chciał zabić naszego bohatera. W Dead Synchronicity czujemy się zaś po prostu jak jedna z setek osób, dla których śmierć jest tak samo obojętna jak życie. Woda pitna czy jedzenie to tutaj towar niezwykle cenny, a takie dobra jak elektryczność czy benzyna wydają się być czymś kompletnie niedostępnym dla zwykłych śmiertelników. „Domy” większości osób to konstrukcje składające się z kilku krzywo pozbijanych blach i desek, a ludzie w nich żyjący nie wystawiają z nich zanadto nosa chociażby, by specjalnie nie narazić się wojsku. Żołnierze bezlitośnie mordują niepodporządkowujących się prawu cywili… niezależnie od tego, czy jest to dziecko, czy wysoko postawiona osobistość. Gęsta, mroczna, chłodna oraz niesamowicie niesmaczna atmosfera wprost wylewa się z ekranu i to właśnie ona powoduje, że ten tytuł zapadnie mi w pamięci na długo.

Sama fabuła jest mocno nierówna. Ciężko nazwać ją jedną, spójną historią, a raczej zbiorem opowiadań różnych barwnych postaci, dla których Michael wraz ze swoimi przemyśleniami jest tłem. Zwykle mamy do czynienia z ludźmi, których psychika została kompletnie odmieniona przez Wielką Falę. Jedni korzystają z sytuacji i żerują na klęsce oraz biedocie innych ludzi, drudzy kreują w swojej głowie świat zupełnie odmienny od rzeczywistości, tylko po to by móc przeżyć w niej kolejny dzień. Z całej gry najbardziej w pamięć zapadła mi Rose – kobieta wyglądająca jak 20-latka z mentalnością 6-latki, którą dwóch oprychów wykorzystuje jako prostytutkę. Jej wątek, a raczej jej droga ku wolności została napisana w sposób, który naprawdę daje do myślenia. Nie chcę oczywiście psuć zabawy, ale wystarczy jak powiem, że narracja jest dziwnym miksem różnych wydarzeń. Jedne potrafią wzbudzić w nas wiele emocji (jak choćby scena, w której musimy uratować małe dzieci przed egzekucją), koło innych przechodzimy kompletnie obojętnie, często ziewając w momencie, gdy je obserwujemy. Chociażby sama historia Michaela jest mocno przewidywalna i najzwyczajniej w świecie nudna. Zaczyna się naprawdę nieźle i trzyma w napięciu do momentu odkrycia prawdziwej tożsamości naszego bohatera. Potem wszystko zwalnia, a fabuła nagle zaczyna skupiać się ni stąd ni zowąd na ratowaniu świata. Wydaje się przez to jakby twórcy nagle przestali mieć pomysł na opowieść i zmuszeni zostali dokleić wątki, które zdołają zachęcić graczy do zakupu drugiego rozdziału cyklu Dead Synchronicity. W końcu Tomorrow Comes Today jest tylko epizodem pierwszym i to w dodatku kończącym się potężnym cliffhangerem.

2015-10-01_00003

To, co jednak jest największą bolączką dzieła studia Fictiorama Studios to rozgrywka. Point and clicki charakteryzują się tym, że żeby jakoś urozmaicić graczu nudne przeklikiwanie planszy, twórcy implementują w nie jakieś zagadki, które starają się rozruszać szare komórki. To zwykle one stanowią główny trzon zabawy, poza eksploracją oraz zbieraniem przedmiotów. Po Dead Synchronicity spodziewałem się, że łamigłówki zmuszą mnie chociaż w lekkim stopniu do użycia mózgu… okazało się, że zmusiły mnie one jedynie do wyrywania włosów z głowy. Strasznie nie lubię, gdy przygodówka zmusza mnie do szukania przedmiotów po zakamarkach planszy, a potem każe bawić mi się z nimi w ciuciubabkę i łączyć je w nielogiczny sposób w celu uzyskania rozwiązania. Takich zagadek znajdziemy w tej grze nawet sporo i większość z nich w dodatku rzuca nas po wszystkich możliwych planszach, po których poruszanie się zajmuje sporo zbędnego czasu. Jak dla mnie rozgrywka i sposób jej prowadzenia to właśnie najgorsza bolączka tej gry.

Ktokolwiek był odpowiedzialny za oprawę audiowizualną Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today powinien dostać wszelkie możliwe nagrody za styl, design oraz jakość we wszystkich plebiscytach gier indie, abo produkcja ta może śmiało konkurować pod tym względem z największymi, wartymi miliony tytułami z branży. Wszystko co tutaj zobaczycie zostało od początku do końca narysowane przez ludzką rękę – od cudownych scenerii po animacje postaci, włącznie ze wszystkimi cutscenkami stylizowanymi na komiks. Nie jest to oczywiście kreska, którą będziecie mogli pokazać dzieciom, ale to właśnie ona odpowiada za budowanie nastroju całej gry. Rzadko można tu znaleźć cieplejsze barwy, to zaś jedynie potęguje postapokaliptyczną atmosferę. Ręcznie rysowane obiekty wyglądają dziwnie przepięknie, a niektóre scenerie śmiało rozwiesiłbym w jakimś domu kultury jako dzieło sztuki. Podobnym mianem można też zresztą określić oprawę dźwiękową, która pomimo stosunkowo małych kosztów produkcji robi świetne wrażenie. Ścieżka dźwiękowa jest subtelna, ale ma ten pazur grozy, a niektóre kawałki świetnie wpasowują się w akcję. To co spodobało mi się jednak najbardziej to głosy podłożone pod postacie. Aktorzy odpowiedzialni za dubbing odwalili kawał dobrej roboty i świetnie odegrali swoje role. Bez nich ciężko byłoby wyobrazić sobie niektóre osoby, co chyba świadczy o wysokim poziomie ścieżki audio. Tej przygodówki po prostu słucha się, a także ogląda ją z przyjemnością.

2015-10-01_00005

Tylko teraz na usta nasuwa się pytanie – skąd niby wniosek, że byłbym w stanie zamienić lekturę szkolną na właśnie tę produkcję? Grafika rodem z galerii sztuki, świetnie napisane postacie oraz dialogii, wciągająca fabuła (z kilkoma zgrzytnięciami), ale przede wszystkim klimat oraz boleśnie realistyczna wizja zagłady świata. Wszystko to wprost wstrząsa graczem i pozostawia go mocno zmieszanego. Fictiorama Studios po prostu bawi się naszymi emocjami i robi to w sposób godny pochwały. Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today każdy będzie w stanie zinterpretować na swój sposób, ale i tez każdy wyniesie z niej coś innego. To piękna przygodówka, która nie ustrzegła się kilku zgrzytów, ale jestem w stanie przymknąć na nie oko i szczerze polecić ten tytuł każdemu fanowi gatunku.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!