Rynek gier multiplayerowych został ostatnio zdominowany przez wojenne strzelanki w stylu Call of Duty czy Battlefielda i na pewno taka sytuacja utrzyma się jeszcze przez długi czas. Evolve miało być takim kołem ratunkowym dla znudzonych stagnacją graczy. Czy Turtle Rock Studios się to udało? I tak, i nie.

Nazwa Turtle Rock Studios na pewno nie jest znana wielu graczom, ale z pewnością ich większa część słyszała już  gdzieś nazwę lub grała w jedną z odsłon Left 4 Dead. Tak, to oni są jej twórcami i to oni, jako jedni z nielicznych na świecie, wiedzą jak zrobić dobry tytuł bazujący na trybie kooperacyjnym. Evolve to ich kolejny eksperyment, ale tym razem bez zombie w roli głównej. Zamiast tego „żółwie” wrzucają nas – drużynę łowców, na jedną mapę z gigantycznym potworem, sterowanym także przez gracza – i każą nam się po niej ganiać, by w ostateczności jedna strona zabiła drugą. Koncepcja rozgrywki brzmi fenomenalnie i autorzy samym pomysłem zagarnęli sobie serca wielu konsumentów. Ale czasami sama idea nie wystarcza, trzeba jej dodać jeszcze głębi, o tym zaś pochodzący z Ameryki producenci zapomnieli. Zatem czego zabrakło?

O historii słów kilka… czekaj, jakiej historii?

Ciężko mi właściwie wypowiedzieć się o fabule Evolve, jest według mnie dziwna i wręcz szczątkowa. Najprościej można powiedzieć, że historia wprawdzie jest, ale jakby jej prawie nie było. Przed samouczkiem zaserwowana jest nam pewna scenka przerywnikowa, która zwiastuje całkiem ciekawą intrygę, jakiej wkrótce (być może) będziemy świadkiem. Jako jedni z najlepszych łowców w całej galaktyce lecimy na tajemniczą planetę Shear, w celu ewakuowania z niej jak największej ilości osób. Tamtejsi mieszkańcy są bowiem terroryzowani przez ogromne bestie, których pochodzenie jest nieznane. Brzmi jak baza na bardzo ciekawą opowieść o eksperymentach na zwierzętach? Nic z tych rzeczy, bowiem po tej cut-scence jakiekolwiek ślady fabuły zanikają.

Gdyby porównać Evolve do książki, to wyglądałaby ona na grubą i arcyciekawą lekturę, z której wyrwano wszystkie strony poza wstępem oraz pojedynczymi stronami ze środka. Chociaż postacie przed startem każdego meczu wchodzą ze sobą w różne dialogi, to poza paroma ciekawostkami o przeszłości samych łowców ciężko wysnuć z nich cokolwiek ciekawego. Brak tu konkretów o historii planety, o tym skąd wzięły się monstra i po kiego grzyba zostaliśmy wynajęci do tej roboty. Niestety nic, pusto. Negatywnego wrażenia nie poprawia nawet zaimplementowana w grę mini-kampania o nazwie Ewakuacja. Zawarte w niej cut-scenki mówią jeszcze mniej i kiedy już nakierowują nas na jakieś namiastki mrocznej intrygi, to zaraz się kończą, by gra mogła nas wrzucić do kolejnego meczu.Evolve 2015-03-11 00-07-28-638

Developerzy gier często decydują się poświęcić fabułę na rzecz rozgrywki, czasami jest na odwrót. Turtle Rock Studios dało graczowi dosłownie posmakować opowieści. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo to rozwiązanie mnie sfrustrowało. Wygląda to tak, jakby gdzieś w środkowej fazie produkcji autorzy kompletnie zlekceważyli element fabularny. To strasznie niemiła zagrywka, która daje pretekst do tego, by Evolve nie lubić. I aż bierze mnie zdziwienie, kiedy pomyślę sobie, że Left 4 Dead miało o wiele lepiej wykonane tło fabularne, bardzo sprytnie wplecione w gameplay. Czyżby autorzy zgubili przepis na sukces? Na to wygląda.

