WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos część 2

Przez ostatnie trzy lata, kiedy to na ekrany kin wchodziły kolejne części „Igrzysk śmierci”, gwiazda widowiska Jennifer Lawrence zdążyła być dwukrotnie nominowana do Oscara, z czego zgarnęła jedną statuetkę. Dorobiła się również seks afery w postaci wycieku nagich zdjęć oraz dała poznać jako osoba walcząca zarówno o równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Już nie wspominając o tym, że jest najlepiej zarabiającą gwiazdą Hollywood, a co roku do kin wchodzą przynajmniej dwa filmy z nią w roli głównej. Zaczynała jako młoda, obiecująca aktorka, a przepustką do wielkiej kariery stała się pierwsza część „Igrzysk śmierci”. Katniss Everdeen musi jednakże kiedyś zakończyć swoją podróż i właśnie nastał ten moment, kiedy musi odłożyć łuk. Szkoda jedynie, że między pierwszą częścią a „Kosogłosem część 2” jest aż taka przepaść… pod każdym względem.

Film niestety cierpi na typowy już syndrom „ostatniej części podzielonej na pół”. Jako że mamy do czynienia z prawdziwie hollywoodzkim dziełem, musiały zostać zachowane pewne standardy, aby zarówno fani jak i reszta widzów nie poczuła się pokrzywdzona. Trochę ponad dwugodzinne widowisko pełne jest dłużyzn czy niepotrzebnych dialogów. Jakoś trzeba było zapełnić pozostały czas, skoro po pierwszej części „Kosogłosa” niewiele zostało już do zaadaptowania z powieści Suzanne Collins. Jeszcze gorzej, gdy „Kosogłos część 2” popada w rutynę i prezentuje nam dokładnie to samo co w poprzednich częściach, niezbyt dobrze pompując patos, żeby nagle przerwać go sceną wesela, która absolutnie nic ciekawego nie wnosi do całości, nie licząc tego, że doskonale zdajemy sobie sprawę, która z drugoplanowych postaci wkrótce zginie. Film jest przewidywalny i nie potrafi zaskoczyć nawet wtedy, kiedy powinien.

1

Ponownie duży nacisk postawiono na ukazanie tworzenia mitu Kosogłosa za pomocą propagandowych spotów telewizyjnych. Trzeba oddać Franciowis Lawrence’owi (zbieżność nazwisk z gwiazdą serii przypadkowa), że w tych tematach czuje się jak ryba w wodzie. Zresztą wydźwięk całej serii jest niestety dosyć ponury – każdy przy pomocy dobrych speców od wizerunku jest w stanie zostać gwiazdą, a gdy dochodzi element zagrożenia i panującej wojny, nawet dochrapać się mitu superbohatera, który tak potrzebny jest ku pokrzepieniu serc. A gdy pierwowzór stworzonej legendy przestaje być potrzebny, zawsze można wykorzystać go w innym celu, aby zyskać upragnioną władzę dla siebie. Od początku był to jeden z najlepszych elementów serii, a w „Igrzyskach śmierci: Kosogłosie części 2” nie został potraktowany po macoszemu.

Każdy kto oczekiwał równie epickiego starcia co w ostatnich głośnych hitach na podstawie książek z „Harrym Potterem” i „Hobbitem” na czele, bardzo się zawiedzie. Scenom akcji bliżej do serii „Zmierzchu” niż przytoczonych wcześniej tytułach. Rebelia w postaci zjednoczonych dystryktów próbuje dostać się do Kapitolu, a cała reszta miasta pełna jest różnych wymyślnych pułapek przygotowanych przez prezydenta Snowa (Donald Sutherland). Od początku wiadomo, że ważną częścią jest rozpracowanie zasadzek i ominięcie ich, ale całą wędrówkę obserwujemy wyłącznie z perspektywy Katniss, która należy do tzw. drużyny gwiazd, czyli zasłużonych członków, którzy mają stanowić jedynie ikonę walk dla reszty rebeliantów, a nie właściwą grupę uderzeniową. Gdzieś tam w tle majaczą jakieś wybuchy, ale przez całą drogę Kosogłos i jej drużyna nie napotykają żadnego z innych oddziałów. Jest to o tyle rozczarowujące, że gdy ma dojść do właściwego starcia, takiego nie ma, fabuła powoli zmierza do końca, a tempo spowalnia do poziomu melodramatu, którym zresztą „Kosogłos część 2” jest kiepskim.

2

Producenci najwyraźniej nie mogli zdecydować się na jedno właściwe zakończenie filmu i tych w zasadzie mamy trzy. Gdy jeszcze drugie w logiczny sposób tworzy klamrę łączącą i zamykającą wszystkie odsłony serii, tak ostatnia wydaje się dodane do filmu na siłę. Pokazanie losów głównej bohaterki po mniej więcej trzech lub czterech latach nie było potrzebne, bo już poprzednia scena sugeruje nam jak potoczy się jej dalsze życie. Zresztą „Kosogłos część 2” zbyt często próbuje przekazać więcej treści niż jest w stanie i podczas całego seansu usłyszycie lub zobaczycie rzeczy, które zostały już kilkukrotnie wyjaśnione w poprzednich częściach. Ale tak jak pisałem wcześniej, czymś trzeba było zapełnić te dwie godziny filmu.

3

Nawet obsada z Jennifer Lawrence na czele wydaje się już zmęczona kręceniem kolejnych części „Igrzysk śmierci”. Przecież w obsadzie mamy jeszcze Woody’ego Harrelsona, Philipa Seymoura Hoffmana (końcowe sceny już bez jego udziału, został zastąpiony swoim cyfrowym sobowtórem, co zmusiło scenarzystów do zmiany niektórych scen), Josha Hutchersona, Liama Hemswortha i Julianne Moore i tylko ta ostatnia wydaje się wciąż dodawać do swojej roli coś więcej, niż wyłącznie odgrywać to co zostało zapisane w scenariuszu. „Igrzyska śmierci: Kosogłos część 2” to najgorsza odsłona przygód Katniss Everdeen i aż szkoda, że tak ikoniczna postać współczesnego Hollywood żegna się w tak słaby sposób.