„Ave, Cezar!” rozpoczyna się zbliżeniem na kościelną figurkę przedstawiającą Jezusa przybitego do krzyża. ca  ostatnim czasie drugi film, po „Nienawistnej ósemce”, którego scena otwarcia wykorzystuje motywy religijne. W dziele Tarantino figura Chrystusa przykryta była śnieżnym puchem, co sugerowało, że wraz z bohaterami filmu trafiliśmy do miejsca zapomnianego przez Boga. U Joela i Ethana Coenów, motywy religijne jak i teologia przewijają się przez cały film, mieszając się z poglądami politycznymi i wartościami bohaterów. W grę w końcu wchodzi cały przemysł filmowy, a wrogie dla państwa siły nie ustąpią, póki nie zduszą chciwego kapitalizmu. Wszystko to podane jest w pokręconej komediowej konwencji, w której bracia Coen mieszają wątki, style i gatunki.

1

Eddie Mannix (Josh Brolin) jest jedną z najważniejszych osób w Capitol Pictures. Rozwiązuje on problemy gwiazd, sprawuję pieczę nad produkcjami filmowymi, a także dba o kontakty z prasą. Bez niego w studiu zapanowałby chaos. Praca nie należy do najprostszych, ale Mannix znajduje siłę w wierzę, spowiadając się każdego dnia z nawet najmniejszych grzechów. Właśnie kręcona jest superprodukcja „Ave, Cezar!” z gwiazdą kina Bairdem Whitlockiem (George Clooney), opowiadająca o życiu Jezusa oczami rzymskiego dowódcy. Whitlock nagle znika, paraliżując dalszą produkcję filmu. Okazuje się, że porwany został przez tajemniczą organizację „Przyszłość”, która żąda za niego okupu. W międzyczasie Mannix musi poradzić sobie z problemami innych gwiazd, ze wścibskimi siostrami Thacker ( w podwójnej roli Tilda Swinton) piszącymi do lokalnego brukowca, a także utrzymać nagłe zniknięcie ikony kina w tajemnicy.

„Ave, Cezar!” to nic innego, jak satyra na Złote Lata Hollywood. Rozkapryszone gwiazdy, reżyserzy uważający się za artystów, pismaki węszące za kontrowersyjnymi tematami, a wszystko to w blichtrze wysokobudżetowych produkcji. Przeciw takiemu stanowi rzeczy buntuje się komunistyczna organizacja Przyszłość, zrzeszająca niedocenianych twórców. Film bezpośrednio nawiązuje do słynnej dziewiątki scenarzystów z lat 50. XX wieku, oskarżonych o działania na niekorzyść państwa. Ostatnio opowiadał o tym „Trumbo” z nominowanym do Oscara Bryanem Cranstonem.

2

Przez „Ave, Cezar!” przewija się wciąż motyw zmarginalizowanych osób, pracujących przy produkcji filmów, nie będących wysoko opłacanymi gwiazdami. Przykładem jest montażystka C. C. Calhoun (Frances McDormand) pracuje w niewielkim pokoju, zawalonym pudłami i szpulami. Jej jedynymi towarzyszami są papierosy, które nałogowo pali, a kontakty międzyludzkie ogranicza do oglądania filmowych gwiazd podczas montażu. Dla Holywood liczą się jedynie aktorzy i reżyserzy, reszta zaś to słabo opłacani wyrobnicy. Podczas jednej z rozmów Whitlocka z porywaczami, scenarzyści tłumaczą, że nie żądają za niego okupu, a spłaty długów, gdyż za scenariusze do największych hitów nie dostali złamanego grosza. Buntują się przeciw takiemu porządkowi, tłumacząc to komunistycznymi zapędami, i choć są lojalni wobec swojego lidera, to równie dobrze ich działania mogą być podyktowane chciwością i próbą dorównania artystom pierwszego formatu. Nierozgarnięci scenarzyści posługują się licznymi eufemizmami, a piękne słówka zupełnie zmieniają stosunek Bairda do filmowego biznesu.

Coenowie zatrudnili całą armię największych gwiazd kina. George Clooney po raz kolejny gra rolę mało inteligentnego gościa, podatnego na manipulacje, ale przeświadczonego o swojej wielkości. Jego końcowy monolog to prawdziwy popis aktorski nie tylko granej przez Clooney’a postaci, ale również samego aktora, który włożył w tę scenę wiele wysiłku. Nie zawodzi również Josh Brolin, radzący sobie ze wszystkimi problemami postawionymi przed jego postacią. Mannix w pracy jest człowiekiem od wszystkiego, prawdziwą złotą rączką nie bojącą się wyzwań, ani pracy przez całą dobę.

Zawodzi nieco drugi plan. Nie pod względem aktorskim, bo każda postać ma swój własny pokręcony charakter, a aktorzy naprawdę się spisali, ale scenariuszowo, bo nie mają zbyt wiele ekranowego czasu. Na szczęście Coenowie bawią się postaciami i każda wcześniej czy później czymś zaskakuje. Scarlett Johansson z nieznośnym i dziwacznym akcentem szukająca ojca dla swojego nienarodzonego jeszcze dziecka, Ralph Fiennes jako homoseksualny reżyser oper mydlanych, Channing Tatum dający kilkuminutowy taneczny popis z doskonałą choreografią i niewielka rola Jonaha Hilla, uwodzącego kobietę swoją ogromną siłą. Takie rzeczy tylko u braci Coen.

3

Największym zaskoczeniem był dla mnie występ Aldena Ehrenreicha, do tej pory raczej przewijającego się na ekranie niż występującego w głównych rolach. W „Ave, Cezar!” miał sporo do zagrania, a jako że jego postać to jeszcze mniej inteligentny aktor od Whitlocka, radzący sobie jedynie w westernach, nie potrafiący grać mimiką ani tym bardziej głosem, który nagle zostaje przeniesiony z planu kolejnego westernu do oper mydlanych Laurence’a Laurentza, tym bardziej należą się brawa. Stworzył kreację godną zapamiętania i możliwe, że otworzyło mu to drogę do pierwszo i drugoplanowych ról w przyszłości.

4

„Ave, Cezar!” to swoisty film w filmie. Coenowie zabierają nas na plany różnych kinowych produkcji, ale prawdziwe tworzenie obrazów rozgrywa się poza studiem filmowym. Historia Mannixa opowiedziana jest w konwencji kryminałów noir (z obowiązkowym narratorem), w której nie brakuje nutki kina szpiegowskiego, przygodowego czy nawet komedii romantycznej. Przez nadmiar pobocznych wątków i postaci, Joel i Ethan Coen zapomnieli dopracować scenariusz, przez co pod koniec idą nieco na skróty. Nie dowiadujemy się, dlaczego główny zły jest tym złym i co nim kieruje, ani nawet jak Mannix doszedł do tego, kim jest głowa organizacji. Samo zakończenie wydaje się nieco zbyt otwarte i trywialne. Liczyłem również na trochę więcej czarnego humoru znanego z „Tajne przez poufne” czy „Ladykillers”, ale scena omawiania scenariusza z duchownymi wyszła świetnie. Tak samo jak i wszystko z udziałem Aldena Ehrenreicha, dostarczającego największe pokłady humoru. Warto iść.

foto: Universal Pictures
Kolejny artykuł znajdziesz poniżej