Liczne zwiastuny przedpremierowe wskazywały, że z szekspirowskiego dzieła powstanie prawdziwie hollywoodzkie widowisko, gdzie epickie walki będą trzonem całego filmu. Pierwsze minuty „Makbeta” zdają się potwierdzać tę tezę. Wita nas doskonała scena, w której Makbet stoi na czele swojej armii, po czym wszyscy z rykiem biegną w stronę przeciwnika. Jeszcze nie wiemy z kim przyszło mierzyć się tytułowemu bohaterowi, ale już wiemy, że to co zaraz zobaczymy będzie spełnieniem najśmielszych snów miłośników scen batalistycznych. Po kilkunastu zadanych ciosach, nieatakowany Makbet w samym środku bitwy obserwuje dziwaczne wiedźmy, wszystko to w bitewnym slow motion. Po chwili walka kończy się, a nam pozostaje się nią wyłącznie cieszyć, bo przez kolejne półtorej godziny będziemy jedynie świadkami bardziej lub mniej interesujących rozmów.

Nie ma w tym nic złego. Kto nie zna szekspirowskiego oryginału może przeżyć zawód, bo zwiastuny jak i inne materiały prasowe przekłamały obraz filmu. Na szczęście dzieło wielkiego mistrza potrafi obronić się same, pokazując pazur nawet wtedy, kiedy realizacja czy aktorstwo niedomagają. Mamy w końcu do czynienia z niezwykłą opowieścią o dzielnym rycerzu, który zostaje zwiedziony przez cztery wiedźmy, przepowiadające mu wielką przyszłość z okrutnym końcem. Za namową swojej żony, Makbet zaczyna realizować te przepowiednie, a z czasem gubi się we własnych intrygach i spiskach, bo już nie potrafi rozróżnić przyjaciela od wroga.

1

Szaleństwo Makbeta zostało pokazane w niezwykły sposób. Szybki montaż, wiele cięć przy zachowaniu nastroju towarzyszącemu każdej ze scen. Nie ma co się dziwić, bo realizacja filmu stoi na bardzo wysokim poziomie. Niemal każde ujęcie doskonale oddaje emocje „Makbeta”, dzięki charakterystycznemu oświetleniu, doskonałej scenografii i kostiumom, czy w końcu dopełniających całości zdjęciom (każde można niemalże oprawić w ramkę i powiesić na ścianie). Adam Arkapaw nie boi się eksperymentować z pokazywaniem szerokich planów, nawet kosztem postaci, którzy bywają wycięte z kadru w sposób, który byłby nie do pomyślenia. Dlatego końcowe starcie o królewską koronę śmiało mogłoby stanowić odrębną produkcją. Niezwykły charakter i emocje potęguje płonący las w tle; niebo zostaje przysłonięte przez czerwoną mgłę z kontrastującym padającym śniegiem, a w samym środku tych kolorów ważą się losy królestwa.

Justin Kurzel jednak nie dokonał cudu i nie jest to idealny film na motywach dzieła pióra Szekspira. Filmowi można wiele zarzucić, chociażby to, że z czasem staje się zbyt pompatyczny, fabuła na ogół nie jest na tyle porywająca jak być powinna, choć jeżeli ktoś nie zna „Makbeta”, może żywo interesować się wydarzeniami na ekranie. Najprawdopodobniej jest to wynik zatrudnienia aż trzech scenarzystów. Skoro wystarczył jeden Szekspir do napisania tego dzieła, nie powinno być raczej potrzeby aby na język filmowy przekładało je aż trzech scenarzystów (to jednak częsta praktyka w Hollywood . Tracą na tym przede wszystkim dialogi, które zostały pozbawione dynamizmu. Jeżeli dialogi nie są dobrym elementem opowieści, bo doskonale zastępują je bohaterowie oraz tło, to coś poszło nie tak.

2

Również kondycja kina nie stoi na najwyższym poziomie, skoro za dzieła najwybitniejszego Anglika bierze się Australijczyk, Irlandczyk i Francuzka. Jak nie trudno zgadnąć, to dzięki Michaelowi Fassbenderowi (to trzecia polska premiera z jego udziałem w ciągu ostatnich trzech tygodni) „Makbet” staje się strawny nawet dla przeciętnego widza. Aktor po „Stevie Jobsie” zalicza kolejną doskonałą i godną zapamiętania role. Podobnych słów niestety nie można skierować do filmowej Lady Makbet. Marion Cotillard od początku jest statyczna, zdystansowana i wyrachowana w odgrywanej przez nią roli. Dla jednych może być to zaletą, ale jej postać, tak samo jak i Makbeta, powinna ewoluować, zaś aktorka gra na jednej i ten samej nucie od początku do końca.

3

Ważnym elementem ujęć w „Makbecie” jest niebo. Może się wydawać przypadkowe, że Arkapaw tak chętnie prezentuje nam niebo rozpościerające się nad całą Szkocją. Nie jest to jednak nic innego, jak kolejny świetny środek narracyjny. Niebieskie sklepienie symbolizuje kolejne losy królestwa jak i Makbeta. Gdy główny bohater popada w szaleństwo, na niebie pojawiają się chmury, gdy prawowity dziedzic tronu postanawia walczyć z despotą, scena oświetlona jest promieniami słonecznymi. Szkoda, że w filmie Kurzela trzeba szukać pozytywów nawet tam, gdzie te miały wyłącznie dopełniać obrazu całości. Nie o to w dziełach Szekspira chodziło.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!