Jeden z najzabawniejszych (jak nie najzabawniejszych) komiksowych bohaterów miał ostro pod górkę w filmowym świecie. Najpierw zaliczył krótki i absurdalny epizod w „X-Men: Wolverine”, za który po dziś dzień jest wyśmiewany, tylko po to żeby później największy fan gościa w niemal jednolitym czerwonym kolorze, czyli Ryan Reynolds, walczył przez długie lata o zrealizowanie solowego filmu z Deadpoolem w roli głównej. Gdyby prawa do tej postaci miał Marvel, to może już wcześniej doczekalibyśmy się przygód Wade’a Wilsona, a tak studio 20th Century Fox (tak, to przez nich w zeszłym roku wypruwaliśmy sobie żyły na widok „(nie)Fantastycznej czwórki”), musi rozważnie produkować kolejne filmy z superbohaterami. Świat na szczęście nie kończy się na samych X-Menach, bo na scenę wkracza nowy super, jak sam poprawia, nie-bohater.

Wade Wilson (Ryan Reynolds) jest eks-żołnierzem, a obecnie pragmatycznym najemnikiem, który za pieniądze jest w stanie nawet przegnać napalonego nastolatka, który dostawia się do najładniejszej laski w okolicy. W barze pełnym najemników poznaje prostytutkę Vanessę Carlyslę (Morena Baccarin), z którą układa sobie życie. Miłosne uniesienia i piękne plany na przyszłość przerywa nagła choroba Wade’a. Wilson chorujący na raka, decyduje się wziąć udział w podejrzanym eksperymencie, który ma go wyleczyć. Okazuje się, że sadystyczny naukowiec Francis (Ed Skrein) opracował metodę na tworzenie mutantów, którym sam również jest. Wade Wilson po przemianie ma być jego nową zabawką. Przez nieostrożność Francisa, laboratorium wybucha. Ze zgliszcz budynku powstaje Deadpool, żądny zemsty na swoim oprawcy.

1

Jeżeli po obejrzeniu zwiastunów spodziewaliście się widowiskowej akcji, ogromnej dawki humoru, łamania czwartej ściany i genialnej kreacji głównego bohatera, to nie zawiedziecie się. Już od pierwszej sekundy „Deadpool” próbuje nas rozbawić, kiedy to na ekranie widzimy napisy początkowe przedstawiające osobę reżysera, producentów i aktorów, ale zamiast nazwisk mamy całą listę wymyślnych przezwisk, sugerujących że w tym filmie nie reżyser, nie producenci, ani nie scenarzyści mają głos, a główny bohater. Co prawda spodziewałem się nieco ostrzejszego i wulgarniejszego humoru, ale ten zaprezentowany w filmie i tak miejscami jedzie po bandzie. Może reżyser i scenarzyści nie obrażają każdego kto podleci pod rękę, ale dostaje się filmom o superbohaterach (głównie X-Menom) z Hugh Jackmanem na czele, samemu Ryanowi Reynoldsowi za poprzednie, nieudane role, czy społeczeństwu amerykańskiemu jako takiemu, choć te żarty akurat nie będą zbyt zrozumiałe dla polskiego widza. Nie zabrakło najróżniejszych żartów sytuacyjnych i kultowych żartów o pierdzeniu czy seksie, bez których nie obędzie się żadna amerykańska komedia – ale tutaj akurat one nie rażą, bo idealnie wpasowują się w słynny „deadpoolowski” klimat.

Reżyserowi Timowi Millerowi doskonale wyszło łamanie czwartej ściany (wraz z genialnym żartem o tym). Deadpool to jedyny bohater, który otwarcie i bez żadnego skrępowania, ani nawet zdziwienia kieruje swoje słowa bezpośrednio do widzów, często przy tym zatrzymując akcję. Jest to jeden z tych zabiegów, które osobiście bardzo mocno cenię, a te w „Deadpoolu” są naprawdę zabawne, choć nie jest ich wiele. Humor byłby jeszcze lepszy, gdyby nie słabe polskie tłumaczenie, pełne błędów. Pomijam już literówki i przekręcanie słów, które zabijają kilka naprawdę śmiesznych żartów, ale nigdy tłumaczom nie wybaczę zepsucia wciąż zabawnego, internetowego żartu sprzed lat o wpadaniu między świętami. Osoby radzące sobie z angielskim przy jednoczesnym ignorowaniu pojawiających się na dole białych napisów, będą się o wiele lepiej bawiły.

2

„Deadpool” nie jest typowym i schematycznym origin story. Co prawda poznajemy genezę tej komiksowej postaci (celowo unikam określenia „superbohater”), ale Wade’a Wilsona poznajemy już jako wciśniętego w obcisły, czerwony strój, jadącego taksówką najemnika. Zanim dowiemy się jak powstał ten nieśmiertelny jegomość, skopie on tyłek kilku złolom, powodując karambol na autostradzie – a później do prywatnej zemsty Deadpoola włączy się dwójka X-Menów: Colossus (Stefan Kapicic) i jego uczennica Negasonic Teenage Warhead (Brianna Hildebrand) – jak można oczekiwać, główny bohater robi sobie niezłe jaja z jej ksywki. Nie zabrakło też długiego, przesyconego seksem wątku miłosnego między Wilsonem a Vanessą, więc akcja marketingowa zachęcająca do wybrania się na ten film w Walentynki nie była wyssana z palca. Inna sprawa, że idąc na ten film z drugą połówką, przygotujcie się na wytłumaczenie jej dlaczego gość w dziwnym czerwonym stroju nabija drugiego na dwa miecze. Brutalność  w „Deadpoolu” jest jednakże iście komiksowa i ktoś oczekujący rozbryzgów krwi z każdej strony może poczuć się zawiedziony. Przerysowane i umowne okrucieństwo ogląda się i tak bardzo dobrze, tym bardziej, gdy film pozostawia pole do popisu naszej wyobraźni.

Nie bez przyczyny Ryan Reynolds tak długo walczył o powstanie tego filmu, bo w tytułowej roli doskonale spełnia się jako aktor. Jest świetny nie tylko wtedy, gdy nosi strój, ale również bez niego, pokazując swoją komediową stronę. Również drugi plan daje radę z Moreną Baccarin i T.J. Millerem. Nie do końca przypadły mi do gustu postaci X-Menów, szczególnie Colossusa, którego moralizatorstwo zbyt mocno kontrastuje z brutalnością tego świata. Co do głównego złego, to niestety dostajemy standardowego złoczyńcę, o którym zapomina się zaraz po wyjściu z kina. Jeszcze gorzej wypada supersilna Angel Dust (Gina Carano), która oprócz obfitego biustu nie ma nic więcej do zaoferowania.

3

„Deadpool” to kolejny udany debiut komiksowego bohatera. Jest tu mniej akcji niż w równie zabawnym „Ant-Manie”, a i skala dużo mniejsza, bo Deadpoolowi nie widzi się ratowanie świata i bycie superbohaterem. Motywuje go jedynie zemsta, ochrona ukochanej osoby oraz robienie sobie jak największych jaj ze wszystkiego wokoło. Na żadnym filmie o superbohaterach nie bawiłem się równie dobrze od czasów „Strażników Galaktyki” (a i żaden nie miał tak dobrej ścieżki dźwiękowej). Tak więc najnowszy film 20th Century Fox dobija właśnie do ścisłej czołówki tego typu produkcji, zmazując choć na chwilę piętno poprzedniego ich filmu z „czwórką” w tytule. I nie zapomnijcie zostać w kinie do końca, bo scena po napisach warta jest spędzenia dodatkowych minut w kinie. Cowabunga!

foto: Twentieth Century Fox Film Corporation
Kolejny artykuł znajdziesz poniżej