Zabawa w berka

Gdybym miał przyrównać do czegoś Evolve to najprędzej wskazałbym tryb Kontra (czy tam po angielsku – Versus) z Left 4 Dead. Z tym wyjątkiem, że czterech graczy reprezentujących stronę ludzi staje naprzeciwko jednego, wielkiego potwora, a nie czterech zmutowanych zombi, jak to miało miejsce we wspomnianej wyżej produkcji. Jest to zatem gra posiadająca tryb kooperacyjny, asymetryczny. Po jednej stronie drużyna łowców stara się ze sobą współpracować, żeby ukatrupić bestię, którą z kolei steruje inna osoba. To brzmi ciekawie i faktycznie rozgrywka daje frajdę przez pierwsze kilkanaście godzin, ale później brak bardziej zróżnicowanych trybów zabawy daje się mocno we znaki.

Twórcy nie udostępnili nam po premierze jakiejś poważnej ilości map czy trybów gry. Mamy raptem 12 plansz i dodatkowo dochodzą do tego całe 4 moduły zabawy, z czego trzy z nich to tak naprawdę wariacje na temat tego samego. Poza tym dostępne są trzy gatunki bestii do zabawy, z czego czwarty dojdzie jako darmowe DLC już wkrótce. Jak na grę wartą w dniu premiery blisko 150zł (na PC), albo 250zł (na konsole) jest tego naprawdę, naprawdę mało. Takiej „różnorodności” spodziewałbym się bardziej po produkcji free-to-play niż pełnoprawnym, pudełkowym tytule. A jak na złość, od razu po uruchomieniu w oczy rzuca się sklep z dostępnym z miejsca Season Passem, który oferuje więcej tego, czego w pierwotnym pudełku zabrakło. Nie wiem, czy taki był pierwotny zamysł czy też twórcy faktycznie nie zdążyli z dostarczeniem zawartości. Nie zmienia to jednak faktu, że tej ostatniej brakuje. Kiedy w przypadku innych gier stawiających na multiplayer po kilkugodzinnej sesji miałem ochotę na więcej, tak w Evolve miałem już wrażenie, że wszystko widziałem i nic poza mechanikami zabawy oraz zachowaniem innych graczy nie będzie mnie już w stanie zaskoczyć. Uczucie monotonii potęgowało samo zaprojektowanie większości map. Podczas typowej zabawy, kiedy koncentrowałem się na poszukiwaniu stwora, docierało do mnie, że większość miejscówek jest podobna do siebie. Plansze mają swoje punkty charakterystyczne w postaci jakichś budowli, ale poza tym wszystko jest przepełnione wielkimi skałami, masą krzaków oraz toną szarego albo czarnego koloru. Wiadomo, Evolve to nie opowiastka o siedmiu krasnoludkach, więc developerzy nie mogli pokusić się o wypełnienie swojego dzieła całą paletą barw tęczy. Mogli jednak sprawić, by gracze mieli poczucie tej różnorodności, a poszczególne poziomy bardziej się od siebie różniły. Osobiście mam tylko przebłyski, w których widzę pojedyncze miejscówki z całej gamy mapek, a reszta pamięci wypełniona jest lataniem po dżunglach wszelakich.

