UWAGA! RECENZJA ZAWIERA OGROMNE SPOILERY!

W planach miałem napisanie recenzji bez spoilerów, ale o „Przebudzeniu Mocy” ciężko rozmawiać nie zdradzając nic z fabuły, bo ile czasu można poświęcić postaci reżysera, świetnym efektom specjalnym i ogólnikom? Tym bardziej, że aż tyle rzeczy po nowych „Gwiezdnych Wojnach” jest do przedyskutowania, że aż żal trzymać to dla siebie. Sądząc po tłumach ludzi w kinach oraz rekordzie otwarcia, najprawdopodobniej film już widzieliście albo wybierzecie się na niego w ciągu najbliższych dni, więc bezspoilerowe recenzje nie mają już większego seansu.

„Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” jest filmem na miarę starej trylogii, zostawiając daleko w tyle nieudaną nowszą. Fani rodu Skywalkerów, Hana Solo, C3PO i R2D2 będą wniebowzięci oglądanym filmem. J.J. Abramsowi udało się wykrzesać sporo magii czyniąc „Przebudzenie Mocy” filmem, do którego z przyjemnością będzie się wracać, jak do środkowych części. Ogromna w tym zasługa zarówno nowych jak i starych postaci. Widać, że sporo czasu poświęcono na kreacje pierwszo i drugoplanowych bohaterów. Disney podrzucił sporo od siebie dzięki czemu film miejscami jest zabawny, a sporo uroku dodaje nowy robot BB-8, którego aż chciałoby się zabrać do domu. Choć jest przesłodzony do granic możliwości, w żadnym momencie nie staje się irytujący jak Jar Jar Binks.

1

Szkoda, że w „Przebudzeniu Mocy” roboty zostają zepchnięte na dalszy plan. BB-8 ma równie ważne zadanie jak R2D2 w „Nowej Nadziei”, ale po jego wykonaniu znika z ekranu na dłuższy czas. W mniej więcej połowie pojawiają się starzy znajomi z C3PO i R2D2 na czele, ale obaj robią raczej za maskotki, symbole całej sagi, niż bohaterowie, którzy odgrywają ważne role, jak miało to miejsce w poprzednich częściach.

Nowi bohaterowie to zawsze ogromne wyzwanie. Czy aktorzy dadzą radę, czy fani polubią bohaterów, oraz to jak wielkie znaczenie będą oni odgrywali w historii. Na szczęście Daisy Ridley i John Boyega stanęli na wysokości zadania. Po zwiastunach można było sądzić, że Finn będzie nieco ciapowaty, wystraszony sytuacją, nie radzący sobie najlepiej z problemami, ale dostaliśmy wielobarwnego bohatera, który potrafi pokazać na co go stać. To ważne, że jego motywacje podyktowane są czymś więcej niż zwykłym strachem. Dodatkowo aktor potrafi odnaleźć rzeczywistą chemię niezależnie kto mu właśnie towarzyszy na ekranie. Widać to już na samym początku, gdy pomaga uciec Poe Dameronowi granego przez Oscara Isaaca. Nie ma tu mowy o traktowaniu starszego kolegi z jakąś estymą. Od początku do końca mają do siebie kumplowski stosunek, co przekłada się na świetną atmosferę filmu. Występując w jednych scenach z Daisy Ridley ani na chwile nie wydaje się skrępowany, a scena w której komplementują się na pokładzie Sokoła Milenium wyszła bardzo wiarygodnie. Może póki co to zbyt dalekie wnioski, ale nie zdziwiłbym się, gdyby Finna i Rey połączyło coś więcej niż wspólna walka z Najwyższym Porządkiem, bo na obie postacie ogląda się z niezwykłą ochotą.

Star Wars: The Force Awakens Ph: Film Frame ©Lucasfilm 2015

Rey natomiast to połączenie wszystkiego co najlepsze w trójce głównych bohaterów ze starej trylogii. Z Luke’a ma potężną moc, najprawdopodobniej jeszcze większą niż którykolwiek ze Skywalkerów. Z Hana Solo umiejętność pilotowania, a z księżniczki Lei pewien dziewczęcy urok, do tego nieźle wychodzi jej strzelanie. Tak uniwersalna bohaterka wydaje się idealna jako Jedi, główny pilot Sokoła Milenium, oraz symbol walki z Najwyższym Porządkiem.

Powrót starych bohaterów nie wypadł tak dobrze, jak byśmy sobie tego życzyli. Han Solo w dalszym ciągu ma w sobie pewien łobuzerski urok, a jego szelmowski uśmiech tylko to potwierdza. Niestety dla Harrisona Forda czas nie był zbyt łaskawy, ale aktor starał się jak mógł, aby wykrzesać z siebie trochę starego Hana Solo. Rozumiem, że tak ikoniczna postać dla całej sagi musiała zostać uśmiercona, ale nie mogę zrozumieć, czemu akurat w tej części, a nie w następnej. Trzeba jednak oddać twórcom, że starcie między Solo a jego synem Kylo Renem (też spory szok, choć można było się tego spodziewać), jest jedną z najlepszych scen w całym „Przebudzeniu Mocy”. Z każdym kolejnym krokiem Han Solo przybliżał się do nieuniknionej śmierci, a my jako widz mogliśmy się tylko przyglądać i wmawiać sobie, że wszystko skończy się dobrze. Jeszcze większy żal mam do Abramsa i reszty ekipy, że pilota Sokoła Milenium należycie nie pożegnano. Mamy co prawda rozpaczającego Chewbaccę i generał Leię, ale bohaterowie już po chwili wracają do porządku dziennego. To nie fair w stosunku do fanów, którzy godnie chcieliby pożegnać legendarną postać. Rozumiem, że Disney nie chciał zbytnio epatować dramaturgią, idąc raczej w stronę rozrywki znanej z kinowego uniwersum Marvela. Nie zdziwiłbym się, gdyby taka scena znalazła się w materiałach dodatkowych w wydaniu na Blu-Rayu.

