„Rocky Balboa” z 2006 roku nie był udanym filmem. Nie można więc winić Sylvestra Stallone’a, że nie wierzył w powodzenie kolejnej części. Niespełna 70-letni aktor na ring już nigdy nie wskoczy, więc jedyne na co może liczyć, to rola podstarzałego trenera z błyskiem w oku. Raz nie wyszło, czemu więc miało udać się za drugim razem? No ale skoro za kamerą stoi człowiek znany z „Fruitvale”, warto dać szansę i zaryzykować. I można jedynie podziękować żonie Stallone’a, która namówiła go do powrotu Rocky’ego Balboa, bo „Creed” bez legendarnego pięściarza nie byłby taki sam.

Bohaterem opowieści jest Adonis „Dann” Creed (Michael B. Jordan), nieślubny syn najlepszego boksera i przyjaciela Rocky’ego Apollo Creeda. Zanim młody Adonis dowie się kim jest jego ojciec, zdąży pokazać swoje zalążki bokserskiego talentu na przypadkowych ofiarach. Niesforny dzieciak szukający swojego miejsca trafi do wdowy Apollo, utrzymującej się ze spadku po mężu. Jednak nie dla Donna życie pod krawatem według ustalonego harmonogramu pracy. Gdy tylko może wyrywa się z szarości życia i pędzi do Meksyku skopać tyłek kolejnemu bezimiennemu przeciwnikowi w jakiejś mordowni. Pomimo sporej pensji, postanawia rzucić dotychczasowe życie i zgodnie z dziedzictwem, wyruszyć do Filadelfii i trenować pod czujnym okiem byłego mistrza. Tak rozpoczyna się walka z własnymi słabościami, legendą słynnych rodziców oraz dążenie do spełnienia marzeń.

1

Praktycznie już w pierwszej scenie zostają wytłumaczone wszelkie konotacje zarówno rodzinne jak te pomiędzy „Creedem” a poprzednimi filmami z serii. Wymagana jest jedynie podstawowa wiedza nt. Rocky’ego, aby dobrze bawić się podczas seansu. Ekspozycja jest skromna, ale podawana w odpowiednich momentach. Przeszłość to wyłącznie przyczyna, a skutkiem są doskonale nakreślone relacje między Dannem a Rockym. Zaczynają od typowego ucznia i mistrza, potem zaś Balboa staje się dla syna Apollo mentorem, a z czasem kimś w rodzaju ojca. Nie przypadkiem Adonis od momentu poznania Rocky’ego nazywa go wujkiem. Choć nie płynnie w nich ta sama krew, gdyby historia inaczej się potoczyła, Balboa zajmowałby się już wcześniej przyszywanym bratankiem. Na popisy obu aktorów patrzy się z nieskrywaną przyjemnością. Czuć między nimi prawdziwą chemię, a dzięki licznym żartom, jak zderzenie dwóch pokoleń, bo Rocky nie posiada nawet telefonu komórkowego, a o świecie dowiaduje się z gazet, budują między sobą wiarygodną więź, w którą widzowi łatwo jest uwierzyć.

Jak na świetny dramat sportowy przystało, poszczególne wątki tworzą zwartą, równorzędną całość i tu należą się wielkie brawa dla Ryana Cooglera, który zdecydował się nie naciskać tak by któryś z nich wybił się ponad inne. Treningi i walki głównego bohatera są równie ważne jak radzenie sobie z nieuchronną starością Rocky’ego. Reżyserowi nawet tak trywialny i łatwy do zepsucia całej produkcji wątek miłosny między Creedem a piosenkarką Biancą (Tessa Thompson) wyszedł subtelnie, bez niepotrzebnego przesadyzmu. Zupełnie odwrotnie niż w zawodzącym na wielu polach „Do utraty sił”, gdzie główny bohater był cały czas centralną postacią, a reszta należała do zbędnego tła, w „Creed” postać Rocky’ego jest równie ważna co Adonisa. Film nie jest spin-offem serii, a pełnoprawną kontynuacją. Balboa nie spełnia tu jedynie roli trenera i choć bliżej mu do Frankie Dunna z „Za wszelką cenę”, który co by nie było, trenuje amatora zaczynającego karierę, niż radzącego sobie z upadłym zawodowcem Ticka Willsa z „Southpaw”.

2

Żaden film bokserski nie może obyć się bez uporczywego wciskania widzom, że uprawianie pięściarstwa jest tylko dla biedoty, która chce się z wybić ze slumsów  i osiągnąć coś w życiu. Niestety „Creed” powtarza błędny stereotyp boksu, ale na tym chyba polega pewne mitologizowanie tego sportu w USA, bo tam futbol amerykański i koszykówka zarezerwowana są dla koledżu, zaś w świat boksu może wejść każdy z ulicy. Film powtarza również schematy z innych podobnych filmów, jak i dorobku serii, więc mamy obowiązkowy szybki montaż scen, w których głównych bohater przygotowuje się do walki trenując na skakance, uderzając w worki treningowe, unikając lin rozciągniętych przez całą szerokość ringu, w końcu bieganie i kultowe łapanie kurczaków. Na szczęście obyło się bez wypijania co rano surowego jajka na śniadanie. Tak samo jak i oderwanej od rzeczywistości pompatyczności i pretensjonalności znanej z „Za wszelką cenę”. Nawet tak przerysowana scena jak ta, gdy Dann biegnie w kierunku domu Rocky’ego prowadząc orszak złożony z kilkunastu motocykli i quadów, ma swoje faktyczne zastosowanie. W „Creedzie” nic nie jest pozostawione przypadkowi.

Wszystko to jednak blednie przy wyśmienicie zrealizowanych scenach walki. Tych zbyt wielu nie ma, bo zaledwie trzy, z czego pierwsza jest skromna i przechodzi bez większego echa. Przy drugiej reżyser pokazuje już nam z czym mamy do czynienia, konsekwentnie wykorzystując doskonały zabieg długiego ujęcia przy dużym zbliżeniu na obu bokserów, dzięki czemu jesteśmy w samym środku wydarzeń. Finałowy pojedynek to połączenie wszystkiego co najlepsze w sztuce operatorskiej i montażowej. Dynamiczne ujęcia twarzy bokserów, przeplatają się z imitacją telewizyjnej transmisji, żeby po chwili ukazać nam trenerów krzyczących na swoich zawodników w obu narożnikach. Cooger pokazuje nam walkę z każdej strony, nie szczędząc brutalności i krwi. Co prawda poszczególne rundy przemijają na ekranie w ekspresowym tempie, ale w żadnym momencie nie traci na tym dynamizm i napięcie ostatniego starcia. Wszystko to przy akompaniamencie siarczystych sierpowych i podbródkowych, gdzie czuć ciężar i siłę każdego ciosu. I nawet jeżeli w rzeczywistości nigdy nie doszłoby do tak otwartej walki, to ciężko nie docenić kunsztu i pietyzmu jaką popisali się zarówno aktorzy jak i twórcy przy kręceniu tych scen.

3

„Creed: Narodziny legendy” to nie tylko klasyczna opowieść „od zera do bohatera”, spełnieniu własnych marzeń i zrobienia czegoś znaczącego dla świata, ale także próba zmierzenia się z własnym dziedzictwem i legendą słynnych rodziców. Donn z łatwością mógł wybić się na nazwisku, ale wolał budować własną markę i stanąć na szczycie na własnych warunkach. Z drugiej strony to opowieść o legendzie, która wciąż jest żywa wśród ludzi niezależnie od wieku, chociaż sam bohater o którym mowa ledwo wchodzi na słynne z pierwszego „Rocky’ego” schody, a walkę na ringu zamienił w pewnym momencie na zupełnie inne, często przyziemne batalie. Cooger z poszanowaniem traktuje oryginalną serię, czerpiąc z niej to co najlepsze, ale nie kopiuje żywcem gotowych rozwiązań jak „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” J.J. Abramsa. Na polu dramatów sportowych ciężko wymyślić coś nowego i „Creed” nie odkrywa koła na nowo, ale już dawno nie było tak dobrego filmu o boksie.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!