Han Solo – nowy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen zaserwowano nam 25 maja, wracając tym samym do korzeni; w końcu dwie pierwsze trylogie swoje premiery miały właśnie w maju. Jest on produkcją, na którą czekało wielu fanów. Po dość przeciętnych zwiastunach, zmianie reżysera i kłopotach na planie zdjęciowym byłam nastawiona na średniaka. I go dostałam, ale jednocześnie otrzymałam dynamiczny film akcji, o lekkim zabarwieniu gangsterskim i sporą dozą humoru. Film, na którym nawet zupełnie świeże osoby mogą się dobrze bawić, a fani… no cóż, na pewno nie będą całkowicie zadowoleni.

Han Solo nie ma bowiem duszy. To taka troszkę ładnie pomalowana wydmuszka, która cieszy oko, ale niewiele poza nim. Dużym problemem tej produkcji jest też jej bliskość premiery z grudniowym Ostatnim Jedi i fakt, że nie mieliśmy tak naprawdę tego oczekiwania, jak to było w ubiegłych latach. No i ten maj nie działał na jego korzyść, zbyt blisko głośniejszych i lepszych filmów.

Obejrzałam Hana Solo ponad tydzień po premierze i kiedy już go przetrawiłam mogę jasno stwierdzić, że nie jest tak źle. Po prostu. Film ma swoje wzloty i upadki. Są sceny i postacie, które skradły mi serce, ale są też takie, które pozostawiły tylko „aha” i nic poza tym. Nie będę w tej recenzji zagłębiać się w fabułę, nie chcę robić Wam wielkich spojlerów.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

Przemytnik słynny na całą Galaktykę odkąd tylko pojawił się w uniwersum Gwiezdnych Wojen, miał twarz Harrisona Forda. Zawadiacki uśmiech i błysk w oku są jego atrybutami na równi z Sokołem Milenium.  Wybranie do tej roli aktora zupełnie do Forda niepodobnego wydawało się pomysłem skazanym od początku na porażkę. Wybrany do tej roli Alden Ehrenreich miał przed sobą zadanie wyjątkowo trudne – dorównać legendzie. Na szczęście, jak mi się wydaje, nawet nie próbował tego robić.

Starał się pokazać młodego Hana na swój sposób, co mu poniekąd wyszło. Nie uniknęliśmy tutaj drobnego naśladownictwa, ale w kontekście całej historii i tego, że Han dopiero staje się znanym nam z wcześniejszych filmów Hanem, jest to akceptowalne i nie razi. Choć przynajmniej do połowy filmu odczuwałam dysonans słysząc, jak do niepasującej twarzy próbują przypasować personalia Hana Solo, to jednak myślę, że jeszcze jeden film z nim w tej roli i przyzwyczaję się.

Ogólnie rzecz biorąc do obsady, nie mogę się przyczepić, prócz Emilii Clarke (Qi’ra). Jako Deanerys w Grze o Tron wypada bardzo dobrze, jednak tutaj… Jej twarz nie pasuje, może jest zbyt cukierkowa, może zbyt mimiczna (jej brwi!), ale na pewno jest zbyt idealna, by uwierzyć w jej trudne dzieciństwo spędzone na brudnych ulicach Korelli.  Show, moim zdaniem, kradną dwaj aktorzy. Donadl Glover wcielający się w rolę Lando Calrissiana i Paul Bettany jako Dryden Vos. Obaj zagrali naprawdę świetnie, ale Bettany, jak dla mnie, wymiata i żałuję, że scen z nim było tak niewiele. Na uwagę zasługuje też Woddy Harrelson grający przemytniczego mentora Hana – Tobiasa Becketta. Również postacie drugoplanowe, są ciekawe i całkiem dobrze zarysowane.

Historia.

Jak można było się spodziewać, film Han Solo wyjaśnia wiele kwestii z historii przemytnika zasygnalizowanych w epizodach. Wyjaśnienia, moim zdaniem, są wystarczające, choć niekiedy banalne i niezbyt satysfakcjonujące. Film odpowiada na pytania, jakie zadawało sobie wielu z nas od dawna –  jak Han poznał się z Chewiem, skąd wziął się Sokół Milenium i czy Han zawsze był Solo. Dowiadujemy się, że te mityczne opowieści o pokonaniu trasy z Kessel w dwanaście parseków były jednak prawdziwe, i potwierdza się, że Han strzela pierwszy. Jest wiele smaczków, które mogą sprawiać frajdę, gdy się je wyłapie. Jest wiele nitek, łączących tę historię z tym, co już znamy z epizodów. No i ten stary znajomy, na końcu filmu, to chyba najbardziej niespodziewana scena w całym filmie.

Na uwagę zasługuje ukazanie Imperium i Rebelii. Już nie mamy potęgi, która po prostu wygrywa, mamy zwykłych ludzi na polu bitwy, którzy przelewają krew za coś, co nie do końca rozumieją i popierają. Mamy ludzi (no, tak to ujmijmy :P), którzy walczą w imię Rebelii, nie są krystaliczni, ale przecież cel uświęca środki –  rebelia o wolność wymaga ofiar.

Jednak tak jak wspomniałam na początku, ten film jest niezwykle płytki. Począwszy od fabuły, która rodem z Bonda, miała wyjaśnić, dlaczego Han zachowuje się względem kobiet tak, a nie inaczej. Wiele scen, które miały potencjał można była skwitować „aha i to tyle? No spoko.”. Mimo, że film miał być utrzymany w konwencji przygodowego filmu akcji, nie czułam napięcia. Owszem, każdy dobrze wie, że Han i Chewie musieli przeżyć wszystko, co się tam działo, to jednak chciałoby się trochę obawiać o ich życie.  Kuleją relację między bohaterami, za nic nie można wyłapać tego wielkiego uczucia, jakie niby łączy Hana i Qi’rę. Film popada czasem w przesadę, Lando bywa zbyt zmanierowany, Han Solo zmienny jak chorągiewka, a nawiązania zbyt nachalne.

Podsumowując.

Dlatego właśnie nie było źle. Han Solo nie jest to najlepszym film z uniwersum Star Warsów, ale też nie najgorszym. Taki nawet mocny średniak, powiedziałabym. Będę czekać na kolejną część Legend, z nadzieją raczej na powtórkę Łotra niźli Hana. Ta mroczniejsza konwencja bardziej mi się jednak podobała. No cóż, zanim dostaniemy kolejne historie, czeka nas IX Epizod (i tak, wiem, że to dopiero za półtora roku), zobaczymy, co nam przyniesie.

Niech moc będzie z Wami!

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!