Daleka przyszłość. Po wielkiej katastrofie, ludzkość cofnęła się niemal do czasów średniowiecza. W niektórych miejscach nadal widać pozostałości dawnej epoki. Przeżyła zaledwie garstka, która próbuje przetrwać w ogromnym mieście złożonym z trzech obszarów – każdy ogrodzony jest wysokim na kilkaset metrów murem. Jest to zabezpieczenie przed tytanami, wielkimi istotami podobnymi do ludzi, których jedynym celem jest zaspokajanie wiecznego głodu. Po wielu latach spokoju, tytani znów atakują ostatnią ostoję ludzkości, tym razem za pomocą tajemniczego, jeszcze większego tytana, który wydaje się mieć rozwiniętą samoświadomość. Trójka przyjaciół: Eren, Armin i Mikasa, znajdują się w samym centrum wydarzeń. Wkrótce sami staną do walki z nieprzyjacielem.

Amerykańskie próby przeniesienia japońskiej popkultury do kin nie należały do udanych. Tym razem światowy fenomen pochodzi prosto z Kraju Kwitnącej Wiśni, co nie znaczy, że ślepo można rzucić się do oglądania. „Attack on Titan” nie jest dobrym filmem i nie umywa się do serialowego oryginału. Produkcja została podzielona na dwie części, ale do amerykańskich kin trafiła dopiero pierwsza i niestety rozczarowuje. Wprowadzenie do świata tytanów jest toporne i mało intuicyjne. Ktoś niezaznajomiony z anime łatwo pogubi się w całej sytuacji, choć ta została uproszczona do niezbędnego minimum. Obecne są przeskoki fabularne, które zbyt mocno okrajają fabułę. Zdecydowanie fabuła skorzystałaby na tym, gdyby film byłby o te pół godziny dłuższy.

3

Oprócz nijakiej i miałkiej fabuły, drugą poważną wadą „Attack on Titan” są papierowe postacie. Głównego bohatera, Erena, ciężko jest polubić. Ten cały czas chodzi własnymi ścieżkami, ciągle walcząc z przysłowiowym systemem. Zupełnie nie przypomina swojego odpowiednika z anime, którego łatwo dawało się polubić. Jeszcze gorzej wypadają wszystkie postacie drugoplanowe jak Shikishima, Sasha, Jean czy Armin, które migają na ekranie bez ładu i składu, jedynie zaznaczając swoją obecność w filmie kinowym i zupełnie nie oddając charakteru postaci.

W obrazie za dużo jest wszechobecnego patosu, jakby twórcy chcieli zachęcić do swojego tworu również nieco starszą publiczność. Dochodzi do kuriozalnej sytuacji, gdzie mamy zbyt wiele taniego i niepotrzebnego dramatyzmu. Zresztą scena otwarcia jest zbyt długa (choć całkiem wierna oryginałowi). Trwa prawie 1/3 filmu, przez co na dalsze wydarzenia pozostaje zbyt mało czasu, a przecież trzeba było zakończyć film cliffhangerem.

2

Nie wszystko w „Attack on Titan” jest złe. Dobre wrażenie robią sceny akcji, pełne efekciarstwa i szarpanych ujęć kamery, ale wraz z bardzo dobrymi efektami specjalnymi, spełniają swoje zadanie. Tytani wyglądają rewelacyjnie. Widać, że ludzie od efektów specjalnych odwalili kawał doskonałej roboty, a twórcy nie szczędzili budżetu, tworząc jednocześnie przerażające ale i zabawne kreatury. W filmie nie brakuje także dużej ilości wybuchów, walących się budynków, czy walk, a wszystko to pozytywnie zaskakuje.

„Attack on Titan” ma poważne braki i ciężko uznać to za dobrą adaptację anime. Zbyt dużo tu niedociągnięć, tak jakby Shinji Higuchi stwierdził, że najważniejsze w filmie to tytani i walka, zupełnie ignorując fabularny potencjał i koszmarnie rozpisując każdą z postaci. Niemniej „Attack on Titan” może spodobać się osobom, które nie znają oryginału i będą zachwyceni niemal hollywoodzkimi efektami specjalnymi.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej