Dla Camerona Crowe’a miał być to wielki powrót do Hollywood. Twórca „Jerry Maguire” i „Vanilla Sky” nie był zbyt aktywny przez ostatnie lata, a jego ostatni film „Kupiliśmy zoo”, choć trzymał wysoki poziom, to nijak miał się do jego największych hitów z Tomem Cruisem. Wycieczka na Hawaje miała przynieść odroczony w czasie sukces. Gwiazdorska obsada, ciekawy temat, malownicze krajobrazy oblane mistycyzmem i pradawnymi wierzeniami, to nie miało prawa się nie udać. A jednak. Zamiast tego wszystkiego mamy spektakularną klapę, o której wszyscy woleliby jak najszybciej zapomnieć.

Crowe mógłby napisać poradnik, jak z Bradleya Coopera, Emmy Stone, Rachel McAdams i Billa Murray’a uczynić słabych aktorów. Każda z wymienionych gwiazd co chwile notuje wielkie sukcesy, czy to zgarniając festiwalowe statuetki, czy grając w box office’owych hitach. Reżyser „Aloha” tak zaprzepaścił cały talent aktorów, jakby celowo chciał się na nich zemścić. Początkowe sceny w filmie to kuriozum kunsztu Crowe’a, który nawet nie stara się ujarzmić wierzgających aktorów. Pozwala im robić co chcą na ekranie, a oni sami wydają się zagubieni, jakby celowo mieli wyrażać swoje emocje w sposób nad ekspresyjny.

2

„Aloha” miała być ambitną komedią romantyczną, i trzeba oddać reżyserowi, że miejscami można uśmiechnąć się od ucha do ucha. Ale nie oszukujmy się, jest to humor niskich lotów, oparty jedynie o żart sytuacyjny. Śmiech jest raczej wymuszoną reakcją widza na wygłupy aktorów, niż jakąś wysublimowaną sztuką rozśmieszenia poprzez wykorzystaniu w pełni potencjału filmu. Przyczepić się można nawet do samych ujęć, które niejednokrotnie wydają się oderwane od rzeczywistości. Może i na papierze „Aloha” wyglądała jak kolejny projekt Davida O. Russella, ale najwyraźniej Cooper zapomniał, że to nie on napisał scenariusz ani nie stanął za kamerą.

Już sama historia pozostawia wiele do życzenia. Bogaty i snobistyczny multimilioner (Murray) finansuje dla Stanów Zjednoczonych satelitę szpiegowską, która ma został wysłana z Hawajów. Brian Gilcrest (Cooper), ex-żołnierz i specjalista od broni i uzbrojenia, przylatuje na Hawaje aby dopilnować prawidłowego startu rakiety. Na miejscu spotyka swoją dawną miłość (McAdams), obecnie żonę i matkę dwójki dzieci jednego z pilotów. Wkrótce Gilcrest zakochuje się w szalonej i zasadniczej pani major (Stone), która poznaje prawdziwe plany wysłania satelity w przestrzeń kosmiczną. Ani nie brzmi to specjalnie porywająco, ani takie nie jest. Gdyby tego było mało, wiecznie zmęczony Murray nie pasuje do roli milionera, choć i tak wypada lepiej od groteskowej Stone. Stara się ona jak może zachować normalność swojej postaci, ale najwyraźniej reżyser miał inne zdanie. Inną sprawą jest to, że aktorce mundur zwyczajnie nie pasuje. Zresztą druga z kobiecych gwiazd również się zmarnowała. McAdams nawet w marnej produkcji potrafi zachwycić swoim urokiem, ale nie dość, że film obyłby się bez jej wątku, to dodatkowo jej jedynym zadaniem jest ładnie wyglądać. Po jej roli w „Detektywie” raczej można było spodziewać się ambitniejszego emploi.

3

W zalewie tych wszystkich minusów można znaleźć mały plusik. „Aloha” ma swój specyficzny, hipnotyzujący urok, który trzyma przed ekranem. Może to zasługa osobliwej atmosfery Hawajów, ale siłą rzeczy ciężko przerwać jest seans. Tym bardziej żal straconych niecałych dwóch godzin, bo film nie posiada nawet żadnej wyszukanej puenty, zaś zakończenia można domyślić się w pierwszych dziesięciu minutach. „Aloha” nie jest nawet zwykłym popcornowym kinem, to po prostu zły film ze zmarnowanym potencjałem gwiazd. A Crowe najwyraźniej już zawsze zostanie niewolnikiem swoich hitów z przełomu wieków.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!