Evolve 2015-03-11 00-09-20-980

Trzonem gameplay’u jest jednak polowanie na potwora. Łowcy to grupa składająca się z 4 osób, z której każda ma przydzieloną konkretną rolę, czyli jakby nie patrzeć: klasę. Mamy zatem: Assaulta skupiającego się na otrzymywaniu i zadawaniu jak największej ilości obrażeń, Trappera, czyli speca od tropienia i łapania bestii w pułapki, Medyka (tu chyba nie trzeba wyjaśnień) oraz Supporta – gościa od wsparcia w postaci rozdawania tarcz czy dawania innych bonusów drużynie. W każdej z klas mamy dodatkowo do dyspozycji po 3 różniące się od siebie postacie. Np. jeden medyk ma specjalną broń do leczenia pozostałych członków ekipy i broń służącą do spowalniania zwierza, a drugi wcale nie ma umiejętności leczących, ale za to potrafi wskrzeszać zmarłych. Zróżnicowanie po tej stronie konfliktu jest zatem całkiem spore. Każdy z łowców jakoś się uzupełnia i dobranie odpowiedniej kompozycji to jeden z kluczy do sukcesu.

Rozgrywka jako jeden z hunterów to głównie gonienie zwierzyny po całej mapie, ale przyznam szczerze, że ma to swój klimat. Przez pierwsze fazy meczu wszyscy rozglądają się uważnie po otoczeniu, śledzą ślady bestii, jednocześnie starając się nie rozdzielać (pojedyncza osoba to łatwy cel dla oponenta) i praktycznie zamieniają się ze zwierzyną na mózgi – starają się przewidzieć jej działania. Ten etap pomimo tego, że powtarzał się w każdym meczu, to ekscytowało mnie za każdym razem tak samo. Żadna gra nie odwzoruje tak dobrze klimatu polowania jak Evolve. To jest coś pięknego.

Turtle Rock Studios naprawdę stawia na kooperację i wzajemne wsparcie wśród partnerów, bowiem bez dobrej, w miarę rozumnej oraz ogarniętej czwórki ciężko zgładzić jakąkolwiek bestię. Każdy musi odnaleźć się w swojej roli, brak współpracy równa się wygranej potwora. Ciężko zatem przysiąść do takiej zabawy bez trójki ogarniętych znajomych. Często trafiało mi się, że grając samemu, spotykałem ludzi, którzy do końca nie wiedzieli co mieli robić, albo wykonywali swoją pracę co najwyżej miernie. Dobry Trapper zna zachowanie bestii, potrafi ją wytropić i dobrze zamknąć w specjalnej klatce. W miarę rozgarnięty Medyk zaś będzie starał się unikać pojedynków sam na sam z bestią i spokojnie utrzyma paski zdrowia rówieśników na optymalnym poziomie. Jedno lub dwa zgrzytnięcia trybika w całej tej machinie i wszystko potrafi zakończyć się klęską – strasznie, strasznie to polubiłem. To pierwsza gra od dawien dawna, kładąca tak silny nacisk na bezwzględną kooperację. Nawet w Left 4 Dead przebłysk jednego gracza potrafił uratować spotkanie, tutaj musi być to przebłysk całej drużyny.

Evolve 2015-03-10 23-53-00-125

Perfekcyjną opcją dla samotników i urodzonych taktyków jest granie bestią. Zabawa wcale nie opiera się na niszczeniu wszystkiego dookoła jak King Kong. Chociaż łowcy potrzebują czterech zgranych ludzi do wygranej, to bestia musi być w stanie przechytrzyć ich wszystkich. Potwór ma bowiem trzy etapy ewolucji, po których „wspina się” poprzez pożywianie się miejscową fauną. Musi to jednak robić na tyle sprytnie, by nie spłoszyć okolicznych ptaków, które zdradzą jego pozycję. Przez pierwsze dwa poziomy bestia może zostać pokonana bardzo łatwo, potrafi stawić opór, ale nie jest szczególnie groźna. Zatem, kiedy banda czterech spragnionych krwi łowców biega po mapie, śledząc nasze ślady, my w tym czasie musimy zabawić się w chowanego. A to przekradać się jak Sam Fisher, a to starać się zmylać przeciwników, wracając po swoich śladach do niektórych miejsc. Zapewnia to niesamowity dreszcz emocji, którego dawno nie zapewniła mi jakakolwiek produkcja z multiplayerem w roli głównej.

Dopiero przy ostatnim, finalnym stadium każdy potwór staje się czymś, co powstrzymać jest niezwykle ciężko, o ile wcześniej nie ukróciliśmy mu paska nieodnawialnego zdrowia. Ze zwierzyny stajemy się łowczym. Ewoluujemy w prawdziwego King Konga i uruchamia się w nas żądza krwi. Wówczas nasze ataki – te zwykłe jak i te specjalne – zadają potężne obrażenia, a dodatkowo jesteśmy znacznie odporni na obrażenia. Powoduje to, że bez większego strachu wbiegamy w środek grupy przeciwników i rzucamy w nich czym popadnie, patrząc jak wszyscy padają na skinienie naszego palca. Taka rozwałka ma swój urok, który docenią tylko nieliczni.

Exp, exp, exp, exp!

Turtle Rock Studios jak każde szanujące się studio, musiało zaimplementować do gry jakiś system rozwoju czy levelowania. Każda klasa i potwór mają swój oddzielny poziom doświadczenia, który wzrasta wraz z użyciem poszczególnych broni czy umiejętności. Zatem jeżeli chcemy odblokować nową odmianę Assaulta, albo tę ulepszoną wersję naszej ulubionej postaci, to musimy używać udostępnionych nam narzędzi x razy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że niektóre postacie mają po prostu średnio użyteczne bronie, przydatne tylko w wyjątkowo abstrakcyjnych sytuacjach. Prowadzi to często do tego, że gracze poświęcają wygrane w meczach na rzecz kilku punktów w progresie. Taki system nie zachęcił mnie wcale do korzystania z szerszej palety zdolności mojego bohatera, a raczej wręcz do tego zmusił. To ja powinienem wybierać sobie zabawki, którymi chcę się bawić i to jak chcę to robić. Evolve powinno też szybciej dawać mi możliwość sprawdzenia każdego z bohaterów, bym mógł odnaleźć tego swojego idealnego kandydata i to wokół niego opracowywać swoje strategie. To dziwne, że gra nakazująco wskazuje palcem, co mam robić, zamiast jedynie podsuwać mi sugestię. Twórcy na siłę próbują utrzymać graczy przed monitorami, ze skutkiem dobrym dla nich, ale niezbyt korzystnym dla nas.Evolve 2015-03-10 23-36-42-268

Balansowanie na linie

Jestem zdziwiony tym, że większość osób twierdzi, że bestie w grze są niezbalansowane. Owszem, początkowym graczom trzecie stadium ich rozwoju, może wydawać się ścianą nie do sforsowania. Tak właściwie jest, ale jak się okazuje, wraz ze wzrostem poziomu doświadczenia gracza, ilość osiąganych wygranych przez potwora… maleje. Później ludzie wcielający się w łowców lepiej rozumieją mechaniki, mają większe rozeznanie na mapie, przez co znalezienie maszkary nie jest  niczym specjalnie ciężkim. W dodatku późniejsze bonusy, odblokowane przy rozwinięciu swoich postaci do maksimum, potrafią zapewnić potworowi śmierć przy pierwszym lepszym spotkaniu. Pamiętajmy też, że jest on praktycznie bezbronny na pierwszych dwóch etapach ewolucji, więc jeśli znajdziemy go akurat w takim momencie, zwykle rozgrywka kończy się zwycięstwem dla „fantastycznej czwórki”.

Póki nie osiągniemy statusu pro, jesteśmy skazani na to, że strona przeciwna, niezależnie czy łowców czy bestii, będzie często wygrywać. Stanowczo za często. Zrozumienie mechanik zabawy trwa zbyt długą ilość czasu. Początkowy gracz może się od Evolve odbić, głównie ze względu na wysoki próg wejścia. Produkcja wymaga ścisłej współpracy oraz dużej ilości kombinowania, a prowizoryczny samouczek oraz filmy instruktażowe zapewniają zbyt małą ilość informacji. Poza tym ciężko nieraz je zastosować w praktyce.

To, czy znajdziemy sobie ludzi do grania i czy dotrwamy do etapu, w którym pojmiemy rządzące Evolve zasady, zależy już od nas samych. Osobiście jakoś przebiłem się do tego momentu, ale nadal czuję przelaną gorycz podczas początkowych spotkań.

Wow! To świeci!

Evolve robi wrażenie pod względem graficznym. Gra stoi na silniku CryEngine 3, który odpowiednio użyty, nawet teraz potrafi pokazać pazur. Bardzo spodobały mi się modele postaci oraz potworów, które wręcz ocierają się o realizm. A jeśli przymkniemy oko na szare kolory, to graficy potrafią nas zadziwić jakością wykonanego otoczenia. Woda wygląda pięknie, światło pada bardzo naturalnie, rośliny są bardzo żywe, a spora część tekstur nawet z bliska zaskakuje swoją ostrością. Widać, że stara generacja konsol nie byłaby już w stanie pociągnąć takiej produkcji, a przepaść technologiczna widoczna jest na pierwszych zrzutach ekranowych.

Evolve 2015-03-11 00-07-50-38

A jak z optymalizacją samej gry na PC? Na moim sprzęcie, który widoczny jest w zakładce „Platforma testowa” po prawej stronie, na detalach graficznych rzędu High-Ultra grałem w stabilnych 60 klatkach na sekundę z bardzo okazyjnymi skokami. Na najwyższych detalach, ilość FPSów wahała się już pomiędzy 40, a 60 i w paru losowych momentach silnik zadławił nieco mój zestaw, jednakże nie wtedy, gdy przychodził czas większych rozrób. Jestem zatem usatysfakcjonowany płynnością działania.

W kwestii reszty spraw technicznych, Evolve zdarzają się wpadki. Są to pojedyncze bugi, albo problemy związane z kodem sieciowym. W trybie Ewakuacja gra ma problemy ze znalezieniem towarzyszy do zabawy. Czasem ni stąd, ni zowąd jesteśmy wyrzucani z lobby tuż przed startem meczu lub nasz towarzysz trafia do innej gry niż my, a kursor w menu potrafi czasem zniknąć, by pojawić się przy celowniku w samej rozgrywce. Raz też mojemu towarzyszowi udało się wpaść do budynku, do którego wejście jest niemożliwe, czyli jakby nie patrzeć wpadł pod mapę. Najlepsze jest jednak to, że ciągnął z tego korzyści, bo bez problemu ostrzeliwał potwora przez małą kratkę, kiedy ten nie mógł mu nic zrobić. Są to jednak pojedyncze błędy, które zostaną pewnie załatane… tylko kiedy. Od czasu kiedy pobrałem Evolve zaraz po premierze, nie widziałem żadnej poważnej łatki od producenta. Może coś przeoczyłem, ale tak czy siak niektóre problemy nie zostały poprawione. Oby wkrótce się to zmieniło.

Ewolucja!

Ciężko podsumować Evolve. Gra ma ogromny potencjał, który nie został wykorzystany w stu procentach. Z takiej koncepcji można było wycisnąć nieco więcej, a w szczególności twórcy mogli dorzucić więcej zawartości, zamiast kilku mapek i trybów zabawy. Produkcja ma również bardzo wysoki próg wejścia, a jej system rozwoju jest strasznie irytujący. Po moich posiedzeniach z Evolve wychodzę całkiem zadowolony, ale nie pełen entuzjazmu. Strasznie podszedł mi gameplay i chociaż nie pochłonął mnie bez reszty, to wraz z dobrą ekipą sprawiał mi bardzo dużo dobrej zabawy. Samemu było już gorzej. Dlatego też nie jestem w stanie, ot tak polecić gry, ale przyznam, że warto w nią zagrać. Od tego tytułu albo się odbijesz, albo go pokochasz. Ja jestem gdzieś pomiędzy tymi dwoma wyjściami i nie mogę się zdecydować, które wybrać.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!