Filmy katastroficzne rządzą się swoimi prawami. Amerykanie co roku wysadzają, zatapiają lub przygotowują takie trzęsienie ziemi, że widzowie dla samych efektów specjalnych walą drzwiami i oknami do kin. Nie ma w tym za grosz fabuły, a klisza goni klisze. Nie inaczej jest ze słynnymi już i taśmowo kręconymi niemieckimi filmami katastroficznymi. Europejskie kino choć mniej efektowne, to czasem potrafi złapać za serce ukazując skomplikowane relacje ojca z córką, gdzie ostatecznie dochodzi do pojednania przy walącym się właśnie wieżowcu. „Fala” reklamowana jest jako „norweski kandydat do Oscara”. Naprawdę, Norwegio – tylko na tyle cię stać?

Geolog Kristian (Kristoffer Joner) właśnie wyjeżdża z rodziną do miasta, gdzie ma pracować dla jednego z najbogatszych koncernów naftowych. Po raz ostatni odwiedza swoje stare miejsce pracy, gdzie jako jedyny dostrzega, że ze zboczem fiordu przy którym znajduje się placówka dzieją się złe rzeczy. Postanawia zostać na miejscu i pomóc kolegom w obserwowaniu nazbyt aktywnych szczelin. Wkrótce potem osuwa się ziemia, tworząc tym samym gigantyczne tsunami o wysokości 80 metrów. Kristian będzie miał jedynie dziesięć minut, aby uratować nie tylko swoją rodzinne, ale także jak najwięcej osób.

1

Kristian jest niejako superbohaterem w Geiranger. Jako pierwszy dostrzega dziwne pomiary na monitorach, jakby jedyny znał się na tych rzeczach, bo reszta z jego kolegów z pracy, zupełnie się tym nie przejmuje. Jako ostatni sprawiedliwy walczy o ludzkie życia, gdzie dla całej reszty liczy się bezduszny kapitalizm, bo skoro tsunami jeszcze nie powstało, to nie ma po co bić na alarm i odwoływać sezonu wakacyjnego. Przy „artystycznym”, pozbawionemu głębi ujęciu siedzi na krześle przy wschodzącym słońcu – i w tym momencie wyczuwa nadchodzący kataklizm i związaną z nim tragedię. Banał goni banał, a to dopiero jedna trzecia filmu, bo dokładnie tyle musimy czekać na coś, co i tak wiemy, że się wydarzy.

To częsty problem zbyt ambitnych filmów katastroficznych. Hollywood w tej kwestii nie bawi się w półśrodki i zwykle od samego początku prezentuje nam jakąś tragedię, będącą wprowadzeniem do właściwej akcji. W „Fali” przez czterdzieści minut mamy nijaki wstęp i niezwykle nudną kreację Kristiana jako zbawcy miasteczka. Dlatego też nie dziwi, że przy zbliżającej się ogromnej fali, zamiast ratować swą rodzinę, pomaga przypadkowych ludziom, samemu narażając życie. Niczym James Bond ze swoim gadżetem w postaci zegarka, pędzi na złamanie karku przez zakorkowaną ulicę. Już pomijam fakt, że droga prowadząca do bezpiecznego miejsca nie mogłaby się od razu tak zakorkować, inaczej każdy istniejący system ratowania ludzi w przeciągu zaledwie 10 minut stawałby się bezużyteczny, ale takich absurdów w „Fali” jest cała masa na każdym kroku.

2

Gdy już dochodzi do kulminacji, to trzeba przyznać – możemy cieszyć oko z naprawdę świetnie zrobionych efektów specjalnych. Tsunami wygląda tak jak powinno, złowrogo i groźnie, a nie jak przerośnięta fala, którą chciałby zaliczyć każdy surfer. Szkoda, że w parze nie idą żadne emocje, bo los mieszkańców Geiranger jest nam obojętny. Buntujący się nastolatek chodzący własnymi ścieżkami, bystra dziewczynka, żona i matka ratująca swoje dziecko nawet za cenę kilkudziesięciu żyć i w końcu Kristian, który jakimś cudem przeżywa bliskie spotkanie z falą, ruszają na poszukiwania reszty rodziny w pobliskim hotelu. A wszystko to podszyte tanim dramatem, który zaczyna nudzić zaraz po tym, gdy fala opadnie, zalewając całe miasto. Nie dajcie się zwieść plakatowi, bo może i film Roara Uthauga kandyduje do Oscara, lecz na zdobycie statuetki nie ma specjalnych szans.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!