3

Po seansie łatwo zrozumieć, czemu w kampanii marketingowej praktycznie nie było Marka Hamilla. Luke Skywalker pojawiający się na samym końcu filmu jest swoistą zachętą, do przyjścia do kina za dwa lata, kiedy to wyświetlana będzie ósma część. Szkoda, że ostatniego Jedi nie mogliśmy oglądać trochę dłużej, bo Luke nie jest po prostu Obi-Wanem z „Nowej nadziei”. Po samych oczach można poznać jaki ciężar nosi, że zawiódł w szkoleniu syna swojej siostry. Powraca także Leia, tym razem pełniąca funkcję generała. Carrie Fisher mająca dopiero 59 lat na karku, już teraz ma w sobie babciny urok, pełen ciepła i empatii.

„Przebudzenie mocy” niesyty nie obyło się bez postaci stworzonych komputerowo. Nie mam nic do zarzucenia doskonale stworzonej Maz Kanacie (Lupita Nyong’o). Ale w całym filmie jest kilka postaci, których nie przygotowano z takim pietyzmem i od razu gdy pojawiają się na ekranie, przypomina się prequelowa trylogia, a zdecydowanie nie jest to dobre skojarzenie. Na szczęście w całym zalewie przygotowanych ze starannością dekoracji, kostiumów i praktycznych efektów specjalnych, da się to przeboleć.

4

Po drugiej stronie mocy mamy Kylo Rena, syna Hana Solo i Lei, zbuntowanego Jedi, i pomimo bardzo ciekawej historii, postać ta nie do końca pokazuje pełny potencjał. Już same więzy krwi czynią z tego bohatera kogoś więcej, niż zwykłego arcywroga. Gdy dodamy do tego  wiarygodny charakter postaci, który nie poddał się całkowicie ciemnej stronie mocy, ale za wszelką cenę chce być godnym następną swojego dziadka. Przez co często działa pod wpływem emocji, będący przekonany o swojej wyższości, stając się przez to trudnym, rozkapryszonym dzieciakiem, któremu daleko do prawdziwego sitha. Aura tajemniczości i strachu znika od razu, kiedy Kylo zdejmuje swoją maskę. Adam Driver pod względem aktorskim spisał się bardzo dobrze, ale wizualnie średnio pasuje do odgrywanej przez siebie postaci.

Ogromne wrażenie robi końcowa walka między Kylo a Rey i Finnem pośród padającego śniegu, ale nie wiem jakim cudem Kylo tak długo męczy się najpierw z Finnem, a później nie potrafi pokonać Rey. Rozumiem, że dziewczyna ma większą moc, a Kylo pomimo bycia furiatem pełnym gniewu, wciąż może mieć wątpliwości co do swoich działań, to był szkolony przez samego Luke’a, i powinien pokazać to i owo.

5

Mało czasu poświęcono Głównodowodzący Snoke’owi (Andy Serkis), będącym kimś w rodzaju nowego Imperatora. Jeszcze większy zarzut można mieć do kreacji Kapitan Phasmy (Gwendoline Christie), która dowodzi atakiem w pierwszej scenie filmu. Następnie znika z ekranu, aby pojawić się w jednej scenie i praktycznie nie wiemy co się z nią dalej dzieje. Dowódca armii stormtrooperów mogłaby być ciekawą postacią, gdyby twórcy odpowiednio z niej skorzystali. Więcej czasu dostał Generał Hux (Domhnall Gleeson). Początkowo miałem wątpliwości, czy powierzenie takiej roli temu aktorowi to dobry pomysł, ale po świetnej scenie przemowy do zgromadzonej na placu armii przestałem mieć jakiekolwiek.

„Przebudzenie Mocy” to doskonały początek, później dochodzą do głosu postacie ze starej trylogii i dostajemy efektowną kalkę z „Nowej nadziei”. Nie ma w tym nic złego, bo J.J. Abrams nie zrzyna żywcem z oryginału, ale dodaje wiele od siebie, z ogromnym pietyzmem szanując najstarszą trylogię. Po raz kolejny widzimy przeprowadzany atak na nową Gwiazdę Śmierci, tym razem będącą planetą z jeszcze potężniejszą mocą. Oczywiście na sam koniec głównemu pilotowi Ruchu Oporu udaje się ją zniszczyć, a szkoda, bo jej potęga przekracza kilkukrotnie moc drugiej Gwiazdy Śmierci.

10

„Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” to najlepsze co mogło spotkać fanów gwiezdnej sagi. Film plasuje się między czwartą, a szóstą częścią. Jest to świetny wynik i duża w tym zasługa J.J. Abramsa, który tym razem powstrzymał się od charakterystycznych dla niego metod kręcenia filmów. Zapomnijcie o flarach, trzęsących się kamerach czy częstych obrotowych ujęciach ukazujących bohaterów z każdej strony. Wszystko to jest obecne w filmie, ale w tak znikomych proporcjach, że nawet tego nie zauważycie. „Przebudzenie mocy” ma sporo błędów, ale po seansie chciałoby się jeszcze więcej „Gwiezdnych Wojen”. Twórcy lepszej rekomendacji nie mogli sobie wyobrazić